Vladimir Kalensky, prezes Festina Polska, Czech z krwi i kości, mówi o współpracy z Polskim Związkiem Tenisowym, o tym jak 20 lat temu, na początku swojego pobytu w Polsce, czuł się w naszym kraju trochę jak „w czeskim filmie” i o swoich sportowych pasjach, które realizuje wspólnie z synem Frankiem, który lubi jazdę na rowerze i wspinaczkę górską.

Skąd u Pana taki nienaganny język polski?
– Moja żona jest Polką. Zakochałem się i to podwójnie: w dziewczynie z Polski i w kraju, z którego pochodzi. Choć początki pobytu wcale nie były łatwe.
A wydawać by się mogło, że z powodu sąsiedztwa, Czesi i Polacy mają podobne podejście do życia…
– Mieszkam w Polsce już 20 lat. Przyjechałem do Wrocławia, gdzie mieszkam i prowadzę biznes do dzisiaj. Teraz Polska to nowoczesny i wygodny kraj. Dwie dekady temu przeskok był ogromny. To były nie tylko kwestie dotyczące mentalności, ale także zwykłego, codziennego życia, otoczenia wokół nas, dróg, infrastruktury potrzebnej do normalnego życia. Na przykład podróż samochodem z Wrocławia do Warszawy zajmowała dobrych kilka godzin, jechało się po słabych i niebezpiecznych drogach. To się bardzo, ale to bardzo zmieniło. Dziś infrastruktura, i to nie tylko ta drogowa, wyróżnia Polskę na tle wielu innych europejskich krajów.
A jak na początku postrzegał Pan Polaków, a Polacy Czecha?
– Czasami bywało zabawnie, trochę jak „w czeskim filmie” (śmiech). Czesi są bardzo usportowioną nacją. W każdej, nawet tej najmniejszej miejscowości, są boiska piłkarskie, korty tenisowe, a często nawet lodowiska. Lubimy aktywność. Bardzo popularna jest jazda na rowerach po górskich trasach czy bieganie. Pochodzę z Pardubic, miasta, w którym jest dużo klubów sportowych, imprez, nawet europejskiego formatu. Nic dziwnego, że sport mam w genach. W Polsce 20 lat temu widok jegomościa uprawiającego jogging w parku był wciąż egzotyczny. Spotykałem się z dziwnymi komentarzami. Pamiętam, jak grupka panów, regularnie pijących piwo na ławeczce, dość głośno wymieniło się opiniami, kiedy po raz kolejny minąłem ich w swoim codziennym joggingu: „Zatopek znowu zapierdala!” (śmiech). Z ich strony był to wyraz zdziwienia tą formą aktywności i zaakcentowanie, że jednak jest to tutaj nienaturalne. Bo wtedy aktywność fizyczna Polaków nie była zbyt duża. I to się diametralnie zmieniło. Wraz ze sportową infrastrukturą. Dziś jest na podobnym poziomie, jak w mojej Ojczyźnie.
No właśnie, dla Festina Polska, firmy, którą Pan reprezentuje w Europie Środkowo-Wschodniej, ważnym elementem strategii marketingowej jest łączenie marki z aktywnością fizyczną, ze sportem masowym. Współpracujecie także z Polskim Związkiem Tenisowym. Dlaczego związaliście z tą dyscypliną sportu?
– Początki Festiny sięgają 1902 roku, kiedy w La Chaux-de-Fonds w Szwajcarii rozpoczęto tworzenie pierwszych modeli zegarków. Od lat 80. ubiegłego wieku marka spoczywa w hiszpańskich rękach i swoją siedzibę ma w Barcelonie. Sport zawsze był bardzo istotną częścią wizerunku Festiny. Od lat jesteśmy sponsorem wielu wydarzeń sportowych, co ma na celu spopularyzowanie aktywnego trybu życia. Firma wspiera kolarstwo, będąc sponsorem tak prestiżowych wydarzeń, jak Tour De Pologne, Tour de France czy Giro d’Italia. Ambasadorzy Festiny są zawsze doskonale dobrani. Na przykład była nią czeska drużyna hokejowa HC Pardubice, a od kilku lat jest nią znany na całym świecie, szkocki aktor, Gerard Butler. Tenis to dla nas naturalna kontynuacja dotychczasowych kierunków, zwłaszcza tenis masowy, z naciskiem na promocję aktywnego trybu spędzania czasu wśród dzieci i młodzieży.





Gra Pan w tenisa?
– Amatorsko. Częściej wychodziłem w kolegami na kort, mieszkając jeszcze w Czechach. Obecnie raczej biegam lub jeżdżę na rowerze. Staram spędzać aktywnie dużo czasu z rodziną. 10-letni syn Franek lubi rower i wspinaczkę górską, także tę na ściankach, więc mu kibicuję i towarzyszę.

