Rok 1939. Jak polscy tenisiści ujarzmili na kortach stołecznej Legii chińskiego smoka

Z lewej Ignacy Tłoczyński, w środku Wai Chuen Choi. Fot. Narodowe Centrum Cyfrowe

Jednym z ostatnich przedwojennych występów tenisowej reprezentacji Polski był mecz z Chinami w sierpniu 1939 roku. Egzotyczny rywal, prezentujący jednak wysoki europejski poziom, za sprawą mieszkających na co dzień na wyspach dwóch graczy, miał być wyrównanym rywalem dla gospodarzy. Biało-Czerwoni okazali się jednak mało gościnni, odnosząc przekonywujące zwycięstwo na kortach stołecznej Legii 4:1.

Lider chińskiej drużyny z holenderskim paszportem

Już kilka tygodni przez wizytą skośnookich tenisistów w Warszawie temat spotkania nie schodził z ust stołecznych kibiców, a atmosferę skutecznie podgrzewała prasa. Skład naszych rywali był łatwy do przewidzenia. Wszyscy liczyli na obecność jej największej gwiazdy – Kho-Sin-Kie. Na drodze do jej przyjazdu mogły jednak stanąć kwestie… polityczne. Obawiano się, że o Kho może upomnieć się armia chińska, powołując go na front wojny z Japonią. Organizatorzy spotkania uspokajali opinię publiczną. Lider naszych rywali miał paszport holenderski, gdyż urodził się na wyspie Java, wchodzącej w skład Indii Holenderskich, a więc pobór mu nie groził, co zresztą później sam wyjaśnił z rozmowie z polską prasą.

– My, Chińczycy, przebywający stale w Europie, jesteśmy zwolnieni z obowiązku służby wojskowej. Zresztą u nas w Chinach ludzi nie brakuje – mamy ich przecież więcej niż karabinów…

Kho Sin Kie tenisowe szlify zbierał po przyjeździe do Europy, dając się we znaki czołowym zawodnikom z tej części świata. Wystarczy wspomnieć, że podczas mistrzostw Anglii w 1938 roku wyeliminował  brytyjskich tenisistów daviscupowych – Ronalda Shayesa oraz Donald MacPhaila – zwyciężając w całym turnieju. O rywalu z szacunkiem wyrażał się jeden z naszych kadrowiczów, Ignacy Tłoczyński.

Ignacy Tłoczyński w akcji. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Ignacy Tłoczyński w akcji. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

– Walczyłem z Chińczykiem w Mentonie przed trzema laty i wygrałem z nim w trzech setach. To był trudny mecz, bo liftuje on zarówno backhand, jak i forhend. Muszę jeszcze lojalnie przyznać, że mój partner grał ze mną niedysponowany, gdyż miał jakieś bóle w krzyżu, które w następstwie przez dłuższy czas nie pozwoliły mu walczyć na korcie – mówił Tłoczyński.

Drugi z Azjatów wcale nie odstawał poziomem od lidera kadry. Wai-Chuen Choy przyjechał do szkoły średniej w Anglii i dopiero wtedy rozpoczął swój romans z tenisem. Nic więc dziwnego, że mierzący zaledwie 173 centymetry zawodnik prezentował typowo brytyjski styl. Początki w zawodowym tenisie miał trudne, ale po kilku błyskawicznych porażkach zaczął czynić stałe postępy, o czym świadczył awans do mistrzostw Anglii w 1938 roku, w którym przegrał z rodakiem Kho-Sin-Kie. Dźwigający na swoich barkach ciężar reprezentacyjny gracze potrafili w meczu Pucharu Davisa postawić się Francji (1:4), ugrywając przynajmniej seta w każdym przegranym spotkaniu.

Polska w najmocniejszym składzie

Polacy wystawili do pojedynku swoje najmocniejsze działa. W meczach singlowych grali finaliści niedawno zakończonych w Gdyni międzynarodowych mistrzostw Polski. Na pierwszej rakiecie grał świeżo upieczony zwycięzca krajowego tytułu Józef Hebda, który w  finale ograł zmęczonego trudami sezonu, doświadczonego Ignacego Tłoczyńskiego 3:1 (6:2, 1:6, 9:7, 6:3). Dla przegranego mecz z Chinami miał wyjątkowe znaczenie. Po spotkaniu miał otrzymać upominek za dziesięć lat gry w barwach Polski. Trudno uwierzyć, że mimo 28 wiosen na karku upłynęła już dekada od jego pierwszego występu z orzełkiem na piersi, gdzie w starciu z Rumunią w ramach Pucharu Davida okazał się lepszy od Mishu. Porażkę na mistrzostwach z Hebdą odbił sobie w grze mieszanej z Jadwigą Jędrzejowską, z którą sięgnęli po złoty medal.

Pojedynek traktowano bardzo prestiżowo – miał być próbą generalną przed walką o Mitrocup oraz spotkaniem z utytułowaną Szwecją.

Azjaci, który w zgodnej opinii fachowców w Europie ustępowali tylko Niemcom, Jugosławii i Francji,  przybyli do stolicy w czwartek rano. W godzinach popołudniowych pojawili się na kortach warszawskiej Legii i odbyli krótki trening, podczas którego zapoznali się z kortami. Natomiast w piątek punktualnie o godzinie 14:30 zaczął się dwudniowy pojedynek, który okazał się pokazem siły naszych graczy. Pierwszy na kort wyszedł Hebda, rywalizujący z wyżej notowanym na tenisowej „giełdzie” Kho-Sin-Kie. Polak wygrał w trzech setach (6:4, 7:5, 6:4). Chińczyk przewyższał naszego reprezentanta technicznie, ale ten był przez całe spotkanie regularniejszy oraz skuteczniejszy – szczególnie w decydujących momentach. Cóż z tego, ze kibice oklaskiwali wspaniałe, lądujące pod samą linię uderzenie skośnookiego gracza, jeśli w kolejnych zagraniach następowały spore auty. Hebda właściwie tylko raz był w niebezpieczeństwie, gdy w drugim secie przegrywał 5:4 przy serwie rywala.

Drugi z gości, Choy, wypadł słabiej od rodaka, choć postawił trudniejsze warunki Tłoczyńskiemu niż  Kho-Sin-Kie Hebdzie. Tylko w pierwszym secie nie istniał. Poszedł wtedy niepotrzebnie na grę z głębi kortu, a Polak całkowicie go zdominował (6:0). W kolejnych odsłonach Chińczyk zagrał rozważniej i częściej podchodził do siatki, dzięki czemu rywalizacja na obiekcie stołecznej Legii mocno się wyrównała. Tłoczyński często próbował mijać rywala, ale piłka wielokrotnie wychodziła na aut. Na szczęście Polak nie zawodził w końcówkach setów, nadając swoim uderzeniom więcej precyzji i dokładności, a Choy – gdy presja rosła – gubił się kompletnie. Ostatecznie to nasz zawodnik był górą, wygrywając 6:0, 7:5, 6:4.

Decydujący o naszym końcowym zwycięstwie okazał się debel. Tłoczyński w parze z Adamem Baworowskim stanęli na wysokości zadania, wygrywając 6:2, 6:4, 6:2, choć ich gra była daleka od ideału. Z naszej dwójki lepiej zaprezentował się Tłoczyński, popełniając w całym meczu ledwie kilka błędów, wynikających z nonszalancji i niepotrzebnego ryzykanctwa. Najsłabszym ogniwem pojedynku deblowego był Choy, który większość smeczy i wolejów pakował w siatkę. Gra podwójna okazała się dla niego zbyt szybka, a większość jego reakcji była spóźniona.

Przed meczem debal, od lewej: Wai Chuen Choi, Kho Sin Kie, Adam Baworowski i Ignacy Tłoczyński. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Przed meczem debal, od lewej: Wai Chuen Choi, Kho Sin Kie, Adam Baworowski i Ignacy Tłoczyński. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Kawał porządnego tenisa

Mimo szybkiego rozstrzygnięcia obie reprezentacje pokazały w kolejnych meczach kawał porządnego tenisa. Pojedynek Baworowskiego z Kho-Sin-Kie był widowiskiem wprost pierwszorzędnym. Chińczyk w pierwszym secie postawił się rywalowi, stosując skuteczne backhandy i szybką oraz skuteczną grę przy siatce, przez co wygrał premierową odsłonę 7:5. W kolejnych partiach Baworowski niepodzielnie panował na korcie. Forhend mu „siedział”, a próby lobbowania przez przeciwnika stłumił w zarodku skutecznymi smeczami. Sam też nie omieszkał chodzić do siatki, ale zazwyczaj po dobrze przygotowanych piłkach. Chińczyk zdobywał punkty głównie po ciężkiej walce, ale w ważnych momentach (między innymi przy próbach przełamania) brakowało mu szczęścia, gdy czynił minimalne auty. Ostateczny rezultat brzmiał 5:7, 6:3, 6:0, 6:1 dla Polaka.

Po dwóch singlowych porażkach Kho-Sin-Kie udzielił krótkiego komentarza prasie.

– Nie ukrywam, że podczas meczów w Warszawie byłem mniej regularny niż zazwyczaj. Ten defekt tłumaczę sobie lekkimi piłkami, do których nie jestem przyzwyczajony.  Być może, że podczas upałów piłki stają się lżejsze. Mojej liftowanej grze odpowiadają raczej piłki cięższe. Na warszawskim placu dużo piłek wprost wymykało mi się spod rakiety. Wasz kort jest bez zarzutu.

– Jak się obserwuję pańską grę, odnosi się wrażenie, że nie zawsze podbiega pan do piłek możliwych do wzięcia – zapytał dziennikarz Przeglądu Sportowego.

– Tak, istotnie – to mi się zdarza, ale proszę nie zapominać, że przed dwoma laty smeczując w meczu z Tanacescu naderwałem mięsień w plecach. Każdy skręt korpusu sprawia mi jeszcze do tej pory dotkliwy ból.

Honorowy punkt dla Azjatów zdobył Choy, który wyrwał zwycięstwo w starciu z Czesławem Spychałą (8:6, 6:2, 6:4). Polak miał zdecydowanie gorszy dzień. Nie wychodziła mu żadna akcja ofensywna, a nawet bezpiecznie zagrywane piłki lądowały na aucie. Nawet lob, czyli jego ścisła specjalność, była tym razem łatwa do smeczowania. Z kolei Choy pokazywał klasę w defensywie, odbijając piłki z nieprawdopodobnych wręcz pozycji. Słabsza forma Spychały nie umknęła naszym trenerom, powodując u nich ból głowy. Zastanawiali się, czy przegrany w meczu z Choy’em nie jest podatny na presję  i czy w kolejnych spotkaniach nie zastąpić go Kazimierzem Tarłowskim. Przed wybuchem II wojny światowej udało się rozegrać jeszcze tylko jeden oficjalny, międzypaństwowy mecz – pojedynek z Rumunią o Mitrocup. Po nim nasi tenisiści zmuszeni byli zamienić rakiety na karabiny, a stroje sportowe na mundury.

Polska – Chiny 4:1

Józef Hebda – Kho-Sin-Kie 6:4, 7:5, 6:4

Ignacy Tłoczyński – Wai-Chuen Choy 6:0, 7:5, 6:4

Baworowski/Tłoczyński – Kho-Sin-Kie/Choy 6:2, 6:4, 6:2

Baworowski – Kho-Sin-Kie 5:7, 6:3, 6:0, 6:1

Choy – Spychała 8:6, 6:2, 6:4

Michał Hasik

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

- Naszym celem jest awans do finałów Billie Jean King Cup, które odbędą się w Shenzhen 21–27 września - mówi Dariusz Łukaszewski, prezes PZT. Fot. Olga Pietrzak

Dariusz Łukaszewski, prezes Polskiego Związku Tenisowego mówi o meczu reprezentacji Polski w Gliwicach w ramach Billie Jean King Cup, cyklu LOTTO PZT Polish Tour 2026, …

Katarzyna Kawa

Katarzyna Kawa (BKT Advantage Bielsko-Biała) w półfinale zakończyła występ w drugim z rzędu turnieju rangi WTA 125 rozgrywanym na kortach ziemnych w tureckiej Antalyi. Polka, zajmująca obecnie 146. …

Kayla Day będzie pierwszą rywalką Igi Świątek w tegorocznym tysięczniku na kortach Indian Wells. Fot. www.depositphotos.com

Trwa BNP Paribas Open rozgrywany na twardych kortach w Indian Wells w Kalifornii turniej rangi WTA 1000 oraz ATP Masters 1000. W trzecim dniu zmagań odbywały się …

Katarzyna Kawa zagra w półfinale turnieju w Antalyi. Fot. Media społecznościowe K. Kawa

Katarzyna Kawa zagra w sobotę o awans do finału w turnieju WTA 125 na kortach ziemnych w Antalyi. W piątkowym ćwierćfinale Polka pewnie uporała się 6:1, 6:4 ze Słowenką Tamarą Zidansek …