Hieronim Kowalski: Deble dobierane to idealny format rozgrywek dla amatorów

Hieronim Kowalski na kortach w Kędzierzynie Koźlu.

Hieronim Kowalski, pasjonat tenisa, od 30 lat mieszkający w Zabrzu mówi o tym jak sukcesy Wojtka Fibaka zainspirowały go do „białego sportu” i o turniejach dla amatorów na kortach Multisport w Zabrzu, gdzie od pięciu lat organizuje cykl imprez pod nazwą Grand Prix Debli Dobieranych.

Zanim opowie Pan o tej wymyślonej przez siebie formule zawodów, proszę powiedzieć kilka zdań o sobie.  

– Od ponad 30 lat mieszkam w Zabrzu, ale pochodzę z Malczyc na Dolnym Śląsku. To mała miejscowość, ale codziennie o niej mówią w radio, podając stan wody na Odrze. Pamiętam, że pod koniec lat 70., gdy na arenie międzynarodowej został zauważony i świętował triumfy Wojciech Fibak, u nas w Malczycach wybudowano kort asfaltowy. Niewątpliwie sukcesy rodaka były inspiracją dla wielu miłośników tego sportu. Ja byłem wówczas przede wszystkim zajęty nauką w szkole średniej i ognisku muzycznym. Pamiętam jednak, że pojedynek Wojciecha Fibaka w finale Masters z Manuelem Orantesem był pierwszą transmisją z meczu tenisowego, jaką obejrzałem w telewizji. Później śledziłem osiągnięcia Polaka, choć młodszym czytelnikom muszę pewnie wytłumaczyć, że informacji szukałem wtedy wyłącznie w prasie codziennej. A były to zazwyczaj krótkie notki. W telewizji mieliśmy tylko dwa programy. Nie było kanałów sportowych, Internetu, a o regularnych transmisjach z imprez tenisowych można było tylko pomarzyć…

Hieronim Kowalski trenował także na Majorce.
Hieronim Kowalski trenował także na Majorce.

Kiedy to zainteresowanie przerodziło się w coś więcej?

– Po szkole średniej studiowałem w Gliwicach, a po studiach osiadłem na Śląsku, gdzie założyłem rodzinę. Naprzeciwko mojego domu w Zabrzu Mikulczycach był kort tenisowy. Był on szkolny, ale w większości grali na nim nauczyciele oraz inni zapaleńcy. Raczej starsi ode mnie. Przez wiele lat lubiłem przebywać jako widz na tym obiekcie. Imponowała mi atmosfera, jaka towarzyszyła meczom. W końcu któregoś razu zapytano mnie, a dlaczego ja nie gram w tenisa? I tak się zaczęła moja przygoda z tym sportem, która trwa do dziś. Miałem wtedy 35 lat.

A Pana początki w roli organizatora turniejów?

– Przez ponad dziesięć lat grałem w turniejach amatorskich. Pomyślałem więc, że pomogę w organizowaniu zawodów. Na początek na kortach ziemnych współorganizowałem co dwa tygodnie turnieje w Gliwicach Sośnicy. Potem w 2011 roku pomagałem późniejszemu mistrzowi Polski AiS w kategorii +60 Ignacemu Urbańskiemustworzyć ligę tenisową na kortach Mostostalu Zabrze. Dodam, że w tym miejscu liga działa w okresie letnim do dzisiaj i co sezon gra w niej ponad 100 zawodników.

Kiedy pojawił się pomysł na turnieje deblowe z dobieranym partnerem?

– Właściciele kortów podejmują wiele działań, by zdobyć oraz zatrzymać, co czasem jest trudniejsze, nowych graczy. Bo nie jest przecież tajemnicą, że najczęściej korty wynajmują gracze amatorzy. Spośród nich zdecydowana większość to ci, którzy ukończyli 40 lat i szukają nowych wrażeń. Niektórym gra w ligach już nie wystarcza. W okresie zimowym, gdy ceny najmu w hali zaczynają się od 80 zł za godzinę, nie każdego jest stać na gry singlowe. Hale organizują więc ligi i turnieje deblowe. W ten sposób wymyśliłem koncepcję turnieju debli dobieranych.

Jeden z tegorocznych turniejów pod nazwą Grand Prix Debli Dobieranych na kortach Multisport w Zabrzu.
Jeden z tegorocznych turniejów pod nazwą Grand Prix Debli Dobieranych na kortach Multisport w Zabrzu.

W czym tkwi ich atrakcyjność?

– Niezwykle trudno jest utrzymać formułę turnieju debli ze stałymi partnerami, zgłaszającymi się parami do turnieju. Najczęściej gracze z tych par są w różnym wieku i na różnych poziomach zaawansowania. No i potem okazuje się, że pod koniec sezonu ci, którzy wypadali kiepsko w pierwszych turniejach odpuszczają dalszą grę. Liderzy natomiast dogrywają cykl i zgarniają puchary. Potem przychodzą nowe rozgrywki i nikt nie chce w nich uczestniczyć. Ci pierwsi, bo są źle wypadli, a drudzy ponieważ „poziom za niski”. W ten sposób po jednym, dwóch sezonach nie ma kto grać.

Na czym polega nabór i rozgrywanie turniejów debli dobieranych?

– W turnieju rywalizują panowie i panie. Gracze zgłaszają się pojedynczo, a po losowaniu grają w całym turnieju z tym samym partnerem. W każdej parze jeden z graczy jest rozstawiony według subiektywnej oceny organizatora, jest tym mocniejszym i do niego jest dolosowywany jest gracz nierozstawiony. Unikamy w ten sposób dysproporcji w sile gry i dodajemy kolorytu rywalizacji. Podczas losowania mamy zatem dwa koszyki. Losowanie jest publiczne, tuż przed zawodami. Oczywiście warunkiem koniecznym jest zebranie parzystej ilości graczy. Nikt nie odpada po pierwszej porażce, ponieważ najpierw rozgrywane są gry w grupach, a później jest ćwierćfinał i półfinał dla awansujących i turniej pocieszenia dla pozostałych. Idealna liczba uczestników to 24 osoby.

Rzeczywiście takie turnieje są powtarzalne co sezon?

– Formuła cyklu jest ciekawa i nie wyczerpuje się od pięciu lat. Pierwszy turniej, w zasadzie cały cykl Grand Prix Debli Dobieranych, odbył się w sezonie 2017/2018.  Wtedy na hali Multisport w Zabrzu rozpoczęliśmy rywalizację, która trwa do dzisiaj.

Żeby zająć wysokie miejsce w klasyfikacji końcowej nie wystarczy tylko dobrze grać, mocno uderzać, i operować pełną gamą technicznych tricków. Najważniejszą cechą, nieodzowną w tym wypadku, jest umiejętność dostosowania stylu gry do słabszego partnera oraz wspierania go. Jak gracz rozstawiony jest dobry i potrafiący zmotywować partnera, to z każdym zajdzie daleko.

Jak często są organizowane turnieje?

W sezonie 2021/2022 grano raz w miesiącu od października do kwietnia, łącznie odbyło się siedem turniejów. Jeden na miesiąc to idealny przedział czasowy. W każdym turnieju zagrało od 24 do 32 graczy. Turniej w takiej formule trwa około 6-7 godzin. W tym czasie każdy jest na korcie co najmniej połowę czasu i zagra minimum 3-4 mecze.

Czy to nie za dużo gier?

– Żeby gracze znieśli trudy imprezy oraz turniej przebiegał sprawnie konieczne jest skrócenie meczu. Mecz rozpoczynamy od stanu 2:2, gramy bez przewag do 6. Gdy jest wynik 5:5, rozgrywamy tie-break do 7. Gramy do dwóch wygranych setów. Trzeci set to super tie-break do 10. Ważne jest, że przy złotej piłce serwis odbiera gracz o tym samym statusie. To znaczy rozstawiony serwuje na rozstawionego, a nierozstawiony na nierozstawionego.

Rozumiem, że uczestnicy imprezy są zadowoleni z takiego systemu gry?

– Muszę przyznać, że emocje są i to duże. Na początek związane z losowaniem, potem z grami grupowymi. A w grupie jak to w grupie. Pierwszy wygra z drugim, drugi wygra z trzecim, a potem trzeci ogrywa pierwszego z listy. Potrzebne jest skrupulatne liczenie zdobytych i straconych gemów by ustalić kolejność. Jeśli w danym momencie gracz pauzuje, to ma akurat czas na kawę i ciasto, które organizator przygotowuje w ramach wpisowego.

W jaki sposób rozstrzyga się cykl Grand Prix Debli?

– W poszczególnych turniejach każdy gracz zdobywa punkty na swoje konto. Punkty się sumują i po ostatnim turnieju zwyciężają ci z największą ilością punktów. Zdobywcy pierwszych trzech miejsc otrzymują okazałe puchary oraz upominki.

Jak zakończyło się Grand Prix Debli Dobieranych w tym sezonie?

– Zwycięzcą cyklu został Rafał Kernert z Zabrza, który zdominował rozgrywki do tego stopnia, że bez względu na wylosowanego partnera lub partnerkę w każdym z siedmiu turniejów zajmował co najmniej trzecie miejsce. Dalsze lokaty zajęli Karol Chowaniak z Ornontowic, Wiesław Fajer z Gliwic, Beata Światek z Zabrza, Rafael Dądela z Częstochowy oraz Marek Żelazny z Katowic. Ogromne emocje towarzyszyły losowaniu wśród uczestników nagrody głównej – markowej rakiety firmy Volkl z linii FIRE. Szczęśliwcem okazał się Jacek Staroń z Zabrza. Turnieje z dobieranym partnerem można oczywiście rozgrywać także w sezonie letnim. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że na kortach ziemnych jest dużo innych atrakcji turniejowych, mamy sezon urlopowy i do turniejów zgłasza się mniej graczy.

Rozmawiał Tomasz Sikorski

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

Love! Love! Love? Bez miłości nie ma tenisa!

Wnikliwy obserwator tenisowych meczów, sędziowanych w angielskim języku, bez trudu zauważy, że nawet w przypadku najkrótszego pełnego pojedynku, a więc zakończonego rezultatem 6:0, 6:0, arbiter zmuszony jest trzydzieści sześć razy wypowiedzieć