Kamil Majchrzak (WKT Mera Warszawa) doskonale rozpoczął tegoroczny Sunrise Swing, awansując do drugiej rundy turnieju ATP 1000 na twardych kortach w Indian Wells. Może nie było idealnie. Może było trochę nerwów do samego końca, ale takie zwycięstwo cieszy, bo dzięki niemu teraz na jego drodze stanie były numer jeden na świecie, sam Novak Djoković! Na ten pojedynek Polak będzie zbierał siły do soboty, a Serb po raz pierwszy wyjdzie wtedy do gry, bowiem na otwarcie miał wolny los. W pierwszej rundzie z imprezą pożegnał się drugi z Polaków w głównej drabince Hubert Hurkacz, który przegrał piąty mecz z rzędu.
Zgrabnie skrojony thriller z happy endem
Majchrzak jest coraz bliżej spełnienia jednego ze swoich najważniejszych tenisowych marzeń, czyli wskoczenia do TOP 50 rankingu ATP. Zajmuje w nim obecnie 57. pozycję, a miesiąc temu był o dwa oczka wyżej. Trudno szczerze nie trzymać z całych sił kciuków, by magiczna by ta granica w jego wydaniu prysła właśnie po zakończeniu prestiżowego turnieju w Indian Wells. Ale do tego potrzeba jeszcze trochę wysiłku, a przede wszystkim sprawienia niespodzianki w sobotnim pojedynku z Djokoviciem.
Pierwszym rywalem Polaka w tej imprezie był Francuz Giovanni Mpetshi Perricardi, sklasyfikowany aktualnie na 54. miejscu. Było to ich pierwsze spotkanie w zawodowym Tourze, a lepszy po godzinie i 47 minutach emocjonującego widowiska jakie obaj stworzyli z w pełni zasłużonego zwycięstwa 6:3, 1:6, 7:5 mógł się cieszyć Kamil.
Najwyżej notowany obecnie na świecie w singlu polski tenisista z impetem wkroczył w mecz, odskakując szybko na 3:0. Zyskał je dzięki dwóm utrzymanym podaniom do 15, a także wykorzystanej już drugiej szansie na przełamanie przeciwnika w drughim gemie.
Korzystna kolejność serwowania i przewaga wcześnie wywalczonego breaka wystarczyły mu najpierw do podwyższania prowadzenia na 4:1 i 5:2, a następnie do rozstrzygnięcia losów pierwszej partii wynikiem 6:3. Wykorzystał pierwszego setbola, wygrywając własne podanie bez straty punktu, a po drodze nie dał rywalowi ani jednej okazji do wypracowania break pointa.
Gdy wydawało się, że Polak w pełni kontroluje rozwój wydarzeń na korcie, byliśmy świadkami nieoczekiwanego zwrotu akcji. A dokładnie serii pięciu kolejnych gemów wywalczonych przez francuskiego gracza, dzięki breakom zdobytym w drugim i czwartym gemie. Przy stanie 0:4 Kamil miał jedną okazję do częściowego odrobienia straty, ale nie wykorzystał prowadzenia 40-30.
Udało mu się co prawda utrzymać serwis na 1:5, a w siódmym gemie obronić dwie piłki setowe od 0-40, ale ostatecznie przegrał drugą partię tego pojedynku 1:6.
Początek decydującej odsłony meczu przyniósł pewnie wygrywane gemy serwisowe po obydwu stronach do stanu 3:3. Potem rozpoczął się zgrabnie skrojony thriller, który wciągał tak intensywnie, że trudno było ze spokojem chrupać popcorn przed tenisowym ekranem.
Siódmy gem przyniósł nieoczekiwaną i bardzo bolesną utratę podania przez Kamila, bowiem przegrał w nim wszystkie wymiany. Po wyrównanej walce, zwyciężając do 30, odrobił natychmiast stratę i zrobiło się 4:4.
Zaraz po tym wyszedł na 5:4 doskonale serwując i nie tracąc nawet punktu. W kolejnym gemie, przy 40-30, nie wykorzystał break pointa, który był jednocześnie pierwszą piłką meczową tego dnia.
Polak ponownie rozstrzelał rywala swoim podaniem do zera na 6:5. A w dwunastym gemie odskoczył na 40-15, co oznaczało dwie kolejne okazje do zakończenia tego emocjonującego pojedynku. Przy drugiej z nich przypieczętował awans do drugiej rundy imprezy ATP 1000 w Indian Wells.

W niej czeka Majchrzaka spotkanie z wyjątkowym rywalem, a dokładnie żyjącą legenda męskiego tenisa. Trafi w niej bowiem na samego Novaka Djokovicia. 38-letni Serb, jako rozstawiony z numerem trzecim w drabince, miał na otwarcie wolny los. W tym sezonie wygrał pięć meczów, a przegrał tylko jeden, osiągając wielkoszlemowy finał w styczniowym Australian Open. Od występu w Melbourne pauzował.
Czy będziemy świadkami pojedynku Dawida z Goliatem z zaskakującym rozstrzygnięciem? Przekonamy się w sobotę, ale na pewno już teraz warto rezerwować sobie czas na obejrzenie tego meczu, który zapewne zostanie wyznaczony na korcie centralnym.
Dwa przegrane tie-breaki Huberta
Drugi z polskich tenisistów startujących w singlu w Indian Wells, Hubert Hurkacz przegrał w pierwszej rundzie 6:7 (6-8), 6:7 (4-7) z Amerykaninem Aleksandarem Kovacevicem. Obaj są obecnie sklasyfikowani na początku ósmej dziesiątki rankingu: wrocławianin na 71. pozycji, a jego pogromca trzy lokaty niżej. Był to ich pierwszy pojedynek, a na korcie spędzili godzinę i 52 minuty.

Był to po prostu mecz jakich wiele z udziałem dobrze serwujących tenisistów, więc nikogo chyba nie zdziwiło, że do rozstrzygnięć losów obydwu partii doszło w tie-breakach.
W pierwszym secie żadnemu z nich nie udało się wypracować nawet jednej okazji do przełamania podania rywala. Obaj byli bardzo skoncentrowani na pewnym wygrywaniu własnych gemów, więc co chwila na prowadzenie wychodził Amerykanin, a Hubert doprowadzał do wyrównania.
Natomiast w tie-breaku już na otwarcie Kovacevic stracił serwis, ale od razu zdobył dwa mini breaki.a po kolejnych wymianach prowadził 3-2. Co prawda Hurkacz – zgodnie z regułą własnego serwisu – wyszedł potem na 4-3 i 6-5, to jednak nie wykorzystał wtedy piłki setowej.
Okazało się, że był to pierwszy z trzech ostatnich punktów zdobytych przez tenisistę z USA, który objął prowadzenie w meczu po wygranej 8-6.
Już na otwarcie drugiej odsłony tego spotkania Kovacevic zmarnował dwa break pointy, a sam obronił po jednym w czwartym i ósmym gemie. Wskutek tego do stanu 4:4 nie doszło do przełamań.
W dziewiątym nieoczekiwanie Hubert stracił podanie do 15, ale natychmiast – również do 15 – odrobił stratę. Chwilę później wyszedł na 6:5, ale rywal wyrównał i doprowadził do tie-breaka.
Ponownie decydująca rozgrywka lepiej układała się dla Amerykanina, który prowadził w niej 3-1 i 5-3, zanim od 5-4 wygrał dwie ostatnie wymiany, wykorzystując pierwszego meczbola.



