Nowości

Czesław Michniewicz: Tenis – przyjemny rodzaj ruchu

przez

dnia

Z Czesławem Michniewiczem, selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji Polski do lat 21 o rozmawia Józef Djaczenko.

Domyślam się, że byłeś wysportowanym młodzieńcem, od wczesnych lat garnąłeś się do sportu.

– Moje młode lata to czas SKS-ów, czyli szkolnych klubów sportowych. Po lekcjach chodziłem na zajęcia uprawiając wszystkie dyscypliny, jakie tylko były dostępne. Piłka nożna, ręczna, koszykówka, siatkówka, ping-pong, tenis, zimą hokej… Trudno było nie zainteresować się sportem, tak mi zostało do dziś.

Co sprawiło, że zdecydowałeś się na futbol? A jako piłkarz – zostałeś bramkarzem?

– Miłość do piłki była w tamtym czasie wielka. Wychowałem się na sukcesie reprezentacji w 1982 roku. Każdy chciał zostać Młynarczykiem, Bońkiem, Smolarkiem. Reprezentacja dobrze spisywała się także w następnych latach. Grałem i w polu, i w bramce, a ponieważ byłem dość wysoki, to łatwiej mi było stać na bramce. I tak zostałem bramkarzem, choć zdarzało mi się też grać na innych pozycjach.

Wymieniając dyscypliny sportu, z którymi zetknąłeś się w czasach szkolnych, wspomniałeś o tenisie.

– W tamtych latach był to sport elitarny, nie dla wszystkich. Nie było takich możliwości, jak dziś. To droga zabawa. Rodziców nie było stać na prywatne lekcje, by młody człowiek mógł do czegoś dojść. Raczej odbijało się piłkę jak w ping-ponga, wystarczyło powiesić siatkę w sali gimnastycznej i się grało, właśnie tak zaczęła się moja przygoda z tą dyscypliną.

Tylko w sali? Na kortach nie?

– Na świeżym powietrzu grałem dużo rzadziej, dopiero później to się zaczęło, gdy kortów powstawało coraz więcej. Początkowo była to zabawa, zwykłe odbijanie, potem dopiero podpatrywało się, jak to powinno wyglądać. Czasami udawało się nawet pograć z trenerem. Nie było możliwości nabierania od dziecka nawyków tenisowych, na szczęście można się tego nauczyć w każdym wieku.

Szczególnie, gdy ktoś jest wysportowany, ma do tego smykałkę.

– Raczej tak. Gdy człowiek coś tam uprawia, często jest w ruchu, nie ma problemów z przemieszczaniem się… przynajmniej tak było kiedyś, dziś jest ze mną trochę inaczej (śmiech). To zawsze była dla mnie czysta przyjemność. Także później, już jako piłkarz, lubiłem pograć z kolegami. We Wronkach, gdzie trenowałem, został nawet zbudowany kort. Co prawda na uboczu, ale był przez nas intensywnie wykorzystywany. Mieliśmy tylko ten jeden, ale z czasem coraz więcej się ich pojawiało, można było też pograć w halach. Gdy pracowałem w Polonii Warszawa korzystaliśmy z hali w Markach. W innych miastach, w Bielsku, Białymstoku, o Gdyni nie wspominając – to samo. Także w Poznaniu nie unikałem gry w tenisa.

Czy dla profesjonalnego piłkarza dodatkowe, uzupełniające dyscypliny sportowe mają znaczenie?

– Myślą, że one dużo dają. Zapewniają wszechstronność, która zawsze może się przydać. To są sporty ruchowe, nie warcaby ani szachy, gdzie siedzi się, długo zachodzi w głowę zanim przesunie się pionek. Tu trzeba być cały czas w ruchu, w gotowości, przemieszczając się przenosić środek ciężkości. Właśnie bramkarzowi bardzo się to przydaje, bo zakres ruchów jest duży, trzeba rzucać się na ziemię, wybijać w powietrze, przewracać się na plecy, na brzuch. Grając w siatkówkę ćwiczy się wyskok, w piłce ręcznej mamy walkę bark w bark. Wiele elementów powtarza się w różnych dyscyplinach, szczególnie w grach zespołowych.

Grając intensywnie w tenisa wykorzystuje się inne grupy mięśniowe niż biegając za piłką po boisku.

– Zawsze mówię, że w tenisie jest tak, jak w piłce. Jeżeli spotyka się dwóch zawodników, z których jeden potrafi grać, a drugi nie, to męczy się ten, co sobie nie radzi i ten, co przez to nie może normalnie pograć. Kiedy natomiast dobrze grają obaj, to wymieniają podania, posyłają piłkę tam, gdzie chcą, potrafią wykorzystać błąd przeciwnika w ustawieniu. Podobnie jest kiedy budujesz drużynę piłkarską. Jak to mówi trener Lenczyk, piłka krąży, krąży, aż trafi do najsłabszego. I klops, następuje strata, czyli koniec akcji. Gdy grają dwaj świetni tenisiści, to decydują ułamki sekund, centymetry, detale. Co mi się bardzo podoba w tenisie – na korcie trzeba myśleć. Wiesz, kiedy zrobić skrót, kiedy odskoczyć, zagrać po linii, albo za plecy zawodnikowi. Co by nie mówić – to jest piękny sport.

Pamiętam, że w czasach, gdy prowadziłeś Lecha, do drużyny przyszedł Piotr Świerczewski. Stwierdził, że przydałoby mu się zgubić kilka kilogramów, a jako najlepszy na to sposób wybrał częstą grę tenisa, niezależnie od treningów z drużyną.

– Tak, bo tenis zapewnia przyjemny ruch. Kto chce utrzymać kondycję, może biegać. Bieganie jest fajne, tylko z czasem mogą pojawić się bóle stawów, inne dolegliwości. Chcąc dużo biegać, trzeba to bardzo kochać. Natomiast tenis to oprócz ruchu czysta przyjemność. Skończysz, wygrasz punkt – masz satysfakcję. Nie uda się – troszeczkę się złościsz. Bardzo lubię grać w tenisa i tenis oglądać, podziwiać klasę zawodników, technikę uderzeń. W Szczecinie oglądałem Turniej PKO SA Open. Widziałem też turniej w Poznaniu, czy ostatnio u nas w Gdyni.

Jak często masz okazję pograć?

– Latem, kiedy jest ciepło, to nawet codziennie. W Gdyni na kortach z kolegami spotykam się często. Gdy czasu brakuje, to choćby i raz w tygodniu. Także zimą staram się co jakiś czas sobie pograć. Mamy ligę w Trójmieście, gramy między sobą, każdy ma swoją drabinkę, spotykamy się. Wiadomo, o której godzinie zagramy, kto musi kupić piłki. Latem organizujemy turnieje w różnych miejscach, coś w rodzaju grand prix. Nie bardzo mam czas na nie jeździć, skupiam się na grze tu, w Trójmieście.

Z pewnością oglądasz turnieje wielkoszlemowe, masz ulubionych zawodników. Kogo, oprócz Federera, za grą którego wszyscy przepadają, cenisz najbardziej?

– Federera oczywiście lubię też, ale bardzo dobrze pamiętam czasy Wojtka Fibaka i jego przeciwników – Johna McEnroe, Jimmy’ego Connorsa, Ivana Lendla, Gorana Ivanisevicia… To na tych świetnych nazwiskach się wychowałem. Dzisiejszy tenis jest bardziej fizyczny, siłowy. Podoba mi się klasa Federera, ale i zaciętość Nadala, gracja Djokovicia. Oczywiście kibicuję naszym dziewczynom. Tak się złożyło, że gdy studiowałem na AWF-ie piłkę ręczną, moim wykładowcą był ojciec Klaudii Jans, jednocześnie jej pierwszy trener. Kiedy była wolna godzina i można było skoczyć pograć w hali, szybko rozkładali siatkę. Klaudia była mała, ale pod kierunkiem Wojtka Jansa już „pykała” w tenisa, a my to obserwowaliśmy. Kibicowałem potem Klaudii, teraz kibicuję Radwańskiej, poznaniance Magdzie Linette, wcześniej Marcie Domachowskiej. Kiedy przychodzi czas wielkich turniejów, oglądam je nawet kosztem meczów piłkarskich.

Sugerowane artykuły

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *