Artur Wichniarek to dziś uznany ekspert telewizyjny, którego starsi kibice mogą pamiętać z seryjnie strzelanych goli dla Arminii Bielefeld. Choć jako dziecko zdradzał również talent do tenisa, który wykorzystuje po zakończeniu piłkarskiej kariery.
Ta historia przypomina początki mistrzów kortu, bo pierwszy kontakt z rakietą tenisową Artur Wichniarek miał, zanim skończył dziesięć lat. Wspomina, że miał wtedy siedem, sześć, może nawet pięć lat. Mama zabrała go na tenisowy trening siostry na Olimpię na poznańskim Golęcinie. Dostrzegł go trener, dał rakietę i odesłał pod ściankę, by tam zabijał wolny czas odbijając piłkę.
– Po zajęciach trener stwierdził, że siostra dobrze rusza się na korcie, ale największy talent ma ten młody chłopiec, który nie chce grać w tenisa. Tak powiedział, wskazując na mnie – wspomina były reprezentant Polski w piłce nożnej w rozmowie z „Tenis Magazynem”. Już wtedy kochał piłkarskie boisko całym sobą i ani myślał, by zamienić je na kort.
Choć wracał tam i wraca bardzo regularnie. Przy tej okazji wspomina swój pierwszy mecz ze znanym dziennikarzem i komentatorem sportowym, a obecnie ambasadorem padla, Tomaszem Smokowskim. To były późne lata 90., a młodzieżową reprezentację Polski piłkarzy prowadził Paweł Janas. Wichniarek, jako piłkarz, sięga też pamięcią do gier z niemieckimi dziennikarzami i przytacza anegdotę o jednym z rodaków, który był testowany w tym samym klubie w Niemczech.
– Byłem wtedy zawodnikiem Herthy albo Arminii. Byliśmy na obozie przygotowawczym i był z nami jeden z polskich piłkarzy. Za nami były dwa dość trudne treningi, po których pogrywałem jeszcze w tenisa z dziennikarzem. A kolega z Polski był tak wykończony, że ledwo na śniadania wstawał – opowiada.
Po chwili dodaje. – Kiedy tylko miałem wakacje, okres roztrenowania, to zawsze chętnie grałem w tenisa. To inna dyscyplina niż piłka nożna, to sport indywidualny. Za każdą porażkę można obwinić jedynie siebie lub rywala na zbyt wysokim poziomie – uśmiecha się. – Rakiety tenisowe lub ostatnio częściej padlowe były i są obecne w moim życiu – uzupełnia.

W Niemczech Artur Wichniarek dał się zapamiętać jako znakomity strzelec. W 1999 roku jako zawodnik Widzewa Łódź zapracował na transfer do Arminii Bielefeld (do Widzewa trafił z Lecha Poznań). Jego gole budowały coraz mocniejszą pozycję klubu na zapleczu 2. Bundesligi, aż w 2002 roku jako król strzelców zaprowadził Arminię do elity i tak budował swój pomnik. W sumie strzelił dla niej w najwyższej klasie rozgrywkowej 45 goli – to nadal najlepszy wynik w jej historii. Przygoda w Hercie Berlin nie była równie spektakularna, ale nie na tyle, by zepsuć jego solidną renomę w Niemczech.
Jednak jeszcze jako zawodnik łódzkiego Widzewa zdążył zadebiutować w dorosłej kadrze. Jako 22-latek wystąpił w pierwszym meczu z Armenią, a miesiąc później zdobył premierową bramkę w towarzyskim starciu z Czechami w Warszawie. Kariera w kadrze potrwała dziewięć lat, przez ten czas strzelił cztery gole w 17 spotkaniach. Ostatni mecz Wichniarek zagrał w 2008 roku z Czechami za kadencji Leo Beenhakkera. Z kolei cztery lata później skończył karierę. Na jej finiszu przeniósł się z Lecha Poznań do niemieckiego Ingolstadt, gdzie doskwierały mu kontuzje.
Na szczęście naszego rozmówcy po karierze zdrowie zazwyczaj dopisuje i może aktywnie cieszyć się z piłkarskiej emerytury na korcie. I nie kończyło się jedynie na hobbystycznym odbijaniu piłki. W doświadczeniu Wichniarek ma między innymi charytatywny mecz Polskiej Ligi Tenisa z innym byłym reprezentantem Polski w piłce nożnej, Tomaszem Kłosem. Na każdym z dostępnych do obejrzenia w Internecie meczów w grze Wichniarka imponuje niespotykany u amatorów element – niezły jednoręczny bekhend.
– To kwestia uchwytu i kilku detali, na które trzeba zwrócić uwagę – tłumaczy, jakby to była jazda na rowerze. – Natomiast jestem pod wrażeniem ludzi grających bekhend dwuręczny. Według mnie to wygląda nie tyle nienaturalnie, co bardzo trudno ze względu na to, że ciało trzeba ułożyć zupełnie inaczej i w jednoręcznym nie muszę chyba być aż tak szybko przy piłce. Jednoręczny zawsze był dla mnie bardziej naturalny. Zresztą patrzyłem na Rogera Federera czy Pete’a Samprasa, którzy grali w ten sposób – dodaje.
Wykorzystujemy okazję, by porównać z byłym reprezentantem Polski obecny tenis z czasami oglądanego przez niego Pete’a Samprasa. Od tamtej pory dyscyplina minęła kilka kamieni milowych.
– Mecze, na których się wychowałem, jak te Samprasa, to był serwis, siatka i wolej. Teraz nawet na korcie trawiastym bywa po 30 wymian, tenis poszedł w zupełnie innym kierunku. I to samo dostrzegam w tenisie kobiecym. Tam serwis niektórych zawodniczek jest już na poziomie niektórych mężczyzn. Kiedyś było widać dużo większe różnice. Teraz spotkania kobiet potrafią być na naprawdę wysokim poziomie, jeśli chodzi o tak zwane wybieganie. Widzę analogię do piłki – równie ważną rolę odgrywa przygotowanie fizyczne, w tenisie to też jest podstawą – ocenia Wichniarek.
Pytamy też o polskie gwiazdy, Igę Świątek i Huberta Hurkacza, którzy od lat są w czołówce swoich rankingów. Czy były piłkarz miał jak dotąd szansę, by zobaczyć ich w akcji choćby w Berlinie, gdzie mieszka na stałe?
– Akurat w Berlinie na stadionie Steffi Graf bywałem już wielokrotnie na turniejach na kortach trawiastych przed Wimbledonem, ale tutaj akurat Iga w ostatnich latach rezygnuje z grania – mówi Artur Wichniarek.


Czy tenis od lat bez zmian jest na topie Artura Wichniarka i kontynuuje on swoją grę na korcie? Tu były piłkarz jest zgodny z większością innych byłych piłkarzy, z którymi mieliśmy wcześniej okazję rozmawiać, i częściej stawia na padla kosztem tenisa. To dyscyplina rakietowa od lat konsekwentnie zgarniająca coraz szersze kręgi sympatyków w Polsce. Jednym z nich został legendarny napastnik Arminii Bielefeld. A zaczęło się to dwa lata temu. – Od tamtej pory padel pochłania mnie bardziej niż tenis, z którego całkowicie nie zrezygnowałem – opowiada o nowej pasji.
Nie zawsze łatwo się zaadaptować z kortu tenisowego na padlowy. Szczególnie ze względu na zamknięte pole gry – po bokach otoczone kratkami, z tyłu za to są ściany. Zgadza się z tym Artur Wichniarek.
– Z jednej strony przyzwyczajenia z tenisa pomagają, bo często gra się slajsem. Z drugiej – doświadczenie na dużym korcie koliduje, bo trzeba przyzwyczaić się do ściany. W tenisie za piłką trzeba biec do końca, w padlu – poczekać aż wróci po odbiciu od ściany. Jednak na końcu rakieta też jest w ręce. A tenis zawsze będzie sportem, który chętnie uprawiam – mówi „Tenis Magazynowi”.
W padlu – podobnie jak w tenisie – Wichniarek ma za sobą grę nie tylko stricte hobbystyczną. Były reprezentant Polski ma za sobą grę w turnieju PADLOWE, w którym uczestniczy między innymi Agnieszka Radwańska. – Mieliśmy tam okazję zbić piątkę – przyznaje były piłkarz.
Maciej Siemiątkowski

