Roland Garros 2026. Maja Chwalińska ceni powolne poranki w Paryżu, nie je pizzy z trenerami i mówi, co myśli

Maja Chwalińska mówi, co myśli. Ciekawe, co nam powie po finale Roland Garros 2026. Fot. @Facebook/Roland Garros

Maja Chwalińska (BKT Advantage Bielsko-Biała), finalistka Roland Garros 2026, lubi celebrować powolne poranki, takie jak przed czwartkowym półfinałem paryskiej lewy Wielkiego Szlema. Przed nią cały piątek na odpoczynek, regenerację i celebrowanie wyjątkowej chwili w tenisowej karierze. Na pewno przyjdzie też moment na przygotowanie z trenerami taktyki na finał. A w sobotę kolejny powolny poranek i spotkanie o tytuł z ósmą w rankingu WTA Mirrą Andriejewą.

– Na pewno jest to dla mnie nowe środowisko, więc potrzebuję troszeczkę się do tego zaadoptować. Nie wiem, szczerze mówiąc, co by mnie miało stresować, właściwie zwyczajnie mówię, co myślę – odpowiedziała bezceremonialnie 24-letnia Polka na jedno z pytań na konferencji prasowej, o to jak radzi sobie z rosnącym błyskawicznie zainteresowaniem kibiców, dziennikarzy i obowiązkami medialnymi.

– Nie mam żadnych przesądów, w przeciwieństwie do moich trenerów. Oni podczas tego turnieju codziennie chodzą na pizzę. Jesteśmy tu już wszyscy trzy tygodnie, więc na pewno mocno przybiorą na wadze. Ja nie jadam z nimi pizzy – dodała w jednej z kolejnych odpowiedzi.

Powolne poranki w Paryżu

Od pierwszego występu w tegorocznej edycji Roland Garros, czy poprzedzających go eliminacji, zwykle rozgrywała swoje pojedynki w pierwszym lub drugim rzucie meczów startujących się o godzinie 11. jej czwartkowy półfinał rozpoczął się dopiero parę minut po godz. 17, jako drugie spotkanie wyznaczone na największej arenie noszącej imię Philippe’a Chatriera, z trybunami na 15 tysięcy miejsc.

– Bardzo się cieszę, że mogłam się wyspać dzisiaj. To była chyba jedyna zmiana od trzech tygodni, bo zazwyczaj grałam pierwsze mecze, więc wtedy budziłam się dość wcześnie. A dzisiaj miałam jednak czas, żeby mieć taki powolny poranek, co bardzo lubię i doceniam. Jutro tym bardziej nie będę musiała z niczym spieszyć rano. Będę mogła dłużej pospać, wypić herbatę, coś ciekawego obejrzeć, choć pewnie to będzie tenis, bo jestem tenisową świruską, Bardzo lubię oglądać tenis i myślę, ze to mi pomaga w poprawianiu swojej gry – stwierdziła zawodniczka BKT Advantage Bielsko-Biała, z którym związana jest od siedmiu lat.

W sobotę o godzinie 15.00 zaplanowany jest finał gry pojedynczej pań, a w nim Polka spotka się z ósmą tenisistką świata Mirrą Andriejewą. Zapewne przed nim czeka ją kolejny powolny poranek, a jaką taktykę zamierza przygotować na ostatni mecz w stolicy Francji?

Maja Chwalińska wygrała w Paryżu dziewięć meczów, tracąc tylko jednego seta. Fot. @Facebook/Roland Garros

– Na razie nie chcę o tym myśleć, wolę celebrować tę chwilę i wszystko, co już mi się tu udało osiągnąć. Pewnie w piątek, jak już odpocznę, przyjdzie czas na rozmowę z trenerami o taktyce. Zresztą oglądałam mecz Mirry w półfinale i grała świetnie. Znam jej styl, bo dużo oglądam tenisa. Widziałam wiele jej meczów, to bardzo dobra tenisistka i nie będzie to łatwy mecz. Ale teraz odpocznę, zregeneruję siły i postaram się w sobotę wyjść do gry jak najlepiej przygotowana i znowu dać całą siebie. Będzie to duże wyzwanie, bo nie ukrywam, że chociaż jestem bardzo szczęśliwa, to nie czuję się najlepiej. Nie będę kłamać, bo czuję zmęczenie wieloma meczami, ale nie narzekam. Na szczęście przeziębienie powoli przechodzi. Zaczęłam się czuć słabiej po meczu czwartej rundy, więc tak naprawdę dzisiaj jest lepiej niż było wcześniej i myślę, że już wychodzę na prostą – tłumaczyła Chwalińska dziennikarzom.

Intensywne trzy tygodnie

Maja jest w Paryżu już od trzech tygodni, bo jako 114. tenisistka w rankingu WTA musiała wywalczyć sobie miejsce w głównej drabince. W eliminacjach wygrała wszystkie trzy mecze i to nie tracąc w nich nawet seta. Dzięki temu spełniła swoje marzenie o debiucie na paryskich kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa.

W Wielkim Szlemie występuje po raz trzeci, bowiem w 2022 roku przeszła zwycięsko kwalifikacje do Wimbledonu, a w nim nawet wygrała potem jedno spotkanie. W ubiegłym sezonie powtórzyła to w Australian Open, ale w Melbourne przegrała potem pierwszy pojedynek. Na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa wygrała w tym roku już dziewięć meczów tracąc tylko jednego seta.

– Wciąż do końca nie uporządkowałam sobie tego wszystkiego w głowie. Myślę, że czas na to przyjdzie dopiero kilka dni po turnieju. Na razie czuję się jakbym była w jakiejś bańce. Dlatego staram się skupiać tylko na kolejnym meczu, bo to pozwala mi się skoncentrować na grze i włożyć w nią wszystkie siły. Dotychczas nie miałam wiele okazji, żeby rywalizować z tak wysoko notowanymi zawodniczkami, więc staram się z tego korzystać i jak najwięcej z tego wynieść. Zobaczymy co będzie dalej, bo teraz będę mogła występować w większych turniejach twierdzi Chwalińska, która w najbliższy poniedziałek awansuje co najmniej na 21. pozycję w rankingu WTA, najwyższą w dotychczasowej karierze.

Awans do finału wywalczyła pokonując w czwartek po południu 7:6 (7-4), 6:4 Dianę Sznajder, rozstawioną z numerem 25., po dwóch godzinach i 11 minutach gry.

Maja Chwalińska vs. Mirra Andriejewa w finale Roland Garros już w sobotę. Fot. @Facebook/Roland Garros

Historia pisana na nowo

– Ten mecz stanowił duże wyzwanie mentalnie i fizycznie. Pierwszy set to była bardzo wyrównana walka o każdą piłkę, gemy były na przewagi, a wygrałam go dopiero w tie-breaku. Cieszę się z ogromnego wsparcia ze strony kibiców, jakie czułem i ono na pewno mi pomogło w tym zwycięstwie. Zawsze lubiłam grać przed większa i zaangażowaną widownią, również w turniejach ITF. Lubię reakcje publiczności i jak ludzie dają mi bardzo dużo pozytywnej energii, jak dzisiaj – uważa Polka, która w czwartek po raz pierwszy w Paryżu rywalizowała przy rozsuniętym dachem nad kortem im. Philippe’a Chatriera.

– Szczerze mówiąc, to myślę, że dzisiaj mi to może nie tyle, że pomogło, ale było jednak dosyć korzystne. Jednak wczoraj bardzo, bardzo wiało, więc dla samego widowiska to było naprawdę pomocne, że dach zamknięto. Oprócz tego jedynie, że na początku miałam problem z serwisem. Nie mogłam się troszeczkę przyzwyczaić do tego, że tam ten dach i do oświetlenia, które czasami mnie oślepiało. Ale oprócz tego wszystko było ok – dodała.

Przed Mają w Open Erze kobiecego tenisa, tylko raz zdarzyło się, że do wielkoszlemowego finału dotarła jedna ze zwyciężczyń kwalifikacji. W 2021 roku dokonała tego Brytyjka Emma Raducanu w US Open i wówczas triumfowała na nowojorskich kortach. Czy w sobotę ta historia się powtórzy?

– Na razie celebruję awans do finału i chcę się nim jak najdłużej nacieszyć. Na pewno spodziewam się piekielnie ciężkiego meczu, bo Mirra jest zawodniczką z TOP-u i gra niezwykle solidnie, dlatego bardzo lubię ją oglądać na korcie. Tak naprawdę trzeba będzie zagrać najlepszy tenis, jaki tylko potrafię i zobaczymy na ile to wystarczy – podkreśliła Chwalińska.

Rodzice Mai Chwalińskiej – Marcela i Tomasz. Fot. @Facebook/PZT_Official

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

- Jestem wzruszona i czują się znakomicie. Nawet nie wiem, jak trzymać to trofeum - mówiła po wygranej Linda Noskova. Fot. Wimbledon 2026

Linda Noskova została mistrzynią The Championships Wimbledon 2026 w grze pojedynczej kobiet. W czeskim finale Linda pokonała w trzech setach Karolinę Muchovą 6:2, 5:7, 6:3. …

Tomasz Berkieta (WKT Mera Warszawa) i Alan Bojarski (DeSki Warszawa) wygrali turniej gry podwójnej na ITF M15 w Łodzi. To drugi taki sukces reprezentantów Polski w tegorocznym …

Martyna Kubka (WKT Mera Warszawa) osiągnęła półfinał w turnieju ITF W35 we włoskiej miejscowości Don Benito. W tej samej fazie challengera ATP 100 w Brunszwiku rywalizował w deblu …

- Ścieżka tenisa drużynowego stała mi się bardzo bliska, i której jestem wierny do dzisiaj – podkreśla Krzysztof Kwinta. Fot. Archiwum prywatne K. Kwinta

Wytrwałość, ciężka praca, umiejętność słuchania i czerpania wiedzy od doskonałych fachowców, pozytywne podejście do ludzi i otaczającego świata, no i, oczywiście, talent do sportu – te wszystkie cechy doprowadziły …