Nowości

Piotr Cyrwus: Trzeba być eleganckim, skoncentrowanym i jeszcze wygrać

dnia

O rywalizacji na kortach, o tym co ma wspólnego tenis z teatrem i jak łączyć pasję z pracą i rodziną z Mają Barełkowską i Piotrem Cyrwusem, aktorskim małżeństwem z ponad trzydziestoletnim stażem rozmawia Kamilla Placko-Wozińska.

Skąd u górala spod Nowego Targu wziął się tenis? Chyba nie z dzieciństwa.

Piotr Cyrwus: Zawsze chciałem grać w tenisa. W moim Waksmundzie najlepszym czasem dla nas był okres, gdy wylewał Dunajec i pozostawiał takie połacie mułu. Dziwnym trafem jakoś tak w latach siedemdziesiątych pojawiły się w sklepie w Nowym Targu drewniane rakiety. Były dość tanie, mieliśmy dwie, ale nie bardzo wiedzieliśmy do czego służą. Tak intuicyjnie robiliśmy więc „korty” i próbowaliśmy na nich grać. Bardzo mi się to podobało. No, ale potem miałem wiele innych, ciekawych zajęć. Tenis jednak po latach do mnie wrócił. Zemdlałem kiedyś na planie teatru telewizji, myślałem, że mam kłopoty z sercem, ale okazało się, że z kręgosłupem, bo kiedyś za szybko rosłem. Lekarka, która to odkryła zaleciła mi uprawianie jakiegoś sportu. Dotąd myślałem, że jako aktor bez przerwy coś robię, że wysiłku fizycznego mam dużo. Ale to nie wystarczyło. Pomyślałem więc, że może się wezmę za tenisa.

I znalazł Pan czas na regularne treningi? Są wyniki…

PC: Dopóki się czegoś nie zacznie robić, to wydaje się, że nie ma czasu na to, że rodzina, praca, obowiązki… Ale jak się usystematyzuje wszystko, da się radę. Raz w tygodniu grałem więc z trenerem, raz z kolegą.  A później poznałem całą grupę zapalonych tenisistów, takich jak Tadeusz Huk czy Jerzy Fedorowicz. Wciągnęli mnie m.in. w turnieje między aktorami krakowskimi (mieszkaliśmy wtedy w Krakowie) a warszawskimi.

Pamiętam, że w pierwszym grałem (a nie umiałem jeszcze za bardzo) przeciwko Karolowi Strasburgerowi na kortach generała Mieczysława Bieńka, gdzie na warcie stał żołnierz.  Myślałem, że płuca wypluję. Podszedłem w pewnym momencie do wartownika i poprosiłem: Panie żołnierzu, niech pan zabije agenta numer 1, bo ja już nie daję rady.

A gdy zacząłem grać  w „Klanie”, spotkałem Tomasza Stockingera i stałem się fanatykiem tenisa.

I to z sukcesami, czego dowodem są puchary…

PC: Wygrałem nawet w Szczecinie turniej aktorów Netto Cup . W finale pokonałem Tomasza Stockingera, faceta, który praktycznie uczył mnie grać. Przez wiele lat, gdy jeździłem do Warszawy na plan, przegrywałem z nim, ale na najważniejszym turnieju nie odpuściłem i wygrałem. To była też satysfakcja dla żony, bo oprócz pucharu była nagroda – wyjazd na narty z osobą towarzyszącą. Wybrałem Maję…

Będą kolejne puchary?

PC: Od dwóch lat nie rywalizuję, ale gram nawet więcej. Jak to Gombrowicz mówił, kiedyś uważałem, że dobrze rano wstać i dać facetowi w papę. Gdy rano  z kimś wygrywałem, to dzień był taki lepszy, fajniejszy.  Teraz uważam, że tyle mamy w życiu ekscytujących rzeczy, że po co mi jeszcze te emocje.  Turniejowa rywalizacja zawsze dużo mnie kosztowała. Gram więc głównie dla przyjemności grania, ale w tym roku mieliśmy z żoną zaplanowane wyjazdy na turnieje do Pogorzelicy i Jawora. Ze względu na pandemię wiele rzeczy się przesuwa w czasie.

Na czas pandemii odwiesił Pan rakietę? To może trochę potrwać…

PC: Nie odwiesiłem, skądże. Od czasu gdy można już grać, staram się to robić raz w tygodniu. Jesteśmy na naszej działce w wielkopolskich Skokach, dojeżdżam więc na korty do Pobiedzisk, do Jacka Durskiego albo do Wagrowca. Dzisiaj spotkała mnie przykrość – pojechałem do Wagrowca, a tam korty puste, nie miałem z kim zagrać. Szukam więc partnera….

A z żoną? Pani nie gra?

Maja Barełkowska: Miałam ze trzy podejścia do tenisa. Brałam lekcje, ale gdy dochodziłam do serwisu, Bóg mi świadkiem nie wiem w którym momencie trzeba tę rękę odwrócić… No i nie mam genu rywalizacji. Gdy koledzy krzyczeli „zabij ją”, „uderz tą piłką”,  myślałam, że czemu mam gdzieś tej kobiecie posyłać piłkę, żeby musiała biegać, skoro mogę jej elegancko podać? A jeszcze jak mi powiedzieli, że początki tenisa polegały na tym, żeby właśnie tak ładnie odbijać, a nie żeby ktoś nie odbierał, wiedziałam, że tamten model by mi odpowiadał.

Chciałam grać w tenisa dla tej elegancji, od razu dobrze, a nie biegać taka spocona po korcie… I jeszcze ta mączka…

PC: Wróciła kiedyś Majka z kortu i wyszła jej poznańskość – powiedziała, że fajny ten tenis, tylko ta piłka jest bez przerwy brudna…

MB: Tak więc nie gram w tenisa. Jak się ścigam to ze swoimi słabościami, dlatego uwielbiam pływanie i narty. Żeby jeszcze szybciej, lepiej technicznie…

PC: Tenis właśnie taki jest! Starasz się lepiej technicznie, walczysz ze swoimi słabościami, a później, na poziomie turniejowym dochodzi ten element, żeby wygrać.

MB: To jest niezwykle trudna gra. To jest technika i wytrzymałość. Wytrzymałość mogłabym zrobić, bo uprawiam inne sporty, natomiast techniki nie. O trzecim, mentalnym elemencie nie mówię, bo nie miałam okazji się sprawdzić.

Natomiast gdy oglądam tenis w telewizji, to jestem absolutnym fanem. Piotrek mnie wciągnął w ten proceder…

PC:  … i teściową też.

MB: Tak się wciągnęłyśmy, że ostatnio zdarzało się, że Piotrek nawet nie oglądał, a my tak… Ale generalnie oglądamy razem.  Potrafiliśmy na 4 rano nastawić budzik, żeby zobaczyć jakiś ważny mecz.  Uwielbiam tenisa, to jest właściwie jedyna dyscyplina sportowa, którą śledzę w telewizji. Niestety, w tym roku straciliśmy już turnieje.

Ma Pani ulubionych zawodników?

MB: Stan Wawrinka to mój numer dwa, a absolutny numer jeden to Juan Martin del Potro. Niestety, walczy z kontuzjami, nie startuje, ale jak stratuje to jest fantastyczny – klasa, kultura na korcie, lekkość. No i nasza wielka trójka: Federer, Nadal, Djoković.

Dla mnie ci tenisiści nie występują pod szyldami państw. Bardziej się kibicuje danej osobie niż przedstawicielowi kraju. W dobie szalejących nacjonalizmów, zwłaszcza w Europie, mam poczucie oddechu. Liczy się kunszt sportowy, zachowanie na korcie, a nie skąd jest zawodnik. Etyczny wymiar jest ważny w tenisie. 

PC: Tenis jest pewnym światem, tę grę łatwo porównać z życiowymi relacjami – trzeba być eleganckim, skoncentrowanym, kulturalnym i jeszcze wygrać.

A z aktorstwem?

MB: Piotrek pokazał mi taki właśnie aspekt tenisa – trzeba przerzucić piłeczkę na drugą stronę i poczekać, co się stanie. To jest jak rozgrywanie spektakli, roli w teatrze. Cały czas musi być swoboda, ale równocześnie i koncentracja i dyscyplina. Musisz być tu i teraz, na bieżąco reagować na to co się dzieje – zarówno w tenisie, jak i w teatrze. Tych porównań z naszą profesją jest wiele, że np. musisz mieć timing, poczucie rytmu  jest niesłychanie ważne w tenisie i w aktorstwie.

PC: Mentalnie bardzo dużo tenis ma wspólnego z aktorstwem. Przygotowujemy się, jesteśmy wytrenowani i przychodzi na turnieju czy meczu to spięcie. Czasem grasz na 110 procent, a czasem na 70. i nie wiesz dlaczego. Tak samo jest na scenie. Przychodzimy, jesteśmy super przygotowani, a zdarza się, że nie wszystko idzie jakby się chciało, chociaż widz myśli, że tak właśnie miało być.

Uprawiacie ten sam zawód – jak to jest, stosując analogie sportowe – rywalizujecie? Jesteście w jednej drużynie?

PC: Różnie, jak w tenisie. Raz gramy w parze, raz przeciwko sobie. Ale to jest zawód. Koledzy gdy czasem obserwują jak razem próbujemy, mówią, że często mamy przeciwne zdania. Ale my się tym nie zrażamy, no prawda, tak już jest.

Przez lata nauczyliśmy się pewnych myków, jak tego, że wobec siebie staramy się nie wyrażać opinii. Ja Maję znam bardzo prywatnie i patrzę inaczej. Coś co ktoś inny oceni, że super, ja czasami widzę inaczej. Tak samo jest z Mają. Gdy prawi mi komplementy czy gdy mnie gani, to tak patrzę z przymrużeniem oka i robię swoje.

Radzicie się siebie? Na przykład czy brać rolę?

PC: To jest jak z przeorem u jezuitów. Zbiera się cały klasztor, dyskutują, a i tak on musi podjąć decyzję.

My dużo rozmawiamy o zawodzie, ja często pytam Majkę o różne rzeczy, ale przeważnie odpowiada: „Na pewno dobrze wybierzesz i na pewno sobie poradzisz”. I to jest dopiero wyzwanie! Bo jakby tak radziła mi przez pół dnia, a ja i tak zrobiłbym swoje, to byłby problem… Albo posłuchał, a coś by nie zagrało… Chociaż nie, jeśli coś jest nie tak, to zawsze mam pretensje tylko do siebie.

MB: Nasze wybory mają też wpływ na życie prywatne. Jeżeli podejmujemy pracę zagranicą czy w innym mieście, to dobrze jest porozmawiać o tym. „Wezmę tę rolę, ale nie będzie mnie 15 dni w miesiącu, czy to jest dla ciebie ok?”, „Czy chcesz ze mną tam pojechać?” – to pytania, które często sobie zadajemy. Jakoś tak staramy się teraz wybierać prace, żeby też żyć fajnie, mieć czas na pasje i rodzinę. Nie zawsze to jest łatwe, każde z nas musi sobie odpowiedzieć na pytania o priorytety.

PC: Na przykład tenis czy rodzina… Nawet dowcipy są na ten temat. Facet gra na korcie, a tu kondukt odprowadza żonę na cmentarz, rzuca więc rakietę i stoi w milczeniu. Trzydzieści lat małżeństwa zobowiązuje…

MB: Był okres, gdy byłam o tenisa zazdrosna, a dokładnie o czas, który Piotr mu poświęca. Ale to już przeszłość, teraz się cieszę, gdy jeździ na korty. Ten tenis stał się częścią naszego życia.

PC: Mój ojciec był gołębiarzem, gdy mama szła rodzić moje siostry, on budował następny gołębnik, bo wtedy miał spokój, bez gderania, że po co kolejny…  Czasem drzemie w nas ten chłopiec, który chce mieć swoją zabawkę. Jeden idzie do garażu majsterkować, a inny na korty. To nic zdrożnego, ważne czy nad tym panujemy.

A wracając do rywalizacji, mnie już ta ekscytacja na korcie nie jest potrzebna. Wolę się ekscytować dobrą książką czy sztuką niż tym czy wygram. Ale na przykład mój wieloletni mój przeciwnik Marcin Daniec, który  mówi w wywiadach, że cierpi, że mnie nie ma w Krakowie ma wielką żyłkę wygrywania. Zawsze po pojedynku pisze, że wygrał tyle i tyle. Kiedyś o drugiej w nocy odzywa się moja komórka, patrzę, a to wiadomość od Marcina, że z kimś grał i wygrał. Przebudzona Majka pyta, kto to. A ja zaniemówiłem. Co jej mam teraz powiedzieć? Że Marcin z wynikami? Przecież nie uwierzy…

Powiedziała Pani, że tenis stał się częścią waszego życia, jakiś przykład?

MB:  Może Piotrek opowie o prezencie jaki dostał na pięćdziesiątkę…

PC: No oczywiście, to jest najważniejsze. Żona zaprosiła mnie do Paryża. A że wtedy byłem pierwszy sezon w Teatrze Polskim w Warszawie, miałem próby i w dodatku nasza córka niebawem wychodziła za mąż, nie bardzo chciałem lecieć. Ale Majka twardo, że może sukienkę sobie tam na wesele kupi… Kołowała, kołowała no i polecieliśmy. Siedzę już w hotelu, myślami przy próbach z których musiałem się zwolnić, Majka włącza telewizor, a tam Roland Garros. Przykro mi się zrobiło, że jestem tak blisko, a nie mogę tam być. Żona zaproponowała, że możemy następnego dnia przejść się i zobaczyć,  może  się uda jakiś bilet kupić.

Poszliśmy, patrzymy stoją koniki z biletami, po 150, 200 euro. Zaraz odmówiłem, no i byłem jeszcze bardziej naburmuszony. Maja dyskretnie wyjęła kamerę, czekała kiedy dojdziemy do bramki VIP i ostentacyjnie wyjęła dwa bilety. Normalnie poszły mi łzy z oczu.

MC: Mieliśmy taki vipowski sektor, tuż nad zawodnikami.  To były ćwierćfinały grał Monfis z Federerem. W cenie biletu był catering. Pod stadionem była restauracyjka i otwarty dla nas bufet. Ale w nim były tylko kanapeczki. Bardzo wykwintne i bardzo „petit”. Co przerwę podchodziliśmy w nadziei, że pojawi się jakiś obiad, ale nie – kanapeczki, szampan, truskawki… Na tym dotrwaliśmy do wieczora, obejrzeliśmy wszystkie przysługujące nam mecze, kobiety, debla. Na końcu już prawie nikogo nie było.

PC: Wieczorem idziemy, przekonani, że to już koniec naszych atrakcji, a tam grupka parunastu osób. Patrzymy – to Federer rozdaje autografy. Żona zabrała mi bilety i rzuciła się jak lwica.

MB: „For me, for me, for my husband!” – krzyczałam. I napisał „Dla Piotra’.

Czy w aktorstwie jest jakiś Wimbledon? Coś o czym się marzy?

PC: W tenisie jest liczenie, są punkty. Zawsze mówię, że ten kto wymyślił  tenisową punktację powinien dostać Nobla z matematyki, bo buduje ona dramaturgię. Na szczęście sztuka nie jest policzalna. Jednemu się podoba Krysia, drugiemu Marysia. Oczywiście fajnie jest gdy aktorzy są w formie, przygotowani, ale to się nie wiąże z rywalizacją. Są festiwale, nagrody, Oscary, choć to bardziej marketing, co nie jest złe. Kiedyś pięknie Jerzy Stuhr nam opowiadał o przedwojennych zapasach w stylu wolnym w Europie. Turnieje zawsze były ułożone. Raz w roku, w Wielkim Tygodniu odbywał się turniej w Berlinie, w zamkniętych pomieszczeniach. Tylko zawodnicy wiedzieli kto wygrał i jest najlepszy (chodziło o ustalenie stawek). Tak też jest z nami – my wiemy w środowisku kto jest dobry, bo wszyscy mamy talent, który czasami uwypukla się, gdy aktor dostaje odpowiednie zadanie. Są też uśpione talenty, bo nie trafiły jeszcze na „swojego” reżysera czy scenariusz. W tym wypadku do tenisa trudno aktorstwo porównać, ale w przygotowaniu tak – musimy mieć technikę i głowę…

Sugerowane artykuły

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *