Witek Rodziewicz gra w tenisa amatorsko od ponad 40 lat. Nie pasuje do niego określenie: „Szewc bez butów chodzi”, bo jako fizjoterapeuta potrafi zadbać nie tylko o swoich pacjentów, ale też o swoją formę, skutecznie unikając kontuzji. Dzięki sporemu doświadczeniu tenisowemu pokonał już wielu znacznie młodszych i dobrze wytrenowanych graczy. Mieszkaniec Wrocławia udowadnia, że wiek, to tylko liczba!

Pamiętasz jeszcze, kiedy pierwszy raz wziąłeś rakietę do ręki? Domyślam się, że było to dawno, dawno temu.
– Było to w późnych latach 70. XX wieku. Chodziłem wówczas do liceum, a niedaleko mojego domu były dwa korty, należące do Zespołu Szkół Budowlanych w Opolu. Pamiętam, że były bardzo zadbane, bo nasz nauczyciel wychowania fizycznego był pasjonatem tej dyscypliny. Odbijałem tam piłeczkę z kolegami i sąsiadami. Nie było żadnych ograniczeń. Kto chciał, ten grał.
To raczej wyjątkowa sytuacja, że wuefista jest miłośnikiem tenisa i zaraża tym swoich uczniów.
– Zgadza się. Facet był absolutnie wyjątkowy. Było to w Opolu. Co ciekawe, pojechałem tam po ponad 20 latach od zakończenia szkoły i te korty nadal tam były. W dodatku w bardzo dobrym stanie. Trudno się dziwić skoro cały czas dbał o nie taki pasjonat. Potem starałem się grać w miejscach, w których mieszkałem, ale studia i początek pracy w zawodzie mocno ograniczały mój czas spędzany na korcie.
Czyli Twój kontakt z tenisem był przerywany?
– Nie powiedziałbym. Miałem w domu własną siatkę i nawet, kiedy nie było możliwości, żeby pojechać na korty, rozkładaliśmy ją z kumplami w ogródku i ćwiczyliśmy woleje.
Sport był zawsze obecny w Twoim życiu?
– Zdecydowanie tak! Grałem zawodniczo w piłkę nożną. Wówczas Odra Opole była na zapleczu Ekstraklasy, a ja, jako 18-latek trenowałem na całego. Pewnego dnia wykluczyła mnie jednak kontuzja ścięgna Achillesa. Klasyczna akcja: podczas meczu zawodnik przeciwnej drużyny, mówiąc kolokwialnie, przejechał mi korkami po łydce i skończyło się operacją. Kiedy już doszedłem do siebie, do naszego domu przychodzili różnej maści działacze piłkarscy, ale mój ojciec kategorycznie sprzeciwiał się mojemu powrotowi na boisko. Wiedział, że to może oznaczać dla mnie kalectwo. Jestem mu teraz za to wdzięczny. Ruch jednak wciąż był mi bardzo potrzebny, więc zostałem przy tenisie – sporcie, gdzie jestem w bezpiecznej odległości od przeciwnika.
Czy zawód, który wykonujesz, pomaga w utrzymaniu dobrej formy?
– Jest to połączenie pracy fizycznej i umysłowej. Do każdego pacjenta trzeba podejść indywidualnie i myśleć nad tym, co się robi. Nie oszukujmy się, potrzebne jest też dobre przygotowanie fizyczne, żeby móc efektywnie wykonywać ten zawód. Powiedziałbym, że to właśnie tenis pomaga mi w utrzymaniu formy w gabinecie.
A w drugą stronę? Czy dzięki Twojej wiedzy jesteś w stanie zapobiegać swoim kontuzjom na korcie?
– Tak, zdecydowanie! Jestem świadomym tenisistą. Przerzucam też tę wiedzę na swoich pacjentów, informując ich, co mają robić, gdy już dopadnie ich kontuzja, jak również w jaki sposób powinni o siebie dbać, by ich nie doznawali.
Jesteś po 60-tce, a nigdy nie widziałem, żebyś coś sobie zrobił na korcie. Zdradź swój sekret!
– Proszę bardzo. W ramach profilaktyki prowadzę bardzo zorganizowany tryb życia. Najważniejszym jej elementem jest rozciąganie, po którym po prostu dużo lepiej się czuję. To są grupy ćwiczeń, które wykonuję codziennie po ok. 45 minut. Systematyczność jest tu niezwykle ważna. Oczywiście na kort też nie wychodzę „na żywca”. Rozgrzewka z rozciąganiem, a do tego rolowanie to program obowiązkowy.
Rozmawialiśmy chwilę o Twojej pracy. Przychodzą do Ciebie zwykli pacjenci, ale również zawodowi sportowcy. Kto ze znanych postaci przekroczył próg Twojego gabinetu?
– Pierwszym, który przychodzi mi do głowy, jest Tomasz Kuchar (kierowca rajdowy – red.). Maciej Janowski i Tai Woffinden, czyli żużlowcy ze sporymi sukcesami, to również bardzo znane osobistości świata sportu. Przez 27 lat opiekowałem się też piłkarzami ręcznymi Śląska Wrocław. Odwiedzają mnie także koszykarze i piłkarze z miejscowych klubów. Kiedy już się u nas pojawiają (Witek prowadzi gabinet razem z synem Pawłem – red.), to wiemy, że przyszli wyleczyć kontuzję, a nie żeby jej zapobiec.

Gdybyś kiedyś z jakiegoś powodu nie mógł już grać w tenisa, to na jaką dyscyplinę byś się przerzucił?
– Ciekawe pytanie. Myślę, że byłaby to joga (śmiech). Natomiast tak całkiem serio, to poza tenisem nie widzę żadnej innej dyscypliny, w którą mógłbym się tak zaangażować.
Może padel?
– Pamiętam, jak kiedyś rozmawialiśmy o tym, że zacząłeś grać. Muszę spróbować. Namówiłeś mnie (śmiech).
Czy często spotykasz się z opinią, że nie wyglądasz na swój wiek?
– Tak. Docierają do mnie takie sygnały od znajomych, ale też od nieznajomych. Jest to bardzo sympatyczne. Kiedy pytają, jaki jest powód, tłumaczę, że regularnie ćwiczę, gram w tenisa, jeżdżę na rowerze i ogólnie w moim życiu jest sporo ruchu. To najlepszy sposób na rozładowywanie stresów, których na szczęście nie mam zbyt dużo. To chyba też sprawia, że tak szybko się nie starzeję.
Twoje największe tenisowe sukcesy, to…?
– Wiążą się one głównie z PALETĄ (jedna z największych amatorskich lig tenisowych w Polsce, o której pisaliśmy w nr 30 – red.). Gram w niej prawie od początku jej istnienia, czyli już od ponad 20 lat. Kilka lat temu wygrałem edycję zimową ligi. W edycji letniej dotarłem do finału gry podwójnej, a w singlu stanąłem na najniższym stopniu podium. Od czasu do czasu wygrywam też turnieje deblowe na swoich macierzystych kortach (Redeco Wrocław – red.), ale nie mam ciśnienia, żeby jeździć po całej Polsce i piąć się w rankingach swojej kategorii wiekowej. Przede wszystkim, ze względu na sprawy zawodowe, nie mam po prostu na to czasu.
Co czujesz, kiedy wygrywasz z dobrze grającym rywalem, który jest w wieku Twojego syna lub nawet jest od niego młodszy?
– Dodaje mi to przede wszystkim dużo pewności siebie. Pokazuje także, że mam dobrą kondycję oraz że to wszystko, co robię w kierunku utrzymania dobrej formy, przynosi efekty i utwierdza w przekonaniu, że warto.
Czy możliwość rywalizacji jest głównym powodem, dla którego wychodzisz na kort?
– Gra w tenisa, najprościej rzecz ujmując, jest dla mnie ogromną przyjemnością i to jest najważniejszy powód. Nie można też zapominać o aspekcie towarzyskim. Dzięki tenisowi poszerzam grono znajomych. Możliwość spotykania się i rozmawiania z osobami, które tak jak ja, są zafascynowane tą dyscypliną, jest już wartością samą w sobie. Bardzo chętnie podejmuję rywalizację z innymi, ale nie mam wielkiego ciśnienia na wygrywanie.

Zaraziłeś swoją pasją całą rodzinę?
– Póki co, tylko syna, który także gra w PALECIE, choć na razie w niższej lidze. Tworzymy też parę deblową. Żona i córka nie mają zacięcia sportowego, więc z nimi się nie udało.
Komu ze znanych tenisistów kibicujesz?
– Oczywiście z pobudek czysto patriotycznych trzymam kciuki za Igę i Huberta, który reprezentuje zresztą barwy klubu, znajdującego się w sąsiedztwie mojego gabinetu. Turnieje zawodowe oglądam jednak przede wszystkim po to, żeby podglądać technikę najlepszych graczy na świecie.
Zamierzasz grać do setki?
– (śmiech) Może nie do setki, ale na pewno będę to robił tak długo, jak tylko będę w stanie. Z przyjemnością i bez żadnego napięcia. Będąc w podeszłym wieku mogę grać prawie na stojąco i na pewno nie będę się tego wstydził.
Rozmawiał Grzegorz Święcicki


