Henri Kontinen: Kiedyś marzyłem, aby pochowano mnie pod kortem tenisowym

Henri Kontinen uwielbia Polaków, kocha czeską Pragę. Fot. Archiwum H. Kontinen

Finowie są osobliwi. Inni niż reszta świata. Gigantyczna kołdra przyrody i nieskrępowana przestrzeń uczyniła z nich ludzi łaknących wolności wyboru. Chcą żyć tak, jak im się podoba. Henri Kontinen jest pierwszym Finem, który wygrał turniej wielkoszlemowy. Podczas Wimbledonu 2016 Henri i Brytyjka Heather Watson zwyciężyli w finale miksta. Londyn jest szczęśliwy dla Kontinena. Finał singla juniorów Wimbledonu i zażarta bitwa z Grigorem Dimitrowem (2008), triumfy w deblowym Nitto ATP Finals u boku Johna Peersa (2016 i 2017) są znakomitą wizytówką talentu chłopaka z Helsinek. „Henkka” (tak zwracają się do niego kumple), to człowiek niezwykle uzdolniony w wymiarze tenisowym, ale nie potrafi zamknąć swojej duszy w korytarzu deblowym. Musi jeździć na łyżwach, pływać łódką, włóczyć się po świecie i grać na instrumentach. To bardzo kontaktowy człowiek, który lubi konwersację, ale gdy słyszy dźwięk harfy, gitary czy saksofonu, wyraźnie ożywa. „Gdyby nie tenis, zostałbym muzykiem”. Teraz pochłonęło go malarstwo…

Uwielbia Polaków, kocha czeską Pragę. Swego czasu z lotniska imienia Vaclava Havla odbierał go artysta debla – Łukasz Kubot. Jako junior Henri zwyciężył w finale debla Roland Garros 2008, grając w parze z Christopherem Rungkatem z Indonezji. W tymże samym roku w Nowym Jorku dotarł do finału gry podwójnej.

Kocha smakować rozmaite zapachy. Najchętniej wytarzałby się w pachnidłach całego świata. Kiedy ma ochotę pobyć sam ze sobą, ot, wsiada na prom i płynie do Tallina, aby pozbierać myśli i pooddychać ciszą…

Kontinen jest pierwszym Finem, który wygrał turniej wielkoszlemowy. Było to podczas Wimbledonu 2016 Henri i Brytyjka Heather Watson zwyciężyli w finale miksta. Fot. Heidi Koivunen
Kontinen jest pierwszym Finem, który wygrał turniej wielkoszlemowy. Było to podczas Wimbledonu 2016 Henri i Brytyjka Heather Watson zwyciężyli w finale miksta. Fot. Heidi Koivunen

Juho Paukku, Harri Heliovaara, Jarkko Nieminen – twoi rodacy parający się grą w tenisa. To sami dobrzy kumple, Henri?

– Tak. Wszystkich Finów lubię bez wyjątku. Niestety, ubolewam, że jest tak mało fińskich tenisistów w tourze. Przywykłem do samotności (śmiech Kontinena). Miło, że po wielu zawirowaniach związanych z poszukiwaniem właściwej drogi życiowej, do tenisa wrócił w wielkiej formie Harri Heliovaara. On lubi ze mną gadać przez telefon, gdy jego mała córeczka już śpi… Namawiałem Heliovaarę, żeby wrócił na kort, bo tenis to jego życie. Nie wiem, czy do singla, czy do debla lepiej się nadaje, ale on wręcz kwitnie, gdy biega wzdłuż siatki! Widziałbym go w deblu, a raczej sporadycznie w singlu (podczas Nitto ATP Finals 2022 w Turynie Heliovaara udowodnił, że Finowie potrafią grać w debla, awansując do półfinału z Anglikiem Lloydem Glasspoolem). Harri to dobry chłopak. Zawsze miło jest, kiedy podróżuje z tobą twój rodak. Emil Ruusuvuori to kawał tenisisty. Pamiętam go, jak stękał w upale, gdy grał w juniorskim Australian Open. W Traralgon narzekał na skwar, ale czegóż spodziewać się w styczniu w Australii? Przecież nie mrozu… W Finlandii jest sporo zdolnej tenisowej młodzieży, więc mam nadzieję, że w przyszłości młodsi koledzy odnajdą drogę w tym trudnym sporcie i dotrą do ATP World Tour…

Z twojej perspektywy zawsze to miło zamienić parę słów po fińsku, gdy znajdujesz się z dala od ojczyzny?

– Oczywiście. Wolę chodzić na kolację z Finami niż z obcokrajowcami. Pożyjemy, zobaczymy co wyrośnie z młodego pokolenia… To bardzo wyboista droga, z wieloma dziurami, więc nie jest łatwo przebić się w tenisie, ale może urodzi się nowy Jarkko Nieminen.

Ze Szwedami nie rozmawiasz?

– Szkopuł w tym, że Szwedzi nie rozmawiają po fińsku. Ja swobodnie władam językiem szwedzkim. Większość Finów mówi po szwedzku z dość prostego powodu. Po prostu jesteśmy bardziej inteligentni niż Szwedzi (śmiech).

Czyżby Szwedzi nie chcieli nauczyć się fińskiego, języka sąsiadów?

– Może i chcieliby, ale nie mają takich talentów do języków. Historycznie rzecz ujmując Finowie zawsze byli mądrzejsi od Szwedów. Co nie zmienia faktu, że dobrze bawię się w towarzystwie Szwedów.

Co sądzisz o Kimim Tiilikainenie, byłym trenerze Jerzego Janowicza?

– W przeszłości Kim pracował i osiągał sukcesy z Jerzym Janowiczem, ale odnalazł też wspólny język z Michałem Przysiężnym. Nie wiem czy wiesz, ale Michał Przysiężny dzielił ze mną pokój w Pradze?

Nie miałem pojęcia…

– Wynajmowaliśmy mieszkanie z Michałem w Pradze, gdy trenowałem w Czechach. Kiedy miałem 15, może 16 lat, mieszkaliśmy pod jednym dachem z Michałem w stolicy Czech. Obu znam bardzo dobrze. Kim Tiilikainen był kapitanem Finlandii w Pucharze Davisa odkąd tylko pamiętam swoje występy w kadrze. Zawsze tonęliśmy w beczce śmiechu. Kim Tilikainen to wspaniały przyjaciel. W 2016 roku Kim pojechał ze mną i z Johnem Peersem do Paryża (Bercy) i do Londynu (O2 Arena). Oficjalnie wprosił się do naszego teamu jako doradca. Powiedziałem mu, że chyba chce mieć bilans 10-0 prowadząc Kontinena i Peersa. Tak też się stało. Pod jego skrzydłami nie przegraliśmy meczu w hali Bercy i w O2 Arena. Zażartowałem sobie, że może powinien zmienić fach i zostać trenerem deblistów. Kim to bardzo dobry człowiek. Z Przysiężnym dobrali się jak w korcu maku.

Henri Kontinen wygrał wspólnie z Australijczykiem Johnem Peersem turniej ATP w Londynie. Było to w 2018 roku. Fot. Archiwum H. Kontinen/ATP Tour
Henri Kontinen wygrał wspólnie z Australijczykiem Johnem Peersem turniej ATP w Londynie. Było to w 2018 roku. Fot. Archiwum H. Kontinen/ATP Tour

Michał to bardzo wrażliwa dusza. Utalentowany tenisista, piękny jednoręczny bekhend, tak ja ty, a przy tym dobry człowiek. Kto z was wpadł na pomysł, aby wynajmować mieszkanie w Pradze?

– Nie dam sobie uciąć ręki, jak to dokładnie było i kto wymyślił wspólny wynajem mieszkania w Pradze, ale wydaje mi się, że IMG bardzo mi wówczas pomogło. Ja poszukiwałem pilnie miejsca, w którym mógłbym spokojnie trenować, a IMG ma bardzo dobre koneksje z klubem Sparta Praha. Byłem wtedy małolatem i nie byłem aż tak bardzo napalony, żeby trenować w wielkiej tenisowej akademii na wzór Nicka Bollettieriego w Bradenton na Florydzie. W związku z tym, wybrałem się do Pragi na rekonesans, chciałem zobaczyć jak funkcjonuje ich system i bardzo mi się tam spodobało. Czesi mają świetnych trenerów tenisowych. Wówczas w Pradze trafiłem na moich rówieśników oraz graczy lepszych ode mnie. Cała infrastruktura klubu Sparta Praha trafiła w moje gusta, bardzo do mnie przemówiła i pomyślałem, że warto zostać w Czechach. I zamieszkałem razem z Michałem, co też było dobrym wyborem.

Henri, trenowałeś wówczas z czeskim tenisistami, np. z Janem Satralem?

– Och, jestem beznadziejny, gdyż nie mam głowy do nazwisk. Jedno nazwisko wygrzebię z pamięci… Jakub Cymorek. Mój rówieśnik. W kategorii juniorskiej Cymorek był jednym z najlepszych na świecie. Był jeszcze David, ale za skarby nie przypomnę sobie jego nazwiska… Byli też starsi tenisiści, którzy już zawiesili rakietę na kołku. Mam luki w pamięci – to przez COVID-19. Zawsze miałem problem z zapamiętywaniem nazwisk. Czesi z reguły mocno stoją w tenisie, więc nie sposób ich wszystkich spamiętać…

Dzieliłeś pokój z Michałem Przysiężnym w takim pięknym mieście jak Praga. Jak długo?

– Michał już wtedy podróżował po świecie, więc był w innym punkcie kariery niż ja. Mieszkaliśmy razem może z 6, góra 7 miesięcy. Kiedy Michał opuścił Pragę, na jego miejsce przyjechała moja familia, bo mój brat Micke też zapragnął trenować w Czechach. I tak zamiast polsko-fińskiej kwatery w Pradze, miałem wokół siebie samych Finów. Mamę, tatę i brata. A co do piękna Pragi… Masz absolutną rację. Wstyd, że nie byłem w Pradze odkąd przestałem trenować w Czechach. To w gruncie rzeczy bardzo smutne, że tak dawno nie było mnie w tym cudownym i wyjątkowo pięknym mieście.

Most Karola nocą wygląda przecudnie.

– Domyślam się. Wówczas byłem zbyt młody, żeby smakować Pragę nocą! (śmiech) Teraz chciałbym poznać inną stronę czeskiej stolicy…

Kimi Raikkonen, były mistrz świata w Formule 1 (sezon 2007), słynie z nocnych wędrówek. Czy fascynują cię sporty motorowe jak przystało na Fina? Sami Selio to niesamowity kierowca motorowodnych bolidów, dwa razy został mistrzem świata w 2007 i 2010 roku. Selio ściga się razem z Bartkiem Marszałkiem w motorowodnych mistrzostwach świata.

– Sami Selio? W którejś fińskiej gazecie obiło mi się to nazwisko o uszy. Gdzieś słyszałem o nim w radio… Gdy byłem młodszy, byłem wielkim fanem samochodowej Formuły 1.

Gościłeś na wyścigu?

– Jeszcze nie, ale planuję wizytę na padoku F1. Taki mam plan. Zrobiłem sobie listę miejsc, które muszę jeszcze odwiedzić za życia. Padok F1 jest na tej liście.

Chciałbyś pogawędzić z Heikki Kovalainenem, byłym kierowcą McLarena?

– Jarkko Nieminen jest nawiedzony na punkcie F1. Zdaje się, że jednego roku Jarkko wybrał się na GP Japonii przy okazji turnieju ATP 500 w Tokio. Heikki Kovalainen zaprosił Nieminena na padok. Bardzo chciałbym zobaczyć ten cyrk od kuchni…

Heikki zaprosił Jarkko do świata spalin. A kto sprawił, że ty i twój brat Micke zakochaliliście się w tenisie?

– Podejrzewam, że to sprawka moich rodziców. Tata i mama traktowali tenis jako hobby. Pałętałem się między nogami i zainteresowałem się tenisem. Bawiłem się w pobliżu kortów, jak to dzieciak… Później zacząłem odbijać piłką w domu. Zawsze marzyłem o tym, aby zostać tenisistą i kroczyć swoją ścieżką. Z moim bratem Micke było zgoła inaczej. Kiedy był małym chłopcem, tenis nie kręcił go aż tak bardzo. Gdy zaczynał trenować, chwilę później przerywał treningi. Za moment ponownie wracał do sportu i znów chciał z niego odejść. Mnie tenis od dawna bawił. Czerpałem ogromną przyjemność z faktu, że mogłem grać w tenisa z przyjaciółmi.

Byłeś bardzo utalentowanym juniorem. Podczas Wimbledonu 2008 pokonałeś w półfinale Bernarda Tomicia, a w finale uległeś Grigorowi Dimitrowowi. Tak pięknie zapowiadała się twoja kariera, ale później podupadłeś na zdrowiu. Z tego co pamiętam, dokuczał ci ból w kolanie, nieprawdaż…?

– Moje kolano zasłużyło na etykietkę: tragiczne kolano… (śmiech Kontinena)

Lewe kolano?

– Tak, lewe. Przeszedłem dwie operacje tego kolana. Jeszcze przed pierwszą miałem problemy i musiałem przechodzić na przestrzeni jednego roku kilkakrotnie rehabilitację. Skoro zawiodły rozmaite sposoby rehabilitacji, musiałem powędrować pod nóż! Nóż był jedyną opcją, ale chirurg niewiele zdziałał… Po drugiej operacji też nie czułem się o wiele lepiej. Zaczęły osaczać mnie czarne myśli, że to już koniec moich marzeń o zawodowym tenisie. Postanowiłem dać sobie chwilę czasu do namysłu. Zagrałem dla czystej przyjemności i możliwości wygłupiania się w kilku turniejach deblowych i okazało się, że wszystko jest w porządku z moim kolanem. Powziąłem decyzję, że dopóki kolano nie będzie mnie alarmować, będę grał w debla. Podjąłem próbę i pomyślałem, że skoro moje chimeryczne kolano już przestało marudzić, to będę dawał sobie coraz większe obciążenia w grze podwójnej. Sam siebie zadziwiłem, bo po roku byłem już okopany w głównym tourze. Nie sądziłem, że w takim tempie wkroczę do czołówki deblowej.

– Tak, mieszkam w Estonii. Dobrze czuję się w Estonii, a Tallin to naprawdę bardzo ładne miasto - mówi Henri Kontinen. Fot. Archiwum H. Kontinen/ATP Tour
– Tak, mieszkam w Estonii. Dobrze czuję się w Estonii, a Tallin to naprawdę bardzo ładne miasto – mówi Henri Kontinen. Fot. Archiwum H. Kontinen/ATP Tour

Jak brzmiała diagnoza chirurgów po drugiej operacji?

– Powiedziano mi, że szanse rozkładają się 50/50, jeśli chodzi o profesjonalne uprawianie tenisa. Szybko dostrzegłem, że w singlu nie mam czego szukać przy takim stanie lewego kolana, które często będzie się odzywać.

I byłeś o krok od tego, aby zacząć łowić ryby nieopodal Seinajoki…?

– Tak. Zacząłem rozmyślać o nowym zajęciu, ale… spróbowałem singla i historia była taka, że po rozegraniu jednego meczu nie mogłem wypocząć i być gotowy na kolejne spotkanie. Zrozumiałem, że przy moim zdrowiu nie będę mógł kontynuować singla, ale za wszelką cenę pragnąłem dowiedzieć się, czy jeszcze jestem w stanie zagrać dwa mecze pod rząd w singlu i nie odczuwać bólu. Nie udało się… Postawiłem zatem na debla.

A gdzie przeprowadzono obie operacje?

– Pierwsza operacja odbyła się w Finlandii, a druga w Szwecji. Szwedzki chirurg był specjalistą w dziedzinie ścięgna Achillesa i kolana. Pierwsza operacja nic nie dała, więc szukałem dalej… Szwedzki chirurg widział wiele kolan w swoim życiu, bo praktykował przez 30 lat, więc zakładałem, że wszystko będzie dobrze… Wyznał, że w życiu nie widział tak skomplikowanej kontuzji kolana. Zrobił wszystko co mógł. Kontuzje to, niestety, część zawodowego sportu. Nie sposób ich uniknąć…

Urodziłeś się w Helsinkach. Gdzieś w okolicach Senaatintori (Placu Senackiego)?

– Przyszedłem na świat w pobliżu Senaatintori, lecz szczegółów tego wydarzenia nie pamiętam!

I pomimo uroczej architektury na Senaatintori przeniosłeś się do Tallina?

– Tak, mieszkam w Estonii. Spędzam tyle samo czasu w Estonii, co w Finlandii. Co ja plotę…? Tak naprawdę rzadko tam bywam, bo wiecznie żyję na walizkach. Podróże, podróże, podróże… Ładnych parę lat temu zakupiłem mieszkanko w Tallinie. Dobrze czuję się w Estonii, a Tallin to naprawdę bardzo ładne miasto. Wciąż większość moich przyjaciół mieszka w Helsinkach. W innych fińskich miastach też mam kumpli. Kiedy tylko mogę, to ich odwiedzam.

Pływasz promem z Helsinek do Tallina?

– Tak, to banalnie prosta marszruta. Dwie godziny na łajbie i jestem w porcie. Bywa, że wstaję o brzasku w Tallinie, płynę promem do Helsinek, spędzam cały dzień w Finlandii i wieczorem melduję się w Estonii. Lubię rozmyślać na promie. W Tallinie jest taniej niż w Finlandii, a ja cenię sobie ciszę i spokój. W Tallinie panuje tak sentymentalny spokój i bezimienność, że wspaniale tam odpoczywam.

Debliści: Chorwat Marin Draganja, Filipińczyk Treat Huey, Anglik Dominic Inglot to twoi byli partnerzy – kto z nich był twoim najlepszym kumplem?

– Z reguły świetnie się bawiłem w towarzystwie moich deblowych partnerów. Odnosiłem z nimi sukcesy na korcie, ale przede wszystkim dobrze się czułem przebywając z nimi poza kortem. Z pewnością tytuł zdobyty z Jarkko Nieminenem pozostanie na wieki w mojej pamięci, bo był moim pierwszym zawodowym skalpem. Kitzbuhel, 2014 rok… Tego zwycięstwa nie sposób zapomnieć. Miałem szczęście, że trafiłem na świetnych ludzi. Z Johnem Peersem odnieśliśmy najbardziej prestiżowe sukcesy (Australian Open 2017 oraz dwa tytuły Nitto ATP Finals 2016 i 2017). Zawsze przywiązuję wagę do człowieka. Jeżeli udaje mi się z nim nawiązać nić współpracy poza kortem, wówczas łatwiej wchodzę w relacje zawodowe.

Były wicelider rankingu ATP, finalista Roland Garros 2000, Szwed Magnus Norman opowiadał mi, że uwielbia grać w bandy (piłka zamiast krążka) dla relaksu i podtrzymania formy fizycznej. Czy Henri Kontinen grywa w hokeja na lodzie jak przystało na Fina?

– Jestem beznadziejny, jeżeli chodzi o grę w hokeja na lodzie…

Nie jesteś jak Teemu Selanne?

– Ani trochę. Nawet nie mógłbym go powąchać, jeżeli chodzi o poziom sportowy. Kocham oglądać hokej na lodzie. Mam kilku kumpli, którzy grają zawodowo w hokeja. Gdy tylko mam możliwość, wówczas chodzę na mecze hokeja. Po wyczerpującym sezonie 2016 poleciałem do USA, aby obejrzeć dobry hokej. Próbowałem kiedyś grać dla przyjemności, lecz przeraża mnie wizja kontuzji moich kolan. Cały czas przebywając na tafli bałem się o moje kolana. Wolę jazdę na łyżwach, ale nawet na figurówkach nie wyzbyłem się strachu przed kolejnym urazem kolan… Zdecydowanie wolę popatrzeć na hokej z trybun niż uganiać się za krążkiem.

Jeździsz na łyżwach?

– Każdy, kto urodził się w Finlandii, potrafi jeździć na łyżwach. Lepiej lub gorzej, ale każdy umie się ślizgać.

Wolisz jeździć na łyżwach na świeżym powietrzu czy w hali?

– Jest mi to obojętne. W okolicach świąt Bożego Narodzenia rozgrywamy z przyjaciółmi mecz w hokeja. Uspokaja mnie fakt, że ten towarzyski mecz rozgrywamy w hali na porządnie przygotowanej tafli.

Tenisiści często pamiętają swoje zagrania na korcie. Pamiętasz, jak posyłałeś niezwykłe piłki po crossie podczas finałowego meczu Nitto ATP Finals 2016 w Londynie, gdy z Johnem Peersem pokonaliście Ravena Klaasena i Rajeeva Rama? Przechowujesz takie mecze w pamięci?

– Tak. To choroba zawodowa… To niesamowite uczucie, kiedy kończysz sezon w znakomitym stylu. Stojąc z trofeum uświadomiłem sobie, że ten sezon przefrunął zbyt szybko. Byliśmy szczęśliwi jak dzieciaki, gdy uzyskaliśmy awans do londyńskiego Masters. Wygraliśmy 6 turniejów, triumfowaliśmy w Bercy i naładowani pozytywną energią przyjechaliśmy do Londynu. Gdybyśmy polegli w I rundzie w Paryżu, nie wierzylibyśmy w sukces w Anglii. Na przestrzeni dwóch tygodni pokonaliśmy znakomite pary deblowe: braci Bryan, Melo/Pospisil, Herbert/Mahut, Klaasen/Ram, Feliciano Lopez/Marc Lopez. Część mojego ciała krzyczała: Henri, grajmy jeszcze, niech ten sezon się tak szybko nie kończy, bo jesteście z Johnem w sztosie! Taka już moja natura… Z drugiej strony, kiedy uświadomię sobie, że w sezonie 2016 wystąpiłem w 26 turniejach, to gdy spojrzałem na rakiety po ostatnim meczu w O2 Arenie, pomyślałem: wreszcie, odkładam je na kilka dni! Ulga.

Wakacje smakowały czy usiadłeś w saunie na odludziu?

– Nie. Wybrałem się w podróż do USA, żeby obejrzeć porządny mecz hokeja na lodzie. Zadzwoniłem do mojego przyjaciela z Finlandii i przez 10 dni włóczyliśmy się po Stanach. Wieczorem oglądaliśmy mecze hokeja, a za dnia zwiedzaliśmy różne amerykańskie miasta. Zero tenisa. 10 dni bez myślenia o grze, bez widoku, ba! bez dotykania rakiet! Wspaniałe uczucie. Skończyliśmy sezon 2016 dość późno. Gdy wróciłem z USA do Finlandii, od razu zabrałem się do roboty. Treningi, treningi…

Pamiętam, że w końcówce sezonu 2016 rozstaliście się z trenerem, byłym brytyjskim tenisistą – Chrisem Eatonem…

– Tak. Pracowaliśmy z Chrisem Eatonem aż do US Open 2016. Po wygranej w Nitto ATP Finals uzgodniliśmy z Johnem, że zagramy Australian Open bez trenera i… wygraliśmy finał na Rod Laver Arena! Szepnąłem do Johna: „Wiesz co, zastanowimy się nad nowym nazwiskiem po turnieju w Melbourne”. I bez coacha wygraliśmy AO!

Czy Mariusz Fyrstenberg to twój najlepszy kolega z polskich kręgów deblowych?

– Cóż, większość tenisistów, z którymi spotykałem się w szatni, to mili ludzie, ale Mariusz był wyjątkowy. Fyrstenberg ma brytyjskie poczucie humoru, które bardzo mi odpowiada. Generalnie z Polakami mam cudowny przelot komunikacyjny. Kubot, Przysiężny, Janowicz. Może po części dlatego, że Kim Tiilikainen długo pracował z Jerzykiem? Kim nie mówi zbyt dobrze po polsku, ale nie zmienia to faktu, że z Polakami świetnie mi się rozmawia i dobrze czuję się w towarzystwie Polaków.

Henri, ponieważ lubisz rozmyślać nie tylko o życiu na naszej planecie, pragnę zapytać cię, gdzie chciałbyś zostać pochowany? Zastanawiałeś się nad tym?

– Szczerze? Kiedy byłem młody (Henri skończył 32 lata w czerwcu, więc już nie uważa się za młodego człowieka!), zastanawiałem się nad śmiercią i miejscem pochówku. Wówczas bardzo pragnąłem, aby pochowano mnie pod…  kortem tenisowym! Teraz, kiedy poznałem tenis od kuchni, nie chciałbym, aby moje kości złożono pod kortem… Obecnie skłaniam się ku kremacji. Chciałbym zobaczyć, jak rozrzucają moje prochy gdzieś w Finlandii. Dla mnie mój pogrzeb nie powinien być smutną uroczystością. Nie chcę, aby ktoś płakał nad moją urną. Prochy rozrzucone zamaszystym ruchem – to jest to!

A z okresu młodości pamiętasz, pod którym kortem chciałeś być pochowanym?

– Gdy byłem dzieckiem kochałem tenis ponad życie, ale za żadne skarby świata nie pamiętam, czy miałbym spoczywać pod kortem w Helsinkach czy w Kittila… (w Kittila zanotowano najniższą temperaturę w Finlandii: minus 51,5 stopni Celsjusza!). Tenis to bardzo ciekawe zajęcie, ale w życiu fascynuje mnie tyle różnych tematów, że kiedy odłożę rakietę, zajmę się czymś bardzo twórczym.

Tomasz Lorek

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

Roger Rasheed i jego moc sprawcza

Tenisowa Australia. Geograficznie i historycznie daleka, tradycyjna, hołubiąca dawnych mistrzów i z utęsknieniem wyczekująca kolejnych. W żadnym innym, odwiedzanym przeze mnie tenisowym kraju, dawne gwiazdy kortów nie są traktowane z taką estymą,