Tomasz Świątek: Droga do sukcesu to nie autostrada

Iga Świątek ze swoim zespołem i tatą Tomaszem wraz ze zdobytym po raz drugi pucharem Suzanne Lenglen

Tomasz Świątek, ojciec Igi, dwukrotnej triumfatorki turnieju Wielkiego Szlema w Paryżu na kortach Rolanda Garrosa mówi o cenie sukcesu, o początkach przygody córek z tenisem i o roli rodzica w sportowym rozwoju dzieci. Z Tomaszem Świątkiem spotkałem się w holu Regent Warsaw Hotel. Ma mocny uścisk dłoni. Od razu widać, że ma się do czynienia z człowiekiem o silnym charakterze i wyrazistej osobowości, który nie boi się ciężkiej, wręcz katorżniczej pracy. Znając sportowe CV ojca najlepszej polskiej tenisistki jest oczywistym, że w wioślarstwie, które profesjonalnie uprawiał przez kilkanaście lat, bez „mocy” wyników by nie było.

Gra Pan w tenisa?

– Amatorsko. Używając szkolnych odpowiedników, oceniłbym swoją grę na trójkę z minusem.

Pierwsza rakieta?

(na twarzy rozmówcy pojawia się uśmiech) – Pamiętam i wspominam z sentymentem. Była to rakieta „Neptun”. Zamierzchłe czasy.

Młodzieńczy sentyment do dyscypliny, a może inne powody skłoniły Pana, żeby Agata i Iga skierowały pierwsze kroki na kort?

– Moje życiowe doświadczenie od samego początku podpowiadało mi, żeby córki uprawiały dyscyplinę indywidualną. To była pierwsza, najważniejsza myśl. Ich sportowa przygoda wcale nie zaczęła się od tenisa, ale od pływania. Być może kariery obu wyglądałyby całkowicie inaczej, gdyby nie przeciwwskazania lekarskie. Po wizycie u laryngologa okazało się, że doszło do zapalenia ucha. Mogło to grozić nawet dużo poważniejszymi konsekwencjami. Z pływania trzeba było zrezygnować. Za drugim podejściem wygrał już tenis.

– Moje życiowe doświadczenie od samego początku podpowiadało mi, żeby córki uprawiały dyscyplinę indywidualną - mówi Tomasz Świątek.
– Moje życiowe doświadczenie od samego początku podpowiadało mi, żeby córki uprawiały dyscyplinę indywidualną – mówi Tomasz Świątek.

Agata, starsza córka grała na dobrym, nawet bardzo dobrym poziomie. Miało to wpływ na Igę?

– Oczywiście, że tak. Taka wewnątrzrodzinna rywalizacja bardzo ją „nakręcała”. Iga jest trzy lata młodsza i zawsze chciała dorównać Agacie. Obie mają „dryg” do sportu. Myślę, że po części pomagają też odziedziczone geny (uśmiech). Oczywiście, ogromne znaczenie – przynajmniej na początku – ma wsparcie, ale też determinacja rodziców. Bez uporu, naturalnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nic się nie zdziała.

Czyli jest Pan uparty?

– Jestem. Odpowiem w ten sposób: były momenty, że Agata i Iga chciały rzucić rakietę w kąt i dać sobie spokój z tenisem. Zawsze udało mi się przełamać tę niechęć i przekonać je do kontynuowania treningów. I patrząc z tej perspektywy, to tak, jestem uparty. Droga do sukcesu, droga do Paryża po tytuł we French Open to nie była autostrada. Chwilami było bardzo ciężko. Ale jesteśmy tu i teraz, i zawsze trzeba spoglądać do przodu.

Piotr Radwański, ojciec Agnieszki, powiedział w wywiadzie dla Interii, że głównym rozdającym karty w sztabie Igi Świątek powinien być jej ojciec. Tak rozszerzył swoją opinię: „Najlepszym menedżerem jest matka i ojciec, czyli najbliższe osoby. Im najbardziej zależy na interesie dziecka. Owszem, zdarzy się, że coś zrobią nieudolnie, ale jak tylko to zauważą, to skorygują i nie będą powielać błędu”. Jakby mu Pan odpowiedział?

– Siedzę w drugim rzędzie i dobrze mi z tym, swoją rolę bardziej pierwszoplanową już odegrałem, zanim Igi kariera weszła na najwyższy poziom w 2020 roku. Nie lubię, gdy uwaga skupia się na mnie. Zresztą, główną aktorką na tej tenisowej scenie jest Iga, a nie jej ojciec, ale… To nie jest tak, że Iga „oddana” jest osobom trzecim, jest już dorosła i sama może podejmować decyzje. Zawsze jednak wspólnie się konsultujemy co do najważniejszych spraw: sztab szkoleniowy, kontrola nad pieniędzmi, w tym budżetem teamu, dobór sztabu szkoleniowego. Tak, moje zdanie liczy się przy podejmowaniu decyzji w tych tematach, ale też mam zaufanie do ekspertów, z którymi Iga pracuje.

Tomasz Świątek z córkami: Igą i Agatą.
Tomasz Świątek z córkami: Igą i Agatą.

Mamy rok 2022. Po wykupieniu udziałów spółki Tennis Consulting od Marcina Matkowskiego jest Pan razem z Pauliną Wójtowicz wyłącznym organizatorem turnieju BNP Paribas Poland Open, który został przeniesiony do Warszawy, największej imprezy rangi WTA w Polsce. Główny cel, jaki Państwo sobie stawiają w tegorocznej edycji i w perspektywie kolejnych lat?

– Licencja obowiązuje na okres pięciu lat. Nasze założenia z Pauliną od samego początku były jasno formułowane. Chcemy z każdym kolejnym rokiem rozwijać ten projekt, ale zawsze z myślą o promocji młodych polskich tenisistek. W ubiegłym roku przyznaliśmy „dzikie karty” Weronice Falkowskiej i Weronice Baszak. Falkowska przeszła pierwszą rundę, Baszak była o krok od pokonania rywalki. W imprezie takiej rangi jak w Warszawie można zdobyć dużo punktów do klasyfikacji WTA, wygrywając choćby jedno spotkanie. Żeby wywalczyć 30 pkt. w małych turniejach ITF, trzeba wygrać dwa turnieje. My dajemy „wędkę” młodym, utalentowanym Polkom i trzeba robić wszystko, żeby one taką szansę maksymalnie wykorzystały.

Podczas ubiegłorocznej, grudniowej konferencji Igi, zapowiadającej m.in. nowy sezon, padło stwierdzenie, że zagra ona w 2022 roku w dwóch imprezach w Polsce: w meczu Billie Jean King Cup w Radomiu oraz właśnie w Warszawie. Podtrzymuje Pan tę deklarację?

– Zdecydowanie tak. Iga zagrała w kwietniu w Radomiu, gdzie Polska podejmowała Rumunię oraz ma zagrać w lipcu w Warszawie na korach Legii. Muszę jednak dodać jedno zdanie nauczony zmiennością tenisa: jeśli nie wystąpią nieprzewidziane okoliczności. Liczymy oczywiście, że nie i te plany sportowe się powiodą. 

Stawiam tezę, że bez sportu, tak jak bez tlenu, nie mógłby Pan żyć?

– Na pewno coś w tym jest. Praktycznie od najmłodszych lat sport stanowił integralną część mojego życia. Nic dziwnego, bo mój tata boksował, ojciec chrzestny był bardzo dobrej klasy kolarzem, a brat grał w koszykówkę w Skrze Warszawa.

Pan wybrał wioślarstwo. Dlaczego?

– W tym wyborze było akurat trochę przypadku. Zaczynałem w sekcji piłki nożnej Gwardii Warszawa pod koniec lat 70. Grałem na pozycji forstopera, „czyściłem” wszystkie piłki, broniąc dostępu do bramki. Dobrze prezentowałem się także w biegach przełajowych. Sytuacja w klubie jednak tak się ułożyła, że zdecydowałem się na sekcję wioślarską.

Zdobył Pan w tej dyscyplinie dużo: olimpijczyk z Seulu w 1988 roku, uczestnik mistrzostw świata, złoty medalista Uniwersjady, wielokrotny medalista mistrzostw Polski w wioślarstwie w czwórce podwójnej. Czy Tomasz Świątek jest spełnionym sportowcem?

– Gdybym miał odpowiedzieć tylko po żołniersku, to powiem: tak. Ale mimo wszystko kilka startów mogło ułożyć się inaczej. Przede wszystkim brakuje medalu mistrzostw świata, dwa razy z kolegami zajęliśmy piąte miejsce. Było to w Kopenhadze w 1987 roku i w Bled dwa lata później. No i olimpijski występ w Korei Południowej. W 1988 roku wykonałem z kolegami tytaniczną pracę. Przygotowując się do Igrzysk do dziś pamiętam, że byliśmy poza domem 320 dni. Czuliśmy się mocni. W silnie obsadzonym, przedolimpijskim starcie w Lucernie w Szwajcarii wygraliśmy te regaty. Na miejscu w Seulu dopadł nas pech. Jeden z kolegów się rozchorował. Musiało być zastępstwo. Przy konkurencji czwórek, gdzie każdy detal, zgranie jest tak ważne, to był cios. Ostatecznie nasza osada zajęła siódme miejsce. Był żal, rozczarowanie. Na otarcie łez, ówczesny minister sportu Aleksander Kwaśniewski wręczył każdemu z nas 300 dolarów w gotówce (śmiech). Mimo tego, że nie wygrałem wszystkiego, co było do zdobycia, swoją karierę sportową wspominam bardzo dobrze. Wykorzystałem swoje doświadczenia także po zakończeniu kariery.

Wsiada Pan jeszcze do łódki, a może latem rodzinne wyścigi z udziałem córek?

(śmiech) – Na razie wystarcza ergometr w domu. Zawodów nie planuję. Zresztą pytanie: jakby takie wyścigi się zakończyły, bo czasami Iga na siłowni trenuje właśnie na ergometrze i – proszę mi wierzyć – ma solidne pociągnięcie. A w naszej rodzinie nie lubimy przegrywać (śmiech).

Tomasz Świątek z Igą w studio telewizyjnym.
Tomasz Świątek z Igą w studio telewizyjnym.

Rozmawiał Maciej Łosiak

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

Katarzyna Kawa mogła się cieszyć z wygranej i awansu do półfinału turnieju w Austin. Fot. PZT

Katarzyna Kawa w ćwierćfinale debla w Austin

Rozpoczęła się druga edycja zawodów ATX Open na kortach twardych w amerykańskim Austin o randze WTA 250. W stolicy stanu Teksas jedyną Polką w turnieju jest Katarzyna Kawa. Tenisistka urodzona

Emma Raducanu jako 18-latka i pierwsza w historii kwalifikantka wygrała turniej wielkoszlemowy – US Open 2021. Fot. www.depositphotos.com

Emma Raducanu. Piękna i fenomenalna, ale…

W grudniu Emma Raducanu wróciła do touru po ośmiomiesięcznej przerwie. Była ona spowodowana operacjami nadgarstków i kostki. Come back był słaby w jej wykonaniu. Szybkie porażki w Auckland, Melbourne, Abu Zabi