Został w 2017 roku Halowym Mistrzem Polski Artystów. Cały czas na korcie walczy ze swoją ambicją, a poza nim z błędami językowymi. Mowa o Maurycym Polaskim, jednym z założycieli Kabaretu Pod Wyrwigroszem, aktorem, satyrykiem, literatem, poetą, muzykiem i pedagogiem, z którym rozmawia Radosław Bielecki.
Jesteś najwyższym z grających w turniejach artystów. Nie myślałeś o siatkówce, koszykówce, skoku wzwyż? Skąd pomysł na tenis? No i pochwal się ile masz centymetrów, wzrostu oczywiście.
– Mam 188 centymetrów. Oczywiście, kiedy siedzę jestem znacznie niższy. Z reguły jednak gram na stojąco, prezentując przy okazji zgrabne nogi. Niestety – w trakcie grania w tenisa należałoby je co chwilę uginać. A to już nie jest moja specjalność… Ze sportów, o których wspominałeś uprawiałem siatkówkę i sprint. Zdobyliśmy z AZS Lublin medal na Spartakiadzie, potem zostałem powołany do kadry juniorów młodszych. Ale jak widać – miałem zbyt mało samozaparcia i talentu. Po drodze zdarzyła się jeszcze pewna niedogodność. W trakcie dojrzewania wzrok mi się zaczął diametralnie skracać, a to niestety nie był jeszcze czas szkieł kontaktowych. Siatkówkę uwielbiałem zawsze! I robię to nadal, ale już teraz z pozycji kanapy. A lekkoatletyka? Miałem – w zasadzie nie trenując – 7,6 sekundy na 60 metrów i 5,90 w skoku w dal. Fajnie, nieprawdaż? Chciał mnie do Startu Lublin bardzo dobry trener Waldemar Sobieszczuk, ale pobiegłem inną drogą. Upłynęło raptem dwadzieścia parę lat i osiągnąłem czterdziestkę. Korzystając z faktu, że było to jedno z moich największych osiągnieć, postanowiłem je godnie uhonorować. Rower, narty, tenis. Artystyczny ruch tenisowy nie był jeszcze tak rozwinięty jak teraz. Ale koledzy grali! Miałem trzech, którzy mnie w ten sport wciągnęli: panowie Daniec, Malinowski i Jurek Fedorowicz, który nie bacząc na moje skromne doświadczenie, powołał mnie od razu do kadry krakowskich aktorów na mecz z Warszawą. A potem pooooszło! I dzięki temu moja zabawa w tenis trwa już dwudziesty drugi sezon.

Jak do Ciebie dzwoniłem z prośbą o wywiad to właśnie jechałeś na trening. Jak to wygląda. Trenujesz regularnie, pod okiem trenera czy raczej grywasz rekreacyjne „debelki” dla kurażu?
– Jechałem na debla. Regularne trenowanie wymaga, jak sama nazwa wskazuje – regularności. A mnie jej trochę brakuje. Z wolnym czasem też różnie bywa… Trener? Oko trenera spoglądało na mnie życzliwie przez 15 lat. W końcu ustaliliśmy, że już wszystko umiem. Co prawda w sposób niezadawalający obydwie strony, ale jednak postanowiliśmy zaprzestać naszych spotkań. Z obopólną korzyścią. On się mógł poświęcić tenisistom jeszcze bardziej utalentowanym, a ze mnie spadł bagaż niepotrzebnych starań o lepsze jutro. Wyżej pępka nie podskoczę. Postanowiłem czerpać z tenisa wyłącznie przyjemność. I to postanowienie spełniam z właściwą mi godnością nawet wtedy, gdy dostaję łupnia. Najtrudniejsze dla duszy sportowca jest to, że w tej całej zabawie ciągle mam niczym nie uzasadnioną ambicję. Ponieważ pewne niedostatki nie pozwalają mi jej stosownie zaspokoić, mówię:
– A idź, ambicjo! Pozwól spokojnie pograć, pobiegać! Daj mi się cieszyć z tego, że daję radę latać z rakietą pomimo podeszłego wieku!
A ona nie reaguje. Cały czas jest. Ty też pewnie czasem gadasz ze swoją?
Oczywiście, że rozmawiam ze swoją ambicją. To chyba domena ludzi z artystyczną duszą. Patrzę na Twoje portfolio i jestem zaskoczony, bo nie wiedziałem, że oprócz aktorstwa, kabaretu, zacięcia literackiego, muzycznego, jeszcze znajdujesz czas na bycie pedagogiem. Prowadzisz warsztaty dla dzieci, młodzieży, dorosłych, a nawet rady pedagogicznej. Skąd taki pomysł i czego dotyczą te zajęcia?
– A, to już teraz muszę być poważniejszy, bo próba dotarcia do ludzi, poprzez dzielenie się swoim doświadczeniem, to nie byle co. Jestem entuzjastą języka polskiego. Wiele razy złapałem się na tym, że obsesyjnie zwracam uwagę na popełniane dookoła błędy. W związku z tym wykombinowałem, że można rzecz usystematyzować i podzielić się z innymi swoją, powiedzmy wrażliwością językową. Optymalnie jest zarażać nią dzieci. Wiadomo, twarde dyski jeszcze niezapełnione, przyswajają szybko i jest szansa, że prawidłowe mówienie wejdzie im w krew. Jasne, że jeżeli bez przerwy słyszą, że mają iść „na stołówkę”, to moje „do stołówki” może być potraktowane niekoniecznie serio. Ale próbować trzeba! Działam przy pomocy wierszyków, które zawarłem w autorskiej książce „Corrida językowa czyli 10 byków głównych” oraz cotygodniowych publikacji w poczytnym tygodniku. Każda grupa słuchaczy ma zawartość spotkania dopasowaną do wieku. Inaczej się gada z maluchami, inaczej z licealistami, a jeszcze inaczej z ciałem. Pedagogicznym. Nauczycielom przypominam o technice. Jak mówić, żeby nie męczyć siebie i innych? Przecież oni zarabiają głosem! Robimy ćwiczenia, rozmawiamy i zawsze jest niezwykle sympatycznie, bo nie chodzi o to, żeby się wymądrzać, ale żeby pomóc. Być partnerem i każdego potraktować poważnie. A dzieci wiedzą, że je lubię. I, co najważniejsze, z reguły udaje mi się działać na tyle sprawnie, że w trakcie zajęć nie wyrządzają mi większej krzywdy. (śmiech)
Czyli rozumiem, że obsesja na punkcie poprawności językowej może rzucić blady strach na komentatorów tenisa. Wyłapujesz ich błędy podczas oglądania meczów tenisowych w telewizji? Jakie masz dla nich rady? Co Cię drażni w języku komentatorów sportowych. Perełek spikerskich, krążących po sieci, jest przecież sporo.
– Nie sądzisz, że słowo „obsesja” zawiera w sobie pejoratyw? Wolałbym namiętność. W każdym obszarze namiętność brzmi lepiej! Generalnie nasze społeczeństwo mówi kiepsko. Im lepiej po angielsku, tym gorzej po polsku. Plączą nam się przypadki, biernik z dopełniaczem to absolutne pomieszanie z poplątaniem, wołacz zanika całkiem. Zdaniem komentatorów zawodnik wbił „gwoździa”, zagrał „skróta”, a ja się wkurzam. Nie wiem po co? Świata przecież nie zbawię? A nie jestem na tyle roztropny, żeby się nie przejmować. Nie po to jestem entuzjastą! Żeby nie wyjść na marudę, muszę zauważyć, że są komentatorzy tenisowi, którzy nie mają problemów z językiem. Są to niewątpliwie Karol Stopa i Marek Furjan, a także Dawid Celt i Tomasz Wiktorowski. Najwyraźniej poprawność wysławiania się nie zależy li tylko od wykonywanego zawodu, w tym przypadku zawodu dziennikarza, ale od ogólnej ogłady, którą wynosi się z domu i z dobrej szkoły. Jeśli pozwolisz, jeszcze przez chwilę Cię pomęczę. Wrócę do wołacza… Czy ktoś Cię ostatnio zawołał „Radku!”? Podejrzewam, że wątpię. „Radeeeeek!” Tak wygląda współczesny wołacz. Wołacz-srołacz. (śmiech)

Morysiu! Bo tak na Ciebie niektórzy mówią. Nie da się ukryć, że ostatnio więcej Ciebie w Internecie niż na przykład w TV. Od ładnych paru lat stałeś się codziennym sumieniem narodu. Podziwiam, ale zastanawiam się, jak znajdujesz czas i motywację na tworzenie codziennego „Mojego Przekazu Dnia”? Dzień w dzień piosenka, wierszyk, kuplecik. Jak Ty to robisz i jak się w tym, zarezerwowanym dla młodszych, świecie odnalazłeś?
– Wydaje mi się, że jestem facetem z całkiem fajnego pokolenia. Jako młody chłopak przeżyłem czasy słusznie minione, potem transformację ustrojową, i tak sobie trwam aż do dzisiaj. Za moich czasów maszyny parowej co prawda nie wymyślono, ale przyznasz, że postęp technologiczny ruszył pełną parą! I dlatego „załapałem się” też na komputer i media społecznościowe. A co do MPD… Cóż. Zaczęła się pandemia, rozstałem się w niezgodzie z pewnym nieuczciwym współpracownikiem i zacząłem szukać nowego miejsca dla siebie. Nie jako kabaret, ale jako ja. Ponieważ lubię pisać teksty i robić do nich muzykę – połączyłem to do kupy w codzienne spotkania z internetową widownią. Niektórzy zdążyli się na mnie obrazić za to, że nie jestem już tak agresywny politycznie jak choćby jeszcze półtora roku temu, ale zmiany, zmiany… Myślę, że jeśli zajrzą państwo do mnie – nie pożałujecie. To jedno z niewielu miejsc, gdzie można posłuchać kabaretowej piosenki w starym stylu, z dobrym tekstem. Żebyś mnie nie posądził o czcze przechwałki! Nie tylko ja tam piszę. Poza tym tylu mieliśmy świetnych satyryków… Czasem z ich dorobku korzystam, bo warto! Telewizja trochę o mnie zapomniała, to fakt. Ale Państwo jeszcze niezupełnie! Z satysfakcją występuję gdzie się da z półtoragodzinnym programem satyryczno-lirycznym „Życie po Kabarecie pod Wyrwigroszem”. Lubię to. Może dlatego, że nie są to już długie, męczące, dziesięciodniowe trasy? Raczej granie raz na dziesięć dni? Ale dzięki temu mam bez przerwy akumulator naładowany do pełna.
To na koniec naszej rozmowy wróćmy do tenisa. Nie wszyscy wiedzą, ale Ty z wrodzonej skromności się nie pochwalisz, ale w 2017 roku zostałeś Halowym Mistrzem Polski Artystów we Wrocławiu, a nasze zmagania obserwował sam Hubert Hurkacz. Czym są dla Ciebie te nasze artystyczne turnieje i czy zdarza Ci się wstawać w nocy, nastawiać budzik i oglądać Australian Open?
– Nie nastawiam! Odtwarzam rano. Lubię spać w porze, kiedy trzeba spać. Chyba, że nie mogę spać, bo muszę oglądać bezpośrednią transmisję z Melbourne? Ale wtedy też budzika nie nastawiam, bo oglądam na żywo. A co do naszego tenisa, to od jakiegoś czasu należę do grupy tych zawodników, którzy twierdzą, że przyjeżdżają na zawody głównie po to, żeby spotkać się z kumplami, pogadać i pobiesiadować. To bardzo dobre wytłumaczenie dla tych, którzy przestali wygrywać! Ale z której by strony na całą sprawę nie popatrzeć i grać miło, i spotkać się miło, a i spełnić toast za pomyślność całego naszego tenisowego towarzystwa też miło. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta cholerna ambicja…
Rozmawiał: Radosław Bielecki
Fot. Archiwum prywatne M. Polaski
ANKIETA

IMIĘ I NAZWISKO: Maurycy Polaski
DATA i MIEJSCE URODZENIA: 24.04.1963
Gram w tenisa od (rok): 2003
Największy sukces tenisowy: Halowy Mistrz Polski Artystów
Ulubiony tenisista: Fabrice Santoro
Ulubiona tenisistka: Ons Jabeur
Ulubiony turniej ATP /WTA: Roland Garros
Ulubiony szlem: Wimbledon
Ulubiona nawierzchnia: kort twardy
Ulubiony komentator tenisowy: Karol Stopa
Ulubione korty (klub – miasto) na których grałem: KKT Kraków
Ulubiony drink: Margarita (w Miami☺)
Sprzęt tenisowy Maurycego Polaskiego
Rakieta: Head MP Speed 300g.
Naciąg: Wilson REVOLVE 1,25
Siła naciągania (kg): 26/25
Buty marka i model: Wilson na kort twardy, Lotto na mączkę
Koszulka: mam wielu sponsorów ☺
Spodenki: jw.
Skarpety:: Head rozm. 45
Ulubione piłki: Babolat

Radość z grania
Proszę państwa! Że Was lubię,
Dziś zachciało bardzo mi się –
Wspomnieć w zacnym Tenis Clubie
O artystach. I tenisie!
Lecz nie o tym, w który Iga
Gra tak pięknie, że o rany! –
A o sporcie towarzysko
Przez artystów uprawianym.
Tenisiści zawodowi
Walą mocno, grają ślicznie,
Ale tak na moje oko
Jakoś… mało romantycznie.
U nas? Brzuszki wysunięte,
Ruchów brak koordynacji,
Każdy mecz w zwolnionym tempie –
Byle skończyć do kolacji…
Sił nam starcza na turniejach!
Bo jesteśmy takie czorty,
Że po całonocnych harcach
Damy radę wyjść na korty.
Rano trochę pali słońce.
Oraz niemniej pali rura –
Ale każdy mecz kolejny
To jest spektakl! Nie chałtura.
Niemniej – pojmujecie Państwo –
Więc nie muszę chyba pisać
O radości nas – artystów!
Że nie muszą żyć z tenisa.
Maurycy Polaski


