Gunter Bresnik: Mam słabość do szalonych tenisistów

- Tenis to moja pasja. Odkąd miałem 6 czy 7 lat, ten sport całkowicie mnie pochłonął. Nie ukrywam, że bardzo miło jest zarabiać na życie, wykonując zawód, który jest twoją pasją - mówi Gunter Bresnik. Fot. Kurier.at

Opowiadał mi swego czasu Jerzy Filip Janowicz – pierwszy Polak, który zagrał w półfinale Wimbledonu (sezon 2013 z Andym Murrayem), że lubi pracować z bezdyskusyjnym fachowcem, jakim – wedle łodzianina – jest Gunter Bresnik. Co intrygujące, Gunter to nie tylko wyjątkowy fachman od trenowania osób, które osiągnęły sukces na korcie. Austriak ma w swoim wiedeńskim domu kolekcję… lasek. Gwoli ścisłości: lasek do podpierania się, a nie tych, do których wzdycha się na dyskotece… – pisze Tomasz Lorek.

Bresnik to piekielnie inteligentny rozmówca, który nie stroni od dobrego humoru. Gunter był kapitanem Austrii w Pucharze Davisa w latach 1992-93 oraz 1998-2004. Jest miłośnikiem gór. Nie wspina się na ekstremalnie trudne ściany jak Nanga Parbat czy Dhaulagiri, ale wędrówka w Alpy sprawia, że czuje się szczęśliwym, gdy nasyci oczy pięknem przyrody.

Przed laty Ion Tiriac, legenda rumuńskiego tenisa, określił Bresnika mianem jedynego trenera, który „rozumie i czuje tenis”. Gunter jest zwolennikiem katorżniczej pracy na treningach, tłumacząc swoje metody sentencją: „Ktoś, kto jest delikatny fizycznie i mentalnie, nie zawojuje tenisa”. Pracował z Borisem Beckerem, Jakobem Hlaskiem, Patrickiem McEnroe, Stefanem Koubkiem, Dominikiem Thiemem, Gaelem Monfilsem i Ernestsem Gulbisem. Gunter lubi charakternych tenisistów i osobliwe, nieoczywiste lokalizacje do przeprowadzenia wywiadów. Ławeczka pod niebem w ustronnym miejscu jest dla niego ciekawą perspektywą do rozmowy o tenisie… 

To spory przywilej rozmawiać z niezwykle cenionym i doświadczonym trenerem, który miał przyjemność prowadzić takich zawodników, jak Henri Leconte, Amos Mansdorf, Boris Becker, Władimir Wołczkow, Dominic Thiem. Czy tenis to twoje przeznaczenie, Gunter?

– Moim przeznaczeniem jest śmierć (śmiech). Kiedyś muszę umrzeć… Żarty na bok: oczywiście, że tenis to moja pasja. Odkąd miałem 6 czy 7 lat, ten sport całkowicie mnie pochłonął. Nie ukrywam, że bardzo miło jest zarabiać na życie, wykonując zawód, który jest twoją pasją.

Austria przeżywała tenisowy boom, kiedy nr 1 na świecie był mistrz Roland Garros 1995, zwycięzca 44 turniejów w singlu – Thomas Muster. Jak zaraziłeś się miłością do tenisa? Czy to sprawka twojego taty?

– Nie, skądże. Mój tata jest doktorem medycyny. Ja studiowałem medycynę, bo tata chciał, abym podobnie jak on, został lekarzem. To zabawne, skąd wzięła się moja słabość do tenisa. Oglądałem w telewizji mecz Johna McEnroe z… Zaraz, zaraz, z kim John wtedy grał?

Z Bjornem Borgiem?

– Chwileczkę… McEnroe grał wówczas z…

Może z Jimmym Connorsem?

– To był mecz rozegrany w 1977 roku… Sądzę, że to był pojedynek: Borg – McEnroe. Nie, nie… Borg grał wtedy z Vitasem Gerulaitisem, a McEnroe grał z Connorsem. Oglądałem ten mecz przez przypadek. To był półfinał Wielkiego Szlema. Obejrzałem ten pojedynek w domu mojej babci. Zakochałem się w tenisie bez pamięci po tym meczu. Chwilę później zacząłem śledzić tę dyscyplinę sportu i chciałem zacząć funkcjonować w tenisie.

Gunter, znamy już rok twojego zauroczenia tenisem – 1977. Podaj jeszcze, na jakich kortach grali wówczas McEnroe z Connorsem i Gerulaitis z Borgiem.

– To był Wimbledon, rok 1977… McEnroe był tenisowym rebeliantem, a ja uwielbiałem oglądać go w akcji (John przegrał wówczas z Jimmym Connorsem w czterech setach). Przez przypadek w mojej klasie był uczeń, który chciał sprzedać dwie drewniane rakiety oraz torbę tenisową. Poprosiłem tatę o 150 austriackich szylingów, abym mógł sobie kupić dwie drewniane rakiety tenisowe. Tata wręczył mi pieniądze, o które go poprosiłem, i tenisowa infekcja opanowała moje serce i duszę na cały żywot…

Gunter Bresnik i Dominic Thiem. Fot. Jürgen Skarwan/Kurier.at
Gunter Bresnik i Dominic Thiem. Fot. Jürgen Skarwan/Kurier.at

Tata kocha, więc dlaczego miałby nie dać pieniążków na pasję syna…?

– Poprosiłem tatę, aby sprawił mi prezent. Nigdy tych pieniędzy mu nie oddałem. Myślę, że w głębi duszy żałował, że mi je dał, bo to była chyba niechciana inwestycja z jego strony (śmiech). Nie wiem, czy były to zmarnowane pieniądze, czy najgorzej wydane. Może tata do dziś żałuje, że tak postąpił, ale ja byłem szczęśliwy… Przerwałem studia medyczne, gdyż w 1987 roku pojawiła się szansa, aby podróżować z tenisowym cyrkiem. Zacząłem trenować i poprzysiągłem sobie, że będę trenerem przez cały rok, żeby przemyśleć, co zamierzam robić w życiu. Jak już wsiadłem do pociągu z napisem: trener, to nie zrezygnowałem z tego trybu życia…

Urodziłeś się w Wiedniu?

– Tak, Wiedeń to moje miasto rodzinne.

A rodzice nie chcieli, abyś został muzykiem, jak przystało na wiedeńczyka?

– Nie. Tata i mama wykonywali zawód lekarza. Muzyka nie plasowała się tak wysoko w domowej hierarchii, jak nauki medyczne, ale rodzice chcieli, żebym nauczył się brzdąkać. Nauczyłem się grać na pianinie. Moja siostra o niebo lepiej czuje muzykę niż ja. Ona ma prawdziwy talent.

Czyli nie wykonywałeś Marsza Radetzky’ego Johanna Straussa w filharmonii wiedeńskiej?

– Nie, nic z tych rzeczy. Moja starsza siostra przepięknie gra na fortepianie i pianinie. Jest naprawdę dobra. Byłem ogromnym leniuchem, jeśli chodzi o pobieranie lekcji gry na pianinie.

Kto był największym twardzielem spośród graczy, których trenowałeś?

– Twardzielem w jakim znaczeniu tego słowa?

Ktoś, kto był krnąbrnym uczniem, ale miał też charakter prawdziwego sportowca i nie pękał na robocie.

– Miałem pod opieką same trudne i wymagające charaktery. Po latach pracy w tej branży nauczyłem się, że nie warto zmieniać charakteru tenisisty. Wolałem zadać sobie trud, aby przekonać ich do moich metod pracy. Miałem sporo szczęścia, gdyż wszyscy tenisiści, którzy ze mną pracowali, mieli poukładane w głowie. To mądrzy ludzie, którzy chcieli się uczyć i nie bali się przecierać nowych szlaków. To łatwiejsze, aby przekonać sportowców do czegoś, co moim zdaniem przyniesie efekt na korcie, niż usiłować ich zmieniać jako ludzi. Na logikę: jak mogę zmienić charakter kogoś, kto mi płaci wynagrodzenie? To byłoby wysoce nierozsądne z mojej strony. I wręcz niemożliwe do wykonania. Stosowałem banalnie prostą metodę i zwracałem się do nich: „Po co masz mi płacić pieniądze, skoro nie słuchasz tego co do ciebie mówię? Lepiej zaoszczędź forsę i nie marnuj czasu ze mną, skoro nie chcesz mnie słuchać”. W większości przypadków moja koncepcja i mój pomysł na danego tenisistę sprawdzał się w świecie realnym. Znajdowałem sposoby, aby przekonać ich do moich pomysłów. Chciałem, aby osiągali sukces na korcie, więc obmyślałem strategię, która będzie skuteczna w długofalowej perspektywie… 

Tenis bardzo zmienił się od czasów, w których zaczynałeś swoją pracę. Czy widzisz szansę na horyzoncie, aby tenis nie składał się tylko z fachowców od gry z głębi kortu, świetnie przygotowanych kondycyjnie? Czy jest jeszcze przestrzeń dla tych, którzy kochają chadzać do siatki?

– Nie można przypiąć etykietki z napisem „Prawdziwy baseliner” do Federera czy Dimitrova. Co więcej, na moje oko klasyczni fachowcy od gry na linii końcowej, tacy jak Djoković, Wawrinka, Nadal czy Murray – gdy jeszcze byli czynnymi tenisistami – bardzo poprawili grę przy siatce i udoskonalili grę wolejem. Gdybym miał ocenić, kto poczynił największe postępy w grze przy siatce, byłby to przed zakończeniem kariery Rafa. W początkowej fazie kariery Nadal często nie radził sobie z forhendowym wolejem. Z biegiem lat jego wolej z forhendu zaczął wzbudzać podziw. Uważam, że wolej Rafy był niedoceniany w gronie fachowców i analityków. Myślę, że dzisiejszy tenis stawia na wszechstronność. Zawodnicy zdają sobie sprawę, że chcąc odnieść gigantyczny sukces na korcie, trzeba grać bardzo dobrze z głębi kortu i być świetnym przy siatce. Dziś jeżeli chcesz wygrywać na każdej nawierzchni, musisz stać się kompletnym tenisistą. To dość wyświechtany slogan, ale dobrzy tenisiści poradziliby sobie w każdej erze i w każdych warunkach. Powiem więcej: tenis w wielu aspektach pozostał taki sam. To niemożliwe, aby stu wybitnych mistrzów tenisa tworzyło i działało w jednej epoce. Każdy okres ma swoich bohaterów. Ogromne pieniądze, jakie pojawiły się w tenisie, sprawiły, że sport stał się bardziej profesjonalny. To oczywiste, że gwiazdy lat 60. czy 70. nie trenowały i nie pracowały tak, jak czynią to dzisiejsi mistrzowie. Inaczej się odżywiano, inaczej podróżowano. Wówczas artyści tenisa nie mieli tak rozbudowanych sztabów. Dziś każdy podróżujący w tourze ma trenera, fizjoterapeutę, doktora i Bóg wie jeszcze kogo. Co nie zmienia faktu, że w latach 80. nie grało się gorzej niż dziś. Mistrzowie z tamtych czasów też byli wybitnymi sportowcami. Sprzęt był inny, przygotowanie fizyczne było na innym poziomie, ale bądźmy szczerzy: tacy tenisiści jak Bjorn Borg czy Ivan Lendl zmienili całkowicie sposób myślenia o przygotowaniu kondycyjnym. Wnieśli nową jakość do gry.

- Zawodnicy zdają sobie sprawę, że chcąc odnieść gigantyczny sukces na korcie, trzeba grać bardzo dobrze z głębi kortu i być świetnym przy siatce - uważa Gunter Bresnik. Fot. Kurier.at
– Zawodnicy zdają sobie sprawę, że chcąc odnieść gigantyczny sukces na korcie, trzeba grać bardzo dobrze z głębi kortu i być świetnym przy siatce – uważa Gunter Bresnik. Fot. Kurier.at

Szczególne zasługi w tym zakresie położył Ivan Lendl, nieprawdaż?

– Tak. Lendl dał przykład, jak należy dbać o swoje ciało, aby sprostało wyczynowym obciążeniom. Potem dołączyli do niego Jim Courier i Thomas Muster. Lendl, Courier i Muster byli potworami pod kątem przygotowania fizycznego (śmiech).

Gunter, kiedy spoglądasz na takich tenisistów, jak Szwed Jonas Bjorkman czy Czech Radek Stepanek, którzy swoim talentem i ciężką pracą udowodnili, że można być w pierwszej dziesiątce rankingu w singlu i w deblu, to do jakich wniosków dochodzisz? Czy debel może wywindować tenisistę, który zechce specjalizować się w grze pojedynczej?

– Uważam, że debel to bardzo dobra szkoła i wspaniały rodzaj edukacji dla singlistów. W niektórych departamentach debel jest szybszą grą aniżeli singiel. To co mnie zachwyca w grze podwójnej, to mniejsze cele, w które trzeba trafić w odróżnieniu od singla. Wiele troski należy włożyć w serwis oraz w return. Te elementy mogą być bardzo przydatne w grze pojedynczej. Z pewnością przygotowanie fizyczne singlistów stoi na wyższym poziomie niż w deblu. Od dawna powtarzam tezę, że jeśli skonstruujesz parę deblową opartą na dwóch bardzo dobrych singlistach, to będą oni również znakomici w deblu. Przykładów jest aż nadto…

Chociażby Federer i Wawrinka.

– Zgadza się. Roger i Stan bardzo dobrze grali w debla. Idźmy dalej: Michael Stich i Boris Becker. Szczególnie ich występ na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku był pokazem klasy sportowej i świetnego czytania gry. Stich i Becker zdobyli wówczas złoty medal. Spójrz, kto pokonał Bruno Soaresa i Jamiego Murraya w Melbourne w I rundzie AO 2017. Amerykanie – Sam Querrey i Donald Young… Brazylijczyk i Szkot byli wówczas nr 1 w rankingu deblowym, ale trafili na bardzo solidnych singlistów, którzy zarówno świetnie serwują, jak i returnują. Prezentują się również solidnie z głębi kortu. Może nie posiadają cech klasycznych deblistów, ale mimo to  zdołali pokonać Soaresa i Murraya. Uważam, że jeżeli dobry singlista zagra od czasu do czasu w debla, to z tego faktu mogą wyniknąć jedynie pozytywne efekty.

Co sądzisz o Jerzym Janowiczu, który zabiegał o to, aby pracować z takim fachowcem jak ty?

– Znam Jurka od wielu lat. Zadzwonił do mnie z propozycją współpracy. Godzi się przypomnieć, że mam bardzo dobry kontakt z jego byłym trenerem, Finem Kimem Tiilikainenem. Jeśli mnie nie myli intuicja, to Fin podsunął Jurkowi pomysł, aby zaczął ze mną współpracować. Przyznaję się bez bicia – mam słabość do szalonych tenisistów takich jak Janowicz. Ludzie tak kreatywni, jak Jurek, należą do grona osób, którzy mają niesamowity potencjał. Czasami potrzebują podstawowych schematów, które każdy porządny trener potrafi wcielić w życie. Jeśli pracujesz z kimś świeżym, łatwiej wprowadzić nowości w jego grze. Gorzej i trudniej wprowadza się nowinki do repertuaru kogoś, z kim długo współpracujesz. Jeżeli marzysz o rewolucyjnych zmianach u kogoś, kogo długo znasz, to owszem, możesz dokręcić mu śrubkę w paru miejscach, ale wielkiego efektu nie osiągniesz. Raczej jest to ekstremalnie trudne zadanie w starym, dobrym małżeństwie. Pamiętam czasy, kiedy Jurek Janowicz przyleciał do Hiszpanii potrenować przez dwa, trzy tygodnie z Thiemem i innymi chłopakami. Praca z Jurkiem to dla mnie czysta przyjemność. Jurek to niewiarygodny talent. Nie zapomnę meczu Janowicza w Melbourne Park z Marinem Ciliciem w 2017 roku. Owszem, Jurek przegrał ten pojedynek pomimo prowadzenia 2-0 w setach, ale grał dobrze. Wstydu nie było.

Jurek to był wyjątkowy talent, bo jak na wysokiego tenisistę, nie opierał gry wyłącznie na uderzeniach z głębi kortu, ale potrafił pójść do siatki albo zagrać kapitalnego dropszota. W którym departamencie Janowicza dostrzegasz przestrzeń do ulepszeń?

– Regularność. Nie sprzyja rozwojowi nadmierna huśtawka pomiędzy okresami, gdy grasz znakomicie, a grasz kiepsko. Jeśli masz szczęście, wybronisz się w długich maratonach, ale tracisz wiele energii. Trzeba zadbać o solidną bazę, a potem dołożyć coś wyjątkowego. Janowicz słynął ze znakomitego serwisu. Doceniałem jego skróty, lecz musiał popracować nad returnem. Jego główną bronią był serwis.

***

Dziś „Jerzyk” grywa w padla, raduje się z ojcostwa, a Gunter odpoczywa od zwariowanych podróży w najdalsze zakątki świata z reprezentacją Austrii. Choć Bresnik przyznaje mimochodem, że do Christchurch na południowej wyspie Nowej Zelandii wybrałby się jeszcze raz, bo we wrześniu 1993 roku nie zdążył zobaczyć wszystkiego co intrygujące…

Tomasz Lorek

Niepublikowana rozmowa Tomasza Lorka z Gunterem Bresnikiem, austriackim szkoleniowcem, który współpracował z Jerzym Janowiczem w latach 2017-2021.

Fot. Jürgen Skarwan/Kurier.at
Fot. Jürgen Skarwan/Kurier.at

Gunter Bresnik – znany szkoleniowiec tenisowy z Austrii. Urodzony w Wiedniu. Trener m. in. Borisa Beckera, Dominica Thiema, Gaela Monfilsa, Jerzego Janowicza.

Pod jego kierunkiem Becker  triumfował w ATP Finals 1992, a Thiem jeden raz zwyciężył w imprezie rangi  ATP 1000. Dominic Thiem, który wygrał w US Open w 2020 roku był trenowany przez Bresnika od 8. roku życia do 2019 roku, ale zna Bresnika odkąd miał 3 lata – po tym jak ojciec Thiema, Wolfgang, przyjechał do Wiednia w 1997 roku, aby pracować jako trener w międzynarodowej akademii tenisowej Bresnika. W latach 1992-1993 i 1998-2004 Bresnik był kapitanem austriackiej drużyny Pucharu Davisa.

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

W  meczu o miejsce w ćwierćfinale Joao Fonseca zmierzy się bowiem z rozstawionym z numerem drugim Jannikiem Sinnerem. Fot. BNP Paribas Open 2026

W grze pojedynczej mężczyzn w meczach 1/16 finału BNP Paribas Open 2026 rangi ATP Masters 1000 na twardych kortach w Indian Wells było sporo emocji i sporo …

W 2024 roku Iga Świątek w finale turnieju BNP Paribas Open pokonała Marię Sakkari. Fot. BNP Paribas Open 2024

Trwa BNP Paribas Open rozgrywany na twardych kortach w Indian Wells w Kalifornii turniej rangi WTA 1000 oraz ATP Masters 1000. W niedzielę 8 marca 2026 w piątym …

Już piąty tytuł w zawodowej karierze pojawił się w dorobku Giny Feistel (WKS Grunwald Poznań). Córka byłej tenisistki Magdaleny Mróz-Feistel triumfowała w niedzielę w grze pojedynczej …

Pewnie w 3. rundzie zameldował się najwyżej rozstawiony w turnieju lider światowego rankingu tenisistów Carlos Alcaraz. Fot. BNP Paribas Open 2026

W rywalizacji w grze pojedynczej mężczyzn podczas BNP Paribas Open 2026 w Indian Wells (ranga imprezy ATP Masters 1000), znamy komplet tenisistów, którzy awansowali do 3. rundy, …