Rozgrywana w Londynie dziewiąta edycja Laver Cup przyniosła emocjonujące wydarzenia na korcie, po raz kolejny zaprzeczając opiniom sceptyków, sprowadzających ten turniej jedynie do imprezy pokazowej. Laver Cup ponownie pokazał, jak doskonale jest zorganizowany, jak wielkie wzbudza zainteresowanie publiczności i chęć startu samych tenisistów. Swoją opinię na ten temat przedstawili Tony Godsick oraz Steve Zacks, którzy na poziomie zarządczym, są odpowiedzialni za realizację tego kompleksowego przedsięwzięcia – pisze w korespondencji z Londynu Michał Samulski.
Jego początkowa koncepcja obarczona była dużym ryzykiem komercyjnym. Twórcy nie dysponowali danymi historycznymi, które gwarantowałyby stabilność formatu. Trzydniowe okno w kalendarzu, brak punktów do rankingu ATP oraz formuła oparta na rywalizacji kontynentalnej były w świecie tenisa absolutnym novum.
– Całkowicie przekroczyliśmy nasze pierwotne oczekiwania. W punkcie wyjścia naprawdę nie mieliśmy pojęcia, co właściwie formułujemy i tworzymy, kiedy startowaliśmy z Laver Cup – otwarcie przyznał Tony Godsick. – Wiedzieliśmy, że ludzie przyjdą i kupią bilety na pierwszą edycję, bo grali u nas najwięksi zawodnicy świata. Nie było jednak żadnej pewności, czy sam format meczowy się przyjmie, czy sponsorzy będą zadowoleni i czy fani będą chcieli wracać w kolejnych latach. Dzisiaj będąc w Londynie na dziewiątej edycji, wróciliśmy do O2 Areny i radzimy sobie świetnie. To niesamowita zabawa.
Wybór Londynu jako gospodarza dziewiątej edycji to pierwszy przypadek w historii turnieju, kiedy Laver Cup wraca do obiektu, w którym już raz gościł. Cztery lata temu, w 2022 roku, hala ta była miejscem oficjalnego pożegnania i zakończenia kariery przez Rogera Federera.

Steve Zacks, dyrektor generalny Laver Cup, podkreśa techniczne atuty współpracy z operatorem obiektu, amerykańską grupą AEG, jak również czysto operacyjne korzyści wynikające z powrotu do znanej lokalizacji: – To świetny zespół wykonawczy, a my znamy tę halę od podszewki. Sporo nauczyliśmy się tamtym razem, dzięki czemu teraz możemy jeszcze ulepszyć nasze działania. Wszystko jest tak znajome – wiemy, jak się tu poruszać, ekipa techniczna obiektu doskonale zna nas i nasze wymagania. Sam proces rozładunku i montażu sprzętu przebiegł niezwykle gładko. Organizując takie wydarzenie dokonaliśmy bardzo znaczącej transformacji całej areny. To jeden z najlepszych obiektów widowiskowych na świecie, a jednocześnie idealna wizytówka dla Laver Cup. Dzięki wypracowanym procedurom byliśmy w stanie wejść do hali i przygotować wszystko w bardzo krótkim czasie.

Obecna pozycja ekonomiczna Laver Cup opiera się na stabilnym portfelu globalnych sponsorów oraz precyzyjnie zaplanowanym kalendarzu lokalizacji, który rotuje między Europą a resztą świata. Organizatorzy już kilka miesięcy temu potwierdzili, że przyszłoroczna, jubileuszowa dziesiąta edycja odbędzie się w Los Angeles.
– Aż trudno mi uwierzyć, że w przyszłym roku minie już dziesięć lat i zagramy w L.A. w Intuit Dome. Jesteśmy podekscytowani tym, gdzie ten event jest dzisiaj i w jakim kierunku zmierza – podkreślił Godsick. Umiejscowienie turnieju w halach widowiskowych najnowszej generacji, zlokalizowanych na kluczowych rynkach telewizyjnych, stanowi stały element strategii komercyjnej spółki. Wybór obiektów jest również istotnym czynnikiem z punktu widzenia samych zawodników. – Tenisiści zachwalają miejsca, do których ich zabieramy i lubią te wielkie areny. Wielu z nich nie miało wcześniej okazji zagrać w takich obiektach. Weźmy Carlosa Alcaraza. To supergwiazda tenisa z siedmioma tytułami wielkoszlemowymi na koncie, a prawda jest taka, że nigdy wcześniej nie grał w O2 Arenie. Ci gracze często po raz pierwszy w życiu dostają szansę występu na tak niesamowitych, nowoczesnych stadionach. Każdy z nich ma swoje indywidualne powody, co słychać na konferencjach prasowych, ale selekcja miejsca, prezencja eventu i wyjątkowy miks koleżeństwa i rywalizacji to motywy, które przewijają się najczęściej – mówi Godsick.
Dla graczy z czołówki rankingu ATP, Laver Cup stał się stałym punktem w napiętym jesiennym kalendarzu startowym. Kwestie finansowe naprawdę nie są kluczowym czynnikiem, który miałby przekonać ich do występu w tej imprezie. Główną kartą przetargową jest unikalny układ relacji wewnątrz drużyny, rzadko spotykany w indywidualnym sporcie.
– Widziałem wczoraj transkrypcję z konferencji prasowej Carlosa Alcaraza i on sam to głośno powiedział: ten turniej wnosi mu czystą radość do jego tenisa – analizował Godsick. – Myślę, że każdy z tych chłopaków gra tutaj z nieco innego powodu. Oczywiście jednym z najważniejszych fundamentów jest fakt, że najwięksi rywale stają się na ten moment kolegami z zespołu. W tenisie nie ma żadnej innej platformy, która dawałaby pretekst i możliwość bycia w jednej drużynie z ludźmi, z którymi przez 51 tygodni w roku walczysz na korcie na śmierć i życie. To buduje wyjątkowe relacje. Do tego dochodzi kwestia mentoringu – zawodnicy mają niepowtarzalną okazję, by ich trenerami i doradcami byli tacy ludzie jak Pat Rafter, Andre Agassi, Yannick Noah czy Tim Henman, a wcześniej John McEnroe i Björn Borg.
Godsick przywołał konkretny fakt ze wspólnej kolacji Team Europe: – Widziałem wczoraj wideo z kolacji zespołu Europy, na którym Yannick Noah śpiewa razem z całą drużyną. O to dokładnie nam chodziło, kiedy razem z Rogerem i Steve’em zastanawialiśmy się, kto powinien być następnym kapitanem. Yannick Noah to jedna z najbardziej niesamowitych osobowości w historii tego sportu. Większość z tych chłopaków nigdy nie miałaby szansy trenować pod jego okiem, dotknąć jego doświadczenia czy po prostu spędzić z nim czas, a on wszedł tam i od razu sprawił, że wszyscy zaczęli śpiewać.
Z kolei Agassi podszedł do zadania w sposób skrajnie zadaniowy i profesjonalny: – To samo dzieje się na korcie. Andre jest z nami, i o ile się nie mylę, pojawił się na obiektach jako pierwszy z trenerów już w niedzielę, ponieważ chciał być w stu procentach gotowy na proces mentoringu i prowadzenia zawodników.
Godsick podkreśla również obsesyjną dbałość o szczegóły, która bezpośrednio wynika z filozofii samego Rogera Federera – celem jest zapewnienie graczom perfekcyjnego doświadczenia. Istotnym elementem zmniejszającym obciążenie psychiczne singlistów jest logistyka rodzinna, na którą organizatorzy kładą ogromny nacisk. – Byłem dziś rano w sali śniadaniowej i zobaczyłem stół zajęty przez całą rodzinę jednego z zawodników. Były tam dzieci, żona, babcia i dziadek. Pomyślałem sobie: dokładnie o to nam chodziło. Ci zawodnicy są w rozjazdach przez cały rok, rzadko bywają w domach. Możliwość zaoferowania im wydarzenia, które z jednej strony jest poważną, profesjonalną rywalizacją sportową, a z drugiej daje luźną atmosferę, gdzie mogą zabrać ze sobą przyjaciół i całą rodzinę – to jest powód, dla którego wielu z nich decyduje się tu przyjechać.
Zarówno dyrektor generalny, jak i szef rady nadzorczej stanowczo odrzucają narrację części mediów, jakoby Laver Cup był jedynie luźnym, komercyjnym turniejem pokazowym o niskiej temperaturze sportowej. Steve Zacks bardzo wyraźnie postawił granicę: – Kiedy rozmawiamy o tych wszystkich jakościowych elementach, które sprawiają, że tenisiści chcą tu przyjeżdżać, musimy pamiętać o najważniejszym: kiedy oni już pojawiają się na korcie, robią to, żeby bezwzględnie rywalizować. Nie mylcie tego, że zawodnicy czerpią z pobytu tutaj ogromną przyjemność i dobrze się bawią, z brakiem chęci do ciężkiej walki o wynik. Słyszymy od nich wszystkich, że presja, z jaką mierzą się na tym korcie, ma zupełnie inne podłoże niż w tradycyjnych turniejach, gdzie grają wyłącznie na własny rachunek. Tutaj walczysz dla swoich kolegów z drużyny, walczysz dla faceta takiego jak Andre Agassi, który potwornie nienawidzi przegrywać w czymkolwiek, co robi. To zupełnie inna bajka. Tak, to nie jest ten sam turniej, co każdy inny w kalendarzu ATP Tour, ale tutaj ta presja ma po prostu inny wektor. Kiedy stawiasz naprzeciw siebie sześciu niesamowitych atletów przeciwko sześciu równie mocnym rywalom i na stole leży jedna nagroda, oni naprawdę idą na całość.
Tony Godsick natychmiast uzupełnił tę wypowiedź, wskazując na konkretne zjawisko psychologiczne panujące w boksach rywalizujących drużyn: – Presja na tym turnieju jest absolutnie prawdziwa. Kiedy grasz dla Andre Agassiego, który siedzi bezpośrednio na ławce trenerskiej obok ciebie, a tuż za twoimi plecami stoi Pat Rafter – kolejny były numer jeden na świecie – i masz wokół siebie tych wszystkich genialnych graczy z teamu, a do tego dochodzi walka o nagrody finansowe, ci faceci niesamowicie się nawzajem nakręcają i naciskają. W całej historii turnieju nie było ani jednego przypadku, żeby ktoś odpuścił. Na trybunach siedzi Rod Laver wraz ze swoimi rówieśnikami z dawnych lat – to ludzie, którzy wprowadzili ten sport w erę zawodową. Kiedy oni na ciebie patrzą, nie ma fizycznej możliwości na nic innego niż twarda, bezwzględna gra. Ta presja otoczenia jest gigantyczna i widzimy to w każdej edycji.
W przestrzeni medialnej regularnie pojawiają się postulaty dotyczące ewentualnych modyfikacji rozgrywek w przyszłości – w tym rozgrywania formatu co dwa lata, wzorem golfowego Ryder Cup, lub przekształcenia imprezy w turniej mikstowy z udziałem kobiet. Odpowiedź organizatorów Laver Cup na pytanie o planowane zmiany jest w tej kwestii jednoznaczna i poparta twardą argumentacją rynkową.
– Zadajecie mi te pytania, a ja odpowiadam: po co naprawiać coś, co nie jest zepsute? – krótko podsumował Tony Godsick. – To jest z założenia turniej męski. Formaty łączone, mikstowe z powodzeniem funkcjonują już w innych miejscach kalendarza. Istnieje United Cup, istnieje Puchar Hopmana, historycznie było World Team Tennis. Format mieszany po prostu już na rynku istnieje i nie ma potrzeby, abyśmy wprowadzali go również w Laver Cup.
Godsick odniósł się także do porównań z golfem, które często przewijają się w analizach ekspertów: – W przypadku golfa – nie próbowaliśmy być kalką Ryder Cup, ale bez wątpienia ten event był dla nas ogromną inspiracją. Zobaczyliśmy tam, jak wielcy rywale stają się na chwilę kolegami z drużyny i zdaliśmy sobie sprawę, że w golfie to działa idealnie. Zawsze jednak wracam do tego samego punktu – oni mają nad nami sto lat przewagi historycznej. My dopiero powoli zbliżamy się do naszej dziesiątej edycji. Możemy z czasem przejmować różne rozwiązania i ulepszać ten format. Na początku nie wiedzieliśmy, czy ten turniej w ogóle się utrzyma i czy zadziała na dłuższą metę, ale rzeczywistość pokazała, że to po prostu działa wybitnie dobrze.
Miałem okazję obsługiwać bezpośrednio blisko 1000 turniejów na całym świecie i muszę przyznać, że Laver Cup to jedno z moich ulubionych wydarzeń w tenisowym kalendarzu. Patrząc na współczesny cykl rozgrywkowy, nietrudno odnieść wrażenie, że poziom organizacyjny wielu dzisiejszych turniejów pozostawia wiele do życzenia – i to pomimo nieograniczonych technologicznych możliwości, budżetów oraz wszechobecnych udoskonaleń. Najlepszym przykładem mogą być infrastrukturalne niedociągnięcia US Open, typowy włoski chaos na Foro Italico czy podczas ATP Finals w Turynie, a nawet coraz słabsza jakościowo obsługa na turniejach ATP w Hamburgu czy Stuttgarcie – do niedawna – wzorcowo zarządzanych. Na tym tle Laver Cup wypada po prostu doskonale. W każdym, nawet najmniejszym detalu tego projektu widać absolutny perfekcjonizm Rogera Federera i jego biznesowych partnerów.
Michał Samulski, Londyn






