Gabriela Dąbrowski: Gaby, która pielęgnuje polskie akcenty

Ujmujące jest w tej kobiecie, urodzonej w Ottawie, że nie zapomina, a wręcz z ogromną troską pielęgnuje polskie akcenty w swoim życiu - pisze Tomasz Lorek.

Gabriela przekazuje pozytywne fluidy. Jest kobietą o szerokich horyzontach myślowych. Kocha tenis i nie zamierza poprzestać na dwóch wielkoszlemowych skalpach: Roland Garros 2017 oraz Australian Open 2018 w grze mieszanej, finalistka French Open 2018 i 2019 także w mikście oraz Wimbledonu 2019 w deblu. – Tata urodził się w Polsce. Mój tata jest Polakiem, a mama Kanadyjką – mówi Gaby Dąbrowski w ekskluzywnej rozmowie z „Tenis Magazynem”, którą przeprowadził Tomasz Lorek, dziennikarz Polsat Sport.

Kanadyjski tenis jest osobliwy. Próżno szukać w nim rdzennych mieszkańców Kraju Klonowego Liścia. Największe sukcesy na korcie osiągali tenisiści i tenisistki o korzeniach innych niż kanadyjskie. Daniel Mark Nestor, legendarny deblista, zdobywca 91 tytułów, urodził się w 1972 roku w byłej Jugosławii. Milos Raonić, były nr 3 światowego rankingu, finalista Wimbledonu 2016, przyszedł na świat w dawnym Titogradzie (Czarnogóra). Vasek Pospisil, mistrz Wimbledonu w deblu (2014), pachnie smażonym serem i tatarską omaćką nie kryjąc, że posiada czeskie korzenie. Denis Shapovalov, mistrz juniorskiego Wimbledonu 2016, urodził się w Tel Avivie, a rodzice są Rosjanami. Bianca Vanessa Andreescu, mistrzyni singla US Open 2019, posiada rumuńskie korzenie, a pierwsza Kanadyjka, która zdobyła wielkoszlemowy tytuł w grze podwójnej, perfekcyjnie wymawia nazwy polskich miast, miasteczek i krain geograficznych. Mowa o wyjątkowo wrażliwej osobie – Gabrieli Dąbrowski!

Rozmowa z Gabrielą wydaje się być niekończącą się przygodą. Ujmujące jest w tej kobiecie, urodzonej w Ottawie, że nie zapomina, a wręcz z ogromną troską pielęgnuje polskie akcenty w swoim życiu.

Gabriela ma marzenia sięgające daleko poza kort, o czym z uśmiechem na ustach, ale i z filozoficzną zadumą, opowiadała w Melbourne Park podczas Australian Open 2019. Wesoła, optymistyczna, enigmatyczna i szalenie szczera Gabriela Dąbrowski.  

Gaby urodziła 1 kwietnia 1992 roku w Ottawie.
Gaby urodziła 1 kwietnia 1992 roku w Ottawie.

To spory przywilej móc porozmawiać z Gaby Dąbrowski. Gaby? – tak zwracają się do ciebie koleżanki i koledzy z kortu oraz najbliżsi?

– Tak. Mówią na mnie Gaby.

9 tytułów WTA w deblu, a ponadto znakomita skuteczność w turniejach Wielkiego Szlema, zarówno w deblu jak i mikście.

– Dziękuję uprzejmie za intro…

Dzisiaj już wiesz, że warto było pokonać wszelkie przeszkody i odbyć tenisową podróż. Jest za co dziękować rodzicom?

– Sekundkę… To ja zaprowadziłam siebie do tenisowego świata, a to dość zabawna historia. Zaczęłam odbijać piłeczkę z przyjacielem nieopodal mojego domu. Pierwsze próby miały miejsce na kortach położonych w parku. Nie minął tydzień, może dwa i pojawił się mężczyzna, który podszedł do mnie i spytał: gdzie pobierałaś lekcje tenisa? Aż mnie zamurowało… Zrobiłam wielkie oczy niczym niewinna dziewczynka i odpowiedziałam nieśmiało: nie wiem… Miałam wtedy siedem lat.

To nie był twój znajomy, tylko zwykły przechodzień?

– Tak, on po prostu spacerował sobie przez park. Było piękne lato. Moi rodzice pracowali w pocie czoła na chleb. Przyjaciółka taty o imieniu Hania przyleciała do Kanady z Warszawy. Przybyła z synem Krystianem. Oboje są Polakami. Oni mieli się mną opiekować. Jej syn miał wtedy 10 lat. Chodziliśmy grać, bawiliśmy się. Ktoś zapytał znienacka: gdzie pobierałaś lekcje tenisa? Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Wieczorem, kiedy tata wrócił z pracy, ja jak to dziecko, opowiedziałam mu całą historię. „Tato, w parku spotkałam mężczyznę, który zapytał mnie, gdzie uczę się grać w tenisa”.

A tata już czyścił flintę, żeby namierzyć intruza…

– Nie (śmiech). Dodałam, że trzymał piwo w ręku.

Wtedy już tata nie zwlekał, tylko wyjął dubeltówkę? Na domiar złego, nieznajomy pewnie pochwalił twojego slajsa.

– O, tak (szczery śmiech). Ja z Krystianem staraliśmy się uderzać piłkę tak, jak potrafiliśmy. Okazało się, że całkiem dobrze mi idzie machanie rakietą. Koordynacja na linii ręka–oko była wzorowa. Poszliśmy do parku. Ten człowiek zaczął rozmawiać z moim tatą i chwalił mnie. Nigdy wcześniej tata nie widział mnie, jak grałam w tenisa. Tata z wolna rozpoczął konwersację z tym mężczyzną, z której popłynął następujący komunikat: zabierz swoją córkę na lekcje tenisa, gdyż szkoda, żeby taki talent się zmarnował. I tak też tata uczynił. We wrześniu i w październiku tego samego roku w małym, kameralnym klubie w moim rodzinnym mieście, zaczęłam trenować pod okiem fachowców.

Pamiętasz, ile miałaś wtedy lat?

– Siedem. Urodziłam się w kwietniu, więc kiedy zaczęłam pobierać lekcje, miałam 7 lat z kawałeczkiem.

Urodziłaś się 1 kwietnia, więc nikt nie wierzył twojej mamie, kiedy przyszłaś na świat. Większość myślała, że to prima aprilis?

– To prawda. W mojej rodzinie przez długi okres robiono żarty z faktu, że urodziłam się 1 kwietnia.

Człowiek z parku musiał mieć niebywałą intuicję. To musiał być prawdziwy łowca talentów, gdyż po latach dotarłaś do finału Orange Bowl juniorek. Wówczas trafiłaś na Kiki Mladenović.

– Tak. Miałam wtedy 17 lat, gdy awansowałam do finału. Pamiętam, że rozegrałyśmy bardzo długi mecz. Wygrałam ten maraton i zdobyłam Orange Bowl w kategorii do 18 lat. Prawdopodobnie było to apogeum mojej juniorskiej kariery.

A co stało się z tym nieznajomym, który trzymał w ręku piwo i rozpoznał twój talent?

– Piwo? Zaraz, zaraz, coś przeoczyłam…

Ach, tak się zauroczyłem twoją historią, że przesłyszałem się. Nie beer, tylko beard. A zatem to był pan z brodą…

– Tak, z brodą, chociaż z piwem też byłoby mu do twarzy (śmiech). Nie mam zielonego pojęcia co się z nim stało.

Fascynuje mnie postać twojego taty. Jak zawędrował do Kanady? Urodził się w Polsce?

– Tata urodził się w Polsce. Mój tata jest Polakiem, a mama Kanadyjką.

Tata ma na imię Jerzy, tak?

– Zgadza się. Jerzy. Gdzie on dokładnie się urodził? Chwileczkę… Zamość!

Piękne tereny…

–  A teraz jego rodzina mieszka w Szczytnie, niedaleko Olsztyna. Familia od strony mojego taty mieszka od dawna we wschodniej Polsce. O ile się nie mylę, o tej urzekającej części Polski mówi się: Mazury…

Urocze jeziora…

– O, tak. Przepiękne jeziora i lasy. Wyjątkowe miejsce, które bardzo pokochałam. A wracając do mojego taty… Hm, ile tata mógł mieć lat, kiedy dotarł do Kanady?

Był zmuszony do ucieczki z Polski ze względu na reżim komunistyczny?

– To fascynująca i niewiarygodna historia. Od dłuższego czasu namawiam tatę, żeby napisał książkę! Tata kocha żeglarstwo. Jako młody człowiek zapisał się na kurs, bo bardzo chciał nauczyć się żeglować. Od dawna dojrzewa w nim marzenie, aby pewnego dnia udać się w rejs i pożeglować dookoła świata.

- Miałam siedem lat, gdy odkryłam tenis - mówi Gaby.
– Miałam siedem lat, gdy odkryłam tenis – mówi Gaby.

Jak norweski podróżnik Thor Heyerdahl na tratwie Kon-Tiki…

– Tak. Kiedy tylko pojawiła się szansa, aby zabrać się na statek i nauczyć się pracy na morzu, tata skwapliwie z niej skorzystał. To był rejs po Morzu Śródziemnym. Europa na początek. Plan przewidywał, że rejs odbędzie się na przestrzeni kilku miesięcy. Niestety, statek zatonął. Rozpętał się gigantyczny sztorm. Wierzę, że pamięć mnie nie myli i to był bodajże ten sam sztorm, który w 1982 roku wyrządził ogrom szkód na brytyjskiej platformie wiertniczej. Statek, na którym znajdował się mój tata zmagał się z żywiołem. To nie była pojedyncza fala. Morze było bardzo wzburzone. Manewrowanie statkiem było ze wszech miar utrudnione.

Żegluga była równie trudna jak podczas rejsu przez cieśninę George’a Bassa pomiędzy Melbourne a Tasmanią. Niby 10 godzin podróży, a łódką jednak ostro buja…

– O, tak. Statek, którym płynął mój tata miał 100 stóp. To był  szkuner. Może któregoś dnia uda się tobie porozmawiać z moim tatą, a wówczas opowie ci tę historię ze wszystkimi szczegółami. Tak czy owak, wracając do meritum: tata i współpasażerowie musieli ratować się przeprowadzką do szalupy. Przez dwa dni dawali sygnały świetlne, ale na horyzoncie nie było widać żadnego statku. Bujali się przed dwa dni i ani śladu nadziei… Wreszcie, po wystrzeleniu jednej z rac, zauważył ich francuski zbiornikowiec. Zmęczeni rozbitkowie dotarli do Grecji. Co intrygujące, pierwotny plan rejsu zakładał, że statek zawinie do greckiego portu. To nie oznaczało końca problemów, ale też dzięki temu historia jest bardzo ciekawa.

Kapitan statku był komunistą, więc wrócił do kraju. Kilku członków załogi, po pewnych wahaniach, też tak uczyniło. Mój tato nie był komunistą – został za żelazną kurtyną. To był dramat z perspektywy mojej babci – mamy mojego taty. Przez wiele tygodni nie wiedziała, czy tata przeżył sztorm. W polskiej prasie można było jedynie przeczytać o wypadku statku na Morzu Śródziemnym. Wzmiankowano w nim, że jedna osoba nie przeżyła… Dodatkowo donoszono o tym, że pasażer przeżył katastrofę na morzu, uratowano go, przebywał na lądzie, lecz zmarł po…

Niech zgadnę: ataku serca?

– Tak! To był atak serca. Nikt nie zginął podczas zatonięcia statku. Tata stał na brzegu w Grecji i musiał zdecydować, co zrobić ze swoim życiem. Cóż począć w takiej sytuacji? Znalazł furtkę w przepisach. Jeżeli byłeś rozbitkiem i schodziłeś na ląd, będąc uprzednio na morzu, mogłeś wybrać kraj, do którego chcesz skierować swoje kroki. Tata zerknął na listę państw, do których mógł wyemigrować. USA, Australia i Kanada… Rozpoczął analizę. Hmm… Australia jest wspaniałym kontynentem, lecz leży na końcu świata, USA – ta opcja odpadała, bo Polska wówczas nie utrzymywała dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. A na dźwięk słowa Kanada, tata zareagował: –  A, to bardzo ciekawe miejsce.

„Oto mój raj na ziemi…”

– „To może być interesujące miejsce do życia”. A zatem tata wylądował w Kanadzie. Bardzo pragnął osiąść w Halifax lub w Vancouver, bo jest szalenie zakochany w morzu i wciąż musi przebywać w pobliżu akwenu wodnego (śmiech).

Osobliwe uczucie, zważywszy na to, co tata przeżył!

– Prawda? Przeżył katastrofę na morzu i wciąż nie mógł się od niego uwolnić. Człowiek, który zajmował się przypadkiem taty i znał szczegóły nieszczęsnego rejsu, postanowił uchronić go od widoku morza i skierował go do Ottawy, gdzie próżno szukać morza (śmiech). Tata był bardzo mężny. Nie znał języka, lecz będąc ambitnym człowiekiem, nauczył się angielskiego w szkole dla dorosłych. Chodził na zajęcia lingwistyczne, ciężko pracował. Dostał posadę w Western Hotel, w jednym z najlepszych hoteli w Ottawie.

Podjął pracę inżyniera?

– Tak, w dziale technicznym. Tata jest zdolnym inżynierem. Polacy to bardzo zdolny naród. Wielu mężczyzn potrafi zrobić coś z niczego. Zasłużyli na miano złotych rączek. Mój tata znakomicie radzi sobie w dziedzinie stolarstwa. Pracował w tej branży przez wiele lat. A potem poznał moją mamę.

Mamę Kanadyjkę.

– Kanadyjkę o imieniu… Wanda. Mój tata, gdy tylko oznajmił swoim rodzicom – moim dziadkom, że poznał Wandę, usłyszał radość w głosie: – Oj, synku, wspaniale, poznałeś Polkę! A dopiero później okazało się, że Wanda jest Łondą, więc rodzice zetknęli się z małą niespodzianką, gdy odkryli, że synowa jest Kanadyjką.

Kanadyjką czystej krwi?

– Gdyby solidnie pogrzebać w drzewie genealogicznym, okazałoby się, że rodzina mamy posiada brytyjskie korzenie. A zatem Wanda jest pełnokrwistą Kanadyjką.

Urodzoną w Ottawie?

– Jest ottawianką. Ot, i cała piękna historia. Później na świat przyszła Gabriela. Mój tata oszalał ze szczęścia. To zapracowany i aktywny człowiek o szerokich zainteresowaniach. Brał udział w mistrzostwach świata w rajdach samochodowych.

Czyli tata jednak nie potrafi żyć bez adrenaliny.

– Owszem. Tata lubi przygody. Jednak, kiedy moja mama zaszła w ciążę, zwolnił tempo życia. Uznał, że przyszłemu tacie nie wypada koziołkować autem, a parę razy zaliczył dachowanie. Zdarzało mu się zdewastować żeremie. Nieładnie tak niszczyć domek dla bobrów, prawda? Zanim mama zaszła w ciążę, tata nie mógł opędzić się od przygód.

Mawia się, że mężczyzna najszybciej dojrzewa przez ojcostwo. Wcześniej prowadzi żywot rock&rollowca, lecz kiedy zostaje tatą, poważnieje.

– I tak jest. I wówczas całą uwagę poświęca dziecku. Tata świata poza mną nie widział. Rodzeństwa nie mam. Całą miłość tata przelał na mnie.

A zatem dla taty i dla ciebie to musiał być fantastyczny moment, kiedy wkroczyliście na kort Philippe’a Chatrier z Rohanem Bopanną i zagraliście w finale miksta w Paryżu w 2017 roku.

– To był prawdziwie bajkowy moment.

Trafiliście na rywali z najwyższej półki: parę – Anna-Lena Groenefeld/Robert Farah.

– Och, to był szalony mecz. Broniliśmy piłki meczowej…

Rohan Bopanna żartował podczas konferencji prasowej w Paryżu: zaraz, zaraz, to niemożliwe, my broniliśmy meczbola?

– On kocha sarkazm. Przez cały mecz mieliśmy pod górkę. Odkryłam przedziwną prawidłowość. Do finału graliśmy znakomicie, a w finale przeżywaliśmy zapaść. Podobny scenariusz miał miejsce w Melbourne Park w 2018 roku, kiedy wygrywaliśmy turniej miksta z Mate Paviciem (wówczas, o ironio, rywalami Gaby i Mate był mikst: Timea Babos – Rohan Bopanna – przyp. red.). Błyszczeliśmy aż do meczu finałowego, a potem… Brrr, drżeliśmy o wynik. Byliśmy podenerwowani, gdzieś zatraciliśmy precyzję zagrań, nie było już czystych, wymuskanych uderzeń. Nieustanna walka. Wiedzieliśmy, że nie możemy się poddać i musimy walczyć, walczyć, walczyć. Dynamika obu finałów Wielkiego Szlema była zatrważająco podobna. Przegraliśmy pierwsze sety w Paryżu i w Melbourne. Musieliśmy harować, aby wygrać drugiego seta, a właściwy rytm odzyskiwaliśmy w końcówce meczu. To były ciężkie bitwy, ale co istotne, zwycięskie. Muszę przyznać, że miałam szczęście do partnerów w grze mieszanej. Obaj byli znakomici.

Gaby Dąbrowski reprezentuje Kanadę w rozgrywkach Billie Jean King Cup.
Gaby Dąbrowski reprezentuje Kanadę w rozgrywkach Billie Jean King Cup.

Leworęczny Mate Pavić. Mówisz po chorwacku? Posiadasz dar lingwistyczny?

– Znam raptem kilka słów po chorwacku. Kiedy bardzo się skoncentruję, wówczas mogę wychwycić sens konwersacji po chorwacku, lecz nic ponadto.

Podejrzewałem, że z racji faktu, że tata jest Polakiem, będziesz miała specjalną nić porozumienia z Chorwatem?

– Dobrze się rozumieliśmy. Nie mam prawa narzekać. Połączył nas wspólny wschodnio-europejski duch. Podobne zapatrywania na świat, zbliżona filozofia.

Polacy i Chorwaci mają wiele cech wspólnych w wymiarze emocjonalnym…

– Też tak uważam, ale z jednym zastrzeżeniem. Polacy są bardziej kulturalni.

Sugerujesz, że mieszkańcy Bałkanów są aroganccy?

– Nie, ale na Bałkanach mieszkają ludzie o bardzo wyrazistych charakterach. Są bardzo silni psychicznie, piekielnie uparci i zahartowani w boju na tyle, że nie uznają porażek. Przeżyli wiele wojen, są zdeterminowani, aby postawić na swoim, aby poprawić poziom życia. Mate jest trochę inny. On jest bardzo wyluzowany, posiada ogromny dystans do siebie i świata, więc praca z nim była czystą przyjemnością. Mate wygląda, jakby cały czas był na chill-oucie. Miły chłopak. A propos Mate Pavicia… Mieliśmy grać w Australian Open w turnieju gry mieszanej, ale Mate wyznał mi, że nie czuje się w stu procentach gotowy do gry i poprosił mnie, abym poszukała sobie innego partnera do miksta. Cóż miałam robić? Poszukałam innego partnera…

…i trafiłaś na jeszcze większego luzaka – Fina Henri Kontinena.

–  Właśnie.

Niesamowity, szalony człowiek z Finlandii.

– Racja. Henri jest jeszcze bardziej wyluzowany niż Mate. Henri naprawdę jest kosmicznie wyluzowany (śmiech).

Typowy Fin.

– Święte słowa.

Henri Kontinen miałby o czym rozmawiać z twoim tatą, bo jak przystało na Fina, kocha rajdy samochodowe.

– Słyszałam trochę o pasji Finów do sportów motorowych. Mój tata już zdążył mi powiedzieć, że gdy zakończę karierę tenisistki, zabierze mnie do Finlandii i nauczy, jak ścigać się rajdówką po leśnych ostępach. Tata stwierdził, że nikt tak dobrze nie jeździ w rajdach jak Finowie. Mistrzowie szutru – tak o nich mówią.

Czyli tata idealnie trafił, bo ty jako zodiakalny Baran lubisz emocje.

– Baranki są przesiąknięte emocjami. Pasja, impuls, emocje, ale jesteśmy też uparte i bardzo ambitne. Uważam też, że Baranki są grzeczne. Wiem, że nie chciałabym nikogo zranić. Przenigdy nie chciałabym nikogo zranić.

Jeden z ostatnich sukcesów Gaby to wygrana w deblu w stolicy Japonii wspólnie z Meksykanką Giulianą Olmos. Fot. Toray Open/Japan Open/WTA
Jeden z ostatnich sukcesów Gaby to wygrana w deblu w stolicy Japonii wspólnie z Meksykanką Giulianą Olmos. Fot. Toray Open/Japan Open/WTA

Zapomniałaś dodać, że są też kochliwe. Jak już kogoś kochasz, to na 200 procent. A jeżeli ktoś jest ci obojętny, nie zwracasz na niego uwagi, czyż nie tak?

– Tak. To moja wada, bo nie ukrywam emocji. Jeśli kogoś nie trawię, wówczas ta osoba szybko się o tym dowiaduje, bo ja nie zwykłam owijać w bawełnę. Tak samo jest z osobami, do których żywię uczucie. Potrafię powiedzieć: kocham cię, ale może nie jesteśmy sobie pisani.

Opowiadając o tym niezwykłym rejsie twojego taty wypowiedziałaś słowa: atak serca. A atak serca ma też inne znaczenie. To nazwa triku we freestyle motocrossie.

– Naprawdę?

Czasami podniebni artyści przyjeżdżają na Rod Laver Arena i wykonują zwariowane triki.

– Doprawdy…? Poczekaj chwileczkę. Ach, racja. To piękny sport, w którym musisz wyczarować wzgórza, a potem lecisz w stronę nieba, tak?

Świetnie się orientujesz. Odważni chłopcy kręcą triki pod szyldem: leniuszek, Paris Hilton, chory Indianin, tsunami…

– Och, jestem pod wrażeniem.

Widziałaś kiedyś na żywo zawody we freestyle motocrossie?

– Jak trenowałam na Florydzie, widziałam zawody motocrossowe. Zakręcali na wirażach, ścigali się jak szaleni, a ja tylko westchnęłam: „O mój Boże”. Dziś podziwiałyśmy AirShow (rozmawialiśmy w dniu narodowego święta Australii – 26 stycznia – przyp. red.). Uderzyłyśmy piłkę kilkanaście razy, trudno nawet nazwać to rozgrzewką.

Nie przeszkadzają ci samoloty latające ponad głową?

– Rozgrzewałyśmy się z Jeleną Ostapenko przed meczem i co chwila przerywałyśmy rozgrzewkę. Nie mogłyśmy oderwać oczu od samolotów, które leciały tak blisko siebie. Potem zawracały, leciały ku górze, znów zawracały. Istny galimatias i poezja ruchu. Po chwili rozstania, znów niemalże sklejały się ze sobą w powietrzu. Dla nas, z perspektywy ziemi, wyglądało to tak, że piloci igrali z życiem, gdyż ich samoloty prawie ocierały się o siebie.

Może pewnego dnia zostaniesz pilotem?

– Wątpię, abym była na tyle odważna. Bardziej fascynuje mnie psychologia. A zatem, podążam w kierunku psyche.

Ach, tak. Lubisz włóczyć się po górach? Pośród górskiej ciszy lepiej się odpoczywa?

– Hm… Lubię powłóczyć się po górach, ale uprząż i cały ten majdan mnie nie kręci. Nie jestem ekstremalnie obłąkana na punkcie sportu. Doceniam wysiłek szaleńców, ale…

Tenis jest wystarczająco ekstremalny?

– Tenis jest na tyle ekstremalny, że nie tęsknię za większymi wyzwaniami. Nie ma kontaktu cielesnego. Chyba, że w szybkiej wymianie deblowej ktoś cię przypadkowo i zupełnie niechcący ustrzeli. To najgorsze co może ci się przytrafić na tenisowym korcie – przypadkowe trafienie piłką (śmiech). Sporty ekstremalne – to nie dla mnie. Uwielbiam, gdy ktoś mnie namówi na coś zwariowanego. Ot, tak, żeby się pobudzić, żeby poczuć szybsze bicie serca. W wyjątkowym przypadku odważyłabym się na rollercoaster. Dla mnie równie ekstremalnym przeżyciem byłaby nauka jazdy rajdowym autem. To dla mnie ocean emocji i mój limit. Przy większych obciążeniach wychodzę z cyrku. Rampa i wznoszenie się w górę na motocyklu crossowym – to dla mnie stanowczo zbyt wiele.

A zatem lubisz dreszczyk emocji, ale nie do przesady?

– O, tak. Byleby nie ocierało się o nadmiar szaleństwa. Nie chcę widoku krwi, kontuzji, cierpienia.

A jak prezentują się gusta muzyczne Gaby Dąbrowski? Skusiłabyś się na koncert AC/DC?

– Nie jestem koneserką klasycznego rocka, więc nie walczyłabym na śmierć i życie o wejściówkę na koncert AC/DC. Bardzo lubię kilka numerów AC/DC, ale podchodzę z umiarem do klasycznego rocka. Chętnie posłucham tego, co w danej chwili jest popularne.

A zatem Iron Maiden i Sepultura nie wchodzą w grę?

– Nie. To nie moja bajka. Znacznie bardziej interesują mnie młodsze kapele. Muzyka z gatunku india alternative. Głównie przepadam za muzyką taneczną. Moje zmysły świetnie odpoczywają przy muzyce klasycznej.

„Eine kleine Nachtmusik” Mozarta?

– Na przykład Mozart. Bardzo relaksująca i przepiękna nuta. Lubię spokojne melodie. Nie stronię również od radia. Lubię słuchać piosenki, która jest znana ludzkości i którą można sobie zanucić.

Nie istnieje artysta, dla którego dałabyś się pokroić, aby powalczyć o bilet na koncert?

– Walka o bilety, hmm…? Celine Dion. To byłoby niezwykłe przeżycie, gdybym wybrała się na jej koncert. Ona dysponuje przeogromnym i wyjątkowym talentem. Posiada przepiękny głos. Wyjątkowo czysty wokal. Może skusiłabym się na Barbarę Streisand? Mój tata uwielbia Barbarę Streisand, bo śpiewa szalenie czysto.

Jakby śpiewała bez podejmowania wysiłku.

– Otóż to. Ona nie krzyczy, głos wypływa z niej tak naturalnie… I można potańczyć przy jej muzyce. Ona nie próbuje, nie wysila się, a głos brzmi fantastycznie.

Jak u Kate Bush.

– Nie znam twórczości Kate Bush. Lubię Kings of Leon. Widziałam ich na koncercie w O2 Arena w Londynie. Świetnie się bawiłam. Powiedziałabym, że to najlepsze chwile mojego życia poza kortem. Cokolwiek, co wpływa kojąco na moją duszę.

Mogę zarekomendować ci harfistę ze Szwajcarii: Andreasa Vollenweidera. Równie utalentowany jak twój tata. Sam skonstruował harfę, po czym zaczął na niej grać niczym wirtuoz.

– Tak? Sam zbudował harfę?

Przed laty był organistą w kościele. Potem został instrumentalistą światowej sławy.

– Przepięknie. Już zapisuję sobie jego imię i nazwisko. Chętnie posłucham.

A czy istnieje jakieś wyjątkowe miejsce w Australii, do którego chciałabyś się udać po zakończeniu tenisowej kariery?

– O mój Boże. Jest ich tyle w mojej głowie, że nie wiem od czego zacząć. Z pewnością bardzo chciałabym zatopić się w Perth. Koniecznie muszę zobaczyć Margaret River. Na liście miejsc, które muszę odwiedzić jest również Great Ocean Road. Tyle razy byłam w stanie Victoria, a jeszcze nie zdążyłam odwiedzić tych skalnych formacji. Mam silne postanowienie, żeby spędzić więcej czasu w Melbourne. Chciałabym zwiedzać muzea w Melbourne, odwiedzić kilka restauracji. Gdy grasz profesjonalnie w tenisa, nie masz czasu na zwiedzanie, choćbyś stawała na głowie. Każdego dnia opuszczam korty około 21. Zważywszy, że przyjeżdżam do Melbourne Park rano albo tuż przed południem, trenuję, a w niektóre dni rozgrywam dwa mecze, jestem zbyt zajęta, aby zobaczyć cokolwiek poza kortami. Mam przeczucie, że Melbourne ma wiele do zaoferowania. Marzę, aby zatopić się w tym mieście.

A nie korci cię rejs na Tasmanię?

– To bardzo piękna wyspa. Kilka lat temu miałam okazję przebywać w Hobart. Piękne miasto, ale urzekła mnie droga, którą poprowadzono wzdłuż wybrzeży Tasmanii. Moi przyjaciele przejechali się nową szosą wzdłuż wybrzeża, pokazali mi zdjęcia i zachorowałam na tę wyspę.

Łukasz Kubot, mistrz debla AO’2014 i Wimbledonu 2017 był zauroczony przyrodą na Tasmanii; oczarowany zatoką WineGlass Bay.

– Już zapisuję. Jak to leci? WineGlass Bay? Mam.

Zatoka wygląda jak lampka wina, którą wyrzeźbiła przyroda. Kosmiczne miejsce.

– Jest jeszcze inne miejsce. Przyjaciele, u których się zatrzymałam polecali mi Byron Bay (Nowa Południowa Walia – przyp. red.). Niebawem tam się wybiorą, mianowicie w poniedziałek po zakończeniu turnieju. Narobili mi smaku. To oczywiste, że chciałabym zabrać się z nimi, ale zawodowe obowiązki wzywają. Któregoś dnia skuszę się na taką wyprawę. Obiecuję sobie, że wybiorę się w głuszę Tasmanii.

Gaby kocha podróże i naturę.
Gaby kocha podróże i naturę.

Grałaś kiedykolwiek na didgeridoo?

– Nie miałam okazji, ale bardzo chciałabym spróbować. Brzmi ciekawie. Grałeś na tym instrumencie?

Nie udało mi się wydobyć ani jednego sensownego dźwięku. Biali są ułomni w tej materii.

– My, biali, nie potrafimy robić wielu rzeczy (śmiech).

Tak, widać to chociażby na przykładzie koszykówki.

– Dodałabym jeszcze do basketu muzyków jazzowych  (śmiech).

Lubisz literaturę?

– Uwielbiam czytać książki. Pożeram wszystkie gatunki. Fikcja, literatura faktu, praca nad sobą, itp.

Książki pomagają Tobie złapać równowagę poza kortem?

– Jedynym powodem, dla którego czasami nie czytam, jest zmęczenie moich oczu. Kiedy już oczy mi się zamykają ze zmęczenia, wtedy zaczynam słuchać podcastów. Audiobooki też sprawiają mi przyjemność. Są idealnie skrojone na potrzeby ludzi, którzy często się przemieszczają.

Podróżujesz z trenerem?

– Od czasu do czasu podróżuję na turnieje z trenerem. To dość kosztowny interes, żeby mieć trenera na stałej posadzie. W deblu, żeby żyć na dobrym poziomie, musisz praktycznie ciągle wygrywać. Jako singlista, przyjeżdżasz na Szlema i masz gwarancję zarobienia sporych apanaży nawet, jeżeli odpadniesz w pierwszej rundzie. Lecisz na Szlema i wiesz, że udźwigniesz pokaźny czek. W deblu tak słodko nie jest. W grze podwójnej trzeba się solidnie napracować, żeby zarobić sensowne pieniążki. Nie mogę sobie pozwolić na trenera na pełnym etacie. Korzystam z ludzi o dobrym sercu. Podczas turnieju w Adelajdzie pomagał mi człowiek, który w przeszłości pracował z Thanasim Kokkinakisem i Jarmilą Gajdosovą. Pracuję też z trenerami w Kanadzie. Mam zaufanych trenerów, z którymi pracuję w Saddlebrook na Florydzie, gdzie zazwyczaj przygotowuję się do sezonu. A poza tym, często rozmawiam z moim tatą. Tata jest dla mnie… Cóż, nie jest pierwszym trenerem, bo nim był człowiek, z którym zaczęłam pracować w lokalnym, kameralnym klubie, ale… Tata jest drugim trenerem, który wiele mnie nauczył. Praktycznie sam zdobywał wiedzę w wielu aspektach. Zdolny samouk. Jest mądrym człowiekiem i przez wiele lat był moim trenerem prowadzącym.

Moim pierwszym szkoleniowcem, z którym miałam zajęcia w lokalnym klubie, był Tony Milo. On mnie uformował tenisowo i bardzo pomógł w początkowej fazie sportowej edukacji. Tony był szczególnie pomocny w okresie od ósmego do czternastego roku życia. Oczywiście tata też dokładał bezcenną wiedzę.

Mark Woodforde przed laty wyznał mi, że debel pachnie jazzem. Jest z pewnością bardziej wyszukany i wysublimowany aniżeli singiel.

– Też tak uważam. Więcej czynników składa się na piękno gry deblowej. Nade wszystko strategia odgrywa ogromną rolę. Możesz być naprawdę solidnym singlistą i będziesz męczył się w deblu. Nie odnajdziesz się w grze podwójnej, jeśli nie będziesz czytał gry. A jeżeli grasz przeciwko doświadczonym deblistom czy deblistkom, duetom, które wiedzą o co chodzi na korcie, będziesz miał ciężką przeprawę. Chcę podkreślić, że nie zawsze znakomity singlista poradzi sobie w deblu. Oczywiście, są przykłady potwierdzające, że można być dobrym zarówno w singlu, jak i w deblu. Gra podwójna to coś więcej niż siła fizyczna. W deblu mieszka o wiele więcej finezji, dotyku, czucia aniżeli w singlu. Czas reakcji, refleks, dostrzeganie prędkości piłki, która zmierza w twoją stronę – tym pachnie debel. Jak odczytać i jak zareagować na piłkę, która frunie w twoją stronę? Tego nie zobaczysz w singlu.

Departament prędkości funkcjonuje na innych rejestrach niż w singlu?

– Chociażby. Singiel to gra oparta w głównej mierze na sile fizycznej, na bieganiu wzdłuż linii końcowej, uderzaniu piłki z całej siły. W deblu bardziej chodzi o siłę mentalną. I istotne jest to, jak sobie radzisz pod presją. W szczególności wówczas, gdy gramy poza Szlemami w WTA Tour, gdzie panują inne reguły. W tourze gramy bez przewag i rozgrywamy supertiebreaki, co wyzwala więcej emocji i uczy nas, jak grać przy gigantycznym stresie.

Fantastyczna rozmowa. Wszystko co piękne ma też swój koniec. Ćwierćfinał debla, wciąż jesteś w turnieju miksta, więc musisz pomyśleć o regeneracji. Twoja dobra koleżanka Alicja Rosolska, z którą wygrałyście turniej WTA w Monterrey w 2015 roku… To był twój drugi skalp w karierze po wiktorii z Shuko Aoyamą w Washington rok wcześniej…

– Tak, zdumiewająca pamięć. Widać, że tenis to twoja pasja.

Dziękuję za uznanie. Skąd nawiązanie do Alicji? Otóż Alicja Rosolska w przyszłości chciałaby zostać mamą. Rozmawiałem z nią o filmie nakręconym w 2017 roku – „The Bookshop” („Księgarnia z marzeniami”). W tym filmie jest taka niezwykła scena, kiedy główna bohaterka prowadząca księgarnię w maleńkim angielskim miasteczku, słyszy, że kobieta nie posiadająca potomstwa jest jak port, do którego nie zawija żaden statek.

– Intrygujące. Przepiękna metafora.

Nie martwisz się, że tenis przesłoni ci całe życie? Widzisz siebie w roli mamy?

– Dobre pytanie. Uważam, że kobieta jest w arcytrudnym położeniu. Jeżeli ma ambicje zawodowe i chce realizować wielkie cele, a zarazem ma zamiar założyć rodzinę, jest to piekielnie trudne do pogodzenia. Jeśli zechcę urodzić dziecko, a wciąż będę uprawiała tenis, to dziecko ucierpi, bo nie będzie miało mamy w stuprocentowym wymiarze.  Opcja nr 2: otulisz dziecko miłością i będziesz z maleństwem, ale wówczas bardzo prawdopodobne jest to, że twoja kariera ucierpi i obniżysz loty. Mam przeczucie, że to wyjątkowo trudne zadanie, aby połączyć rolę mamy z zawodowym uprawianiem tenisa. Na razie nie planuję założenia rodziny, ale… Jeżeli któregoś pięknego dnia spotkam kogoś, kto sprawi, że moje serce zwariuje, rozważę zawieszenie kariery. Jeżeli będę czuła, że ten mężczyzna będzie dobrym ojcem, to kto wie…

Znam swoje cele. Chcę wiele osiągnąć w sporcie, chcę pomagać ludziom w potrzebie, ale żeby to zrealizować, muszę mieć solidne oparcie. Dziś jestem szczęśliwa. Nie wiem, czy jestem gotowa, aby dzielić z kimś przestrzeń życiową, czy jestem w stanie odpowiadać za kogoś finansowo. Wolałabym zostać mamą, gdy będę pewna stabilizacji finansowej, aby w razie krachu czy nieszczęścia, nieprzewidzianej sytuacji, móc zapewnić maleństwu wszystko, co potrzebne do życia.

Specjalnie dla Tenis Magazyn z Australian Open: Tomasz Lorek  | Polsat Sport

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości