Carlos Kirmayr – twórca sukcesów Sabatini, Martinez i Sanchez Vicario

- Pracę na korcie rozpocząłem od prowadzenia obozów, tzw. klinik tenisowych, co było wówczas czymś nowym, nowym sposobem na nauczanie tenisa w grupach - wspomina Carlos Kirmayr. Fot. Archiwum prywatne C. Kirmayr

Nigdy nie pokonał go John McEnroe. Z Wojtkiem Fibakiem ma bilans remisowy. Jako trener doprowadził Gabrielę Sabatini do jej jedynego triumfu w Wielkim Szlemie, a Conchitę Martinez na pozycję wiceliderki światowego rankingu. Carlos Kirmayr w rozmowie z „TENIS MAGAZYNEM” wspomina rywalizację swoich podopiecznych, w tym z Martiną Navratilovą i Steffi Graf. Dziś pracuje w Brazylii w swojej akademii – Carlos Kirmayr Experience. – Uwielbiam oglądać Huberta Hurkacza oraz Igę Świątek, która, moim zdaniem, powinna być bardziej wyluzowana – tłumaczy w rozmowie z Pawłem Plutą.

Carlos, byłeś trenerem Gabrieli Sabatini, z którą wygraliście wspólnie 11 turniejów WTA, w tym jej jedyny triumf w Wielkim Szlemie – zwycięstwo podczas US Open w 1990 roku. Jak to się stało, że zaczęliście współpracę?

– To był kontakt nawiązany przez jej agenta, Dicka Della (były amerykański tenisista – przyp. red.), który zaprosił mnie do współpracy z Gabrielą Sabatini, po tym jak zwolniła swojego poprzedniego trenera, Angela Gimeneza (były hiszpański tenisista – przyp. red.). On pracował z nią przez około trzy lub cztery lata. I na początku… odmówiłem. Agent zadzwonił do mnie tydzień później. I znowu powiedziałem „nie”. On jednak nie dawał za wygraną i znów zadzwonił, powiedział, że kontaktuje się ze mną ponownie, bo jestem na liście kandydatów na trenera, który sporządził jej psycholog. Inną listę potencjalnych trenerów Gabi sporządził jej ojciec, lecz tam nie figurowałem. Po tym trzecim telefonie od Della zgodziłem się i poleciałem do Buenos Aires, aby się z nią spotkać. To było około dwa tygodnie przed Wimbledonem. Zawarliśmy umowę na okres próbny, na trzy miesiące i tak to się zaczęło. W trzecim miesiącu naszej współpracy było US Open, które Gabi wygrała (w finale pokonała Steffi Graf – przyp. red.), a czegoś takiego nigdy wcześniej, ani, niestety, nigdy potem już nie osiągnęła. Po sukcesie w Nowym Jorku renegocjowaliśmy dłuższy kontrakt i tak nasza współpraca trwała dalej. W tym czasie Gabi wygrała 11 turniejów z 27, w jakich triumfowała w karierze. Oczywiście US Open było jej największym zwycięstwem. Jedną z najciekawszych i pozytywnych spraw dla nas w czasie naszej ponad dwuletniej współpracy było to, że Gabi nauczyła się wygrywać z dominującą wtedy w kobiecym tenisie Steffi Graf. Przed US Open w 1990 roku przegrała z nią 18 meczów na 22 rozegrane. Po zwycięstwie w Nowym Jorku to się zmieniło, bo Gabi pokonała Steffi w sumie osiem razy, w tym pięć z rzędu (ogólnie ich rywalizacja zakończyła się na bilansie 29:11 dla Steffi Graf – przyp. red.).

Gabriela Sabatini była najwyżej 3. w rankingu WTA. Czy twoim zdaniem w tamtych czasach miała szansę zostać numerem jeden na świecie?

– Właściwie tylko jeden mecz dzielił Gabi od tego, by została numerem jeden ma świecie – gdyby wygrała finał Wimbledonu w 1991 roku ze Steffi Graf. Była tak blisko. Dwukrotnie serwowała do meczu w tym pamiętnym finale, lecz przegrała 4:6, 6:3, 6:8.

A jaką osobą była prywatnie piękna Gabi Sabatini, którą uwielbiali kibice tenisa na całym świecie?

– Była bardzo, bardzo miłą osobą. Jej rodzina traktowała mnie również bardzo dobrze. Staliśmy się z Gabi bliskimi przyjaciółmi, mimo relacji trener–tenisistka. Ja miałem wówczas 40 lat, a ona 20. Dwadzieścia lat to spora różnica wieku, jednak to była miła relacja. Trenowałem ją od czerwca 1990 roku do stycznia 1993 roku. Potem się rozstaliśmy, ale nie na długo, bo Gabi zatrudniła mnie ponownie w listopadzie 1993 roku. I współpracowaliśmy razem aż do lipca 1994 roku.

Potem zostałeś trenerem innej gwiazdy światowych kortów – Hiszpanki Arantxy Sánchez Vicario, która jeszcze wtedy nie była numerem jeden na świecie (nastąpiło to 6 lutego 1995 roku – przyp. red.).

– Zaraz po tym, jak pierwszy raz rozstałem się z Gabrielą, to w marcu 1993 roku, przed turniejem w Miami, podjąłem się pracy z Arantxą Sánchez Vicario. Ona była również wspaniałą tenisistką i bardzo miłą osobą do trenowania. Była bardzo pracowita. Wygrała ze mną cztery turnieje w singlu (w karierze triumfowała w 29 – przyp. red.): w Miami (pokonała Steffi Graf), Amelia Island (zwyciężyła Gabrielę Sabatini), Barcelonie (wygrała z Conchitą Martinez) oraz w Hamburgu (znów była lepsza od Graf). I dobrze się dogadywaliśmy, ale nasza współpraca zakończyła się po kilku miesiącach, po Wimbledonie, lecz spoza sportowych powodów. Byłem już po prostu wypalony po tylu latach, bo spędziłem w tourze ponad trzy lata, praktycznie non stop. Potrzebowałem zatem przerwy. Dlatego przestałem współpracować z Arantxą.

Potem znów pracowałeś dla Sabatini, a następnie powróciłeś do touru, tyle że męskiego…

– Tak, w październiku 1994 roku zacząłem pracę z Cedriciem Pioline (najwyżej 5. w rankingu ATP – 8 maja 2000 – przyp. red.), co było również dość krótkim doświadczeniem, bo trenowałem go przez około osiem miesięcy. To niezwykle miły facet i niesamowity zawodnik, ale nie był aż tak zdyscyplinowany. Mógłby być znacznie lepszym tenisistą niż tym, którym się stał, mimo że dotarł do finałów US Open 1993 i Wimbledonu 1997, co jest też świetnym osiągnięciem. Problemem było to, że ja mieszkałem w Brazylii, a on we Francji. W tamtym czasie moje zobowiązania wymagały ode mnie powrotu do domu co trzy tygodnie. Mogłem być z Cedriciem w trasie przez trzy tygodnie i musiałem wracać do domu. A on potrzebował trenera na pełen etat przy sobie. Najlepiej kogoś, kto mieszkałby we Francji lub w Paryżu, kogoś, kto byłby stale z nim, bo w przeciwnym razie już nie pracował tak ciężko. On potrzebował zaangażowania. A kiedy byliśmy osobno, mieliśmy problemy z jego treningami na własną rękę. Więc pomyśleliśmy, że lepiej będzie, jak każdy z nas pójdzie swoją drogą. Ale przyjaźnimy się. Kiedy się spotykamy, mamy miłe wspomnienia, choć nasza relacja jako trener-zawodnik nie trwała długo.

Ale nie byłeś długo bez pracy, bo zostałeś trenerem tenisistki, którą doprowadziłeś na fotel wiceliderki rankingu WTA…

– Tak, bo tydzień po tym, jak rozstałem się z Pioline, w marcu 1995 roku zacząłem współpracować z Conchitą Martinez, co było dla niej świetnym okresem. Grała naprawdę dobrze i wygrała sześć turniejów z rzędu, m.in. Amelia Island (z Sabatini w finale), Hamburg (gromiąc Hingis 6:1, 6:0) czy Rzym (w finale z Sanchez). Była również pracowitą osobą, świetną zawodniczką, prowadziła inny styl życia niż Gabriela, Arantxa czy Cedric. Dobrze się dogadywaliśmy. Radziła sobie naprawdę dobrze i 30 października 1995 został drugą rakietą świata. Przez około półtora roku lub trochę dłużej naszej współpracy triumfowała w sumie w siedmiu turniejach (ostatni w Rzymie 1996 roku z Hingis w finale – przyp. red.), zwyciężyła też w kilku turniejach deblowych. Ta współpraca także się skończyła w lipcu 1996 roku, ponieważ chciałem już spędzać więcej czasu w domu. Mimo że Conchita mogła trenować sama i mogła grać w niektórych turniejach sama, to stało się monotonne i postanowiliśmy zakończyć współpracę. Jednak to było dla mnie bardzo miłe doświadczenie.

Co jako trener dałeś tym gwiazdom kobiecego tenisa, a czego może sam nauczyłeś się od nich? Jakie różnice były w ich trenowaniu?

– Dużo się nauczyłem od tych wszystkich trzech tenisistek. Każda była inna. Myślę, że udało mi się zrozumieć, jak funkcjonowały i jak wykonywały swoją pracę z większym entuzjazmem, trochę szczęśliwe i zmotywowane. Wierzę, że sprawiłem, iż grały odważniej, podejmowały ryzyko, uderzając kolejną piłkę. Jak powiedziałem, były pracowite, więc nigdy nie miałem problemów z tym, że męczyły się podczas meczów czy turniejów, ponieważ były zwyciężczyniami i grały przez cały tydzień. To nie jest łatwe. A w zasadzie to właśnie robiły – grały trzy turnieje z rzędu, chyba że były to imprezy wielkoszlemowe, które czasami trwały dla nich dwa tygodnie lub występowały w trzech turniejach w ciągu czterech tygodni. To było moje niesamowite doświadczenie z nimi.

Każda z nich miała swój styl, swój charakter. Co wspominasz najlepiej ze współpracy z Sabatini, Snachez-Vicario i Martinez?

– Cóż wspomnienia… Jeśli chodzi o wielkie osiągnięcia, to zwycięstwo Gabi podczas US Open. Miała niesamowity czas, docierała do finałów i półfinałów. Myślę, że to, co zwiększyło jej pewność siebie i radość z gry oraz miłość do stylu życia, który nie jest łatwy, to właśnie wygrana w US Open. Ale inne turnieje, które wygrała, przyniosły jej także wiele pewności siebie, dobrego samopoczucia i uznania od rywalek oraz szacunku od rodziny i przyjaciół. Jej całe życie było tym wypełnione.

Arantxa była jak maszyna, bo grała w singlu i w deblu w każdym turnieju. Stała się numerem jeden na świecie w deblu, a potem w singlu, bo była świetna. Uwielbiała przebywać na korcie, uwielbiała być na świeczniku, udzielać wywiadów i była bardzo rozmowna. Była bardzo zadowolona z siebie.

- Conchita Martinez była bon vivantem, kochała życie, samochody, wychodzenie do dobrych restauracji, dobre jedzenie oraz wino - opowiada Carlos Kirmayr. Fot. www.depositphotos.com
– Conchita Martinez była bon vivantem, kochała życie, samochody, wychodzenie do dobrych restauracji, dobre jedzenie oraz wino – opowiada Carlos Kirmayr. Fot. www.depositphotos.com

Conchita była natomiast bon vivantem, kochała życie, samochody, wychodzenie do dobrych restauracji, dobre jedzenie oraz wino. Cieszyła się nie tylko z bycia sportowcem, ale także z podróżowania po świecie i poznawania go. Nie chciałbym tego nazywać stylem życia. Ale wiesz, to jest oczywiście trudne, bo bycie zawodowym sportowcem jest bolesne. Fizycznie jesteś naprawdę zmęczony. Ale masz inne korzyści, które są warte tego. Taki styl życia przez pewien czas, bo nie będziesz tego robić przez całe życie, ale jeśli robisz to dobrze przez ten czas, to jest naprawdę bardzo zabawne. Miałem więc świetne wspomnienia z podróży i zwiedzania krajów oraz trenowania tych trzech tenisistek. Myślę, że każdy turniej, który wygrały, miał dla nas ważne znaczenie w kontekście celów, które staraliśmy się osiągnąć w tamtym czasie. Różne wyzwania w ich grze, poprawianie ich umiejętności i zrozumienia rywalek. To było naprawdę dużo pracy i zabawy.

Z którą z tych trzech tenisistek współpracę wspominasz najbardziej?

- Z Gabrielą spotykamy się od czasu do czasu, gdy jadę na turnieje, na których ona też jest - mówi  Carlos Kirmayr. Fot. www.depositphotos.com
– Z Gabrielą spotykamy się od czasu do czasu, gdy jadę na turnieje, na których ona też jest – mówi Carlos Kirmayr. Fot. www.depositphotos.com

– Myślę, że z Gabriela, bo była pierwszą czołową zawodniczką, z którą pracowałem, a my razem spędziliśmy najwięcej czasu. Była najbardziej nieśmiała z tych trzech dziewczyn. Potrzebowała więcej czasu oraz dłuższej styczności z życiem i rzeczami, które mogła robić. Rozmawialiśmy więc na przykład o muzyce, o instrumentach, ponieważ sam gram na kilku instrumentach. Zaczęła się tym interesować, a potem stała się fanką… motocykli. W pewnym momencie kupiła motocykl w Stanach. Podróżowaliśmy motocyklem na kilka turniejów, gdzie tylko to było możliwe. To była taka odskocznia od tenisa, na którą czekała, aby przeżyć trochę innej przygody. Poprawiła też bardzo swój angielski. Myślę, że to była jedna z przyczyn jej nieśmiałości. Jej angielski nie był zbyt dobry, a jej wywiady nie były najlepsze. Zmieniła to i chętniej udzielała wywiadów. A to dawało jej już radość z życia. Zaczęła też cieszyć się życiem trochę bardziej, bo zobaczyła kilka wspaniałych rzeczy w Paryżu i odwiedzała miejsca, gdzie tylko mogła, a nie było to łatwe, ponieważ była dużą gwiazdą i rozpoznawano ją wszędzie. Czasami fakt, że była tak sławna, przeszkadzał jej w życiu poza tenisem. Na przykład podczas wizyty w restauracji, czasami zdarzały się osoby, które nie były zbyt dobrze wychowane i trochę ją niepokoiły. Ale to, niestety, część życia gwiazd.

Czy utrzymujesz do dzisiaj kontakty z tymi tenisistkami?

– Z Gabrielą komunikujemy się, pisujemy do siebie. Spotykamy się też od czasu do czasu, gdy jadę na turnieje, na których ona też jest. Z Conchitą to samo, gdy widujemy się czasami na turniejach, ale to wszystko.

Byłeś w WTA Tour w czasach świetności Martiny Navratilovej, Steffi Graf. Jakie wspomnienia masz o tych tenisistkach, ich trenerach?

– Tak, Martina Navratilova była wciąż czołową zawodniczką, gdy Gabriela zaczynała osiągać swoje najlepsze wyniki. Rozegrały między sobą wielkie mecze (bilans 15:6 dla Navratilovej – przyp. red.). Martina była wspaniałą osobą, bardzo interesowała się tenisem i zawsze starała się poprawić, niezależnie od wieku. Była naprawdę świetną rywalką, ale zarazem dobrą osobą. Dodawała też otuchy innym, młodszym zawodniczkom. Martina była wielką gwiazdą. Steffi była absolutnie dominującą tenisistką w tamtych latach. Miała dwóch trenerów. Najpierw był nim Czech Pavel Slozil, z którym sięgnęła po Wielkiego Szlema w 1988 roku. Pavel był moim dobrym przyjacielem w tourze. Jeszcze jako zawodnicy graliśmy kilka razy przeciwko sobie, więc znaliśmy swój sposób myślenia. A od 1992 roku Steffi była trenowana przez Heinza Gunthardta, który również był tenisistą i znaliśmy się z turniejowej trasy. Staliśmy się lepszymi przyjaciółmi już jako trenerzy, niż jako zawodnicy. Steffi i Heinz byli bardzo miłymi ludźmi. Oczywiście byli naszymi rywalami, ale bardzo uczciwymi ludźmi, przyjaznymi i szanującymi się nawzajem. W tamtym czasie w tourze bardzo się szanowaliśmy. Było dużo koleżeństwa między tenisistkami i tenisistami, którzy dużo się widują i wspólnie trenują. To był świetny czas. Wierzę, że nadal tak jest.

Byłeś także trenerem swojego rodaka Luiza Mattara, który w 1989 roku został 29. tenisistą na świecie.

– Pracowałem z nim przez około sześć miesięcy, ale dużo wcześniej. Byłem wówczas w Brazylii na kilkumiesięcznym urlopie, z powodu narodzin mojej córki. Ojciec Mattara poprosił mnie o podróżowanie z nim, choć wciąż byłem jeszcze zawodnikiem. Od tak dawna nie grałem w singlu, więc podróżowaliśmy razem po turniejach, najpierw na małe, potem większe. Trenowałem i grałem z nim w debla. Wygraliśmy nawet w 1986 roku w challengerze w Sao Paulo. Luiz dużo się poprawił i ja również, ponieważ kiedy zacząłem go trenować, byłem około osiemsetny na świecie, a w końcu doszedłem do 80. miejsca. Nie miałem już wówczas czasu na jego dalsze trenowanie, bo musiałem zająć się własną karierą. A on przeszedł do innych trenerów i stał się bardzo dobrym zawodnikiem, wygrywając 7 turniejów ATP w singlu i 5 w deblu. Grał bardzo dobrze w Pucharze Davisa i w 1992 roku osiągnął z Brazylią półfinał Grupy Światowej.

Carlos, jako tenisista byłeś w singlu 36. w światowym rankingu i wygrałeś jeden turniej ATP. Natomiast w deblu wygrałeś dziesięć turniejów rangi ATP i byłeś 6. w rankingu. Jakie są twoje najciekawsze wspomnienia z tamtych czasów? Najważniejsze zwycięskie mecze?

– Cóż, jako tenisista zacząłem grać w turniejach zaraz po ukończeniu studiów w 1972 roku, ale tenis nie był wówczas tak profesjonalnie zorganizowanym sportem. ATP powstało dopiero pod koniec 1972 roku. Po opuszczeniu uczelni grałem przez cztery lub pięć miesięcy w Europie i uwielbiałem ten styl życia. Ale pieniądze z nagród wystarczały tylko na to, aby przeżyć. Ale to był świetny sposób na życie, podróżując po świecie, poznając ludzi, grając w tenisa. I to mnie pociągało. Mogłem robić to ze swoim życiem przez jakiś czas, nie wiedząc, co przyniesie przyszłość, ale za to intensywnie żyjąc. Występowałem aż do roku 1987, więc miałem dość długą karierę. Zacząłem grać swój najlepszy tenis pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy miałem około 27-28 lat. Wszedłem do pierwszej setki ATP. W 1979 roku pokonałem Ivana Lendla w Nicei, gdy dopiero zaczynał swoją wielką karierę (bilans ogólny 2:1 dla Lendla – przyp. red.). Wtedy zaczynał, podróżował jeszcze sam, a ja miałem trenera. Więc on się do mnie przyłączył i dużo razem trenowaliśmy. Potem zagraliśmy w Berlinie w debla i wygraliśmy turniej. Staliśmy się nawet z Ivanem dobrymi przyjaciółmi.

- Jako tenisista zacząłem grać w turniejach zaraz po ukończeniu studiów w 1972 roku, ale tenis nie był wówczas tak profesjonalnie zorganizowanym sportem - wspomina Carlos Kirmayr. Fot. Archiwum prywatne C. Kirmayr
– Jako tenisista zacząłem grać w turniejach zaraz po ukończeniu studiów w 1972 roku, ale tenis nie był wówczas tak profesjonalnie zorganizowanym sportem – wspomina Carlos Kirmayr. Fot. Archiwum prywatne C. Kirmayr

A ja miałem w karierze dwa bardzo dobre lata: 1981-1982. Największymi moimi sukcesami było dotarcie do finału WCT Finals na kortach Forest Hills w Nowym Jorku w 1981 roku, gdzie przegrałem z Eddiem Dibbsem, ale w drodze do tego meczu pokonałem kolejno takich graczy jak: John McEnroe (to był ich jedyny pojedynek w karierze – przyp. red.), Angel Gimenez, Balaze Taroczy i Wojtek Fibak. A Dibbsa też pokonałem, ale trzy miesiące wcześniej w Brazylii w ćwierćfinale turnieju ATP w Guaruja. W półfinale zwyciężyłem Ilie Nastasego, a rok wcześniej wygrałem z nim w Kitzbuhel (bilans 2:0 dla Kirmayrego), a w finale Ricardo Cano. I wówczas w Guaruja to był mój wielki turniej i jedyny wygrany rangi ATP Tour w karierze.

W 1981 roku zwyciężyłem też m.in. Adriano Panattę w Mediolanie (bilans 1:1), a podczas Roland Garros wygrałem z Raulem Ramirezem (bilans 1:1) oraz Brianem Gottfriedem (bilans 1:3). Pokonałem też Manuela Orantesa w 1983 roku w Madrycie (bilans: 1:0). Miałem więc swoje wielkie zwycięstwa i wspaniałe mecze.

Cztery razy grałeś w singlu z Wojtkiem Fibakiem. Najpierw dwa razy wygrał Fibak (Sao Paulo 1980 i Rotterdam 1981). Potem dwa razy ty wygrałeś (Forest Hills 1981 i Cap d’Agde 1982). Czy pamiętasz Wojtka Fibaka?

– Wojtek i ja mamy wspólną historię. Był świetnym zawodnikiem i doskonałym deblistą. Bardzo, bardzo inteligentny, nie tylko jako zawodnik, ale także w tym, jak kontrolował swoje życie oraz interesy. Radził sobie bardzo dobrze ze sztuką. Dobry człowiek, dobry przyjaciel. Fibak był bardzo szanowanym i mądrym graczem.

Jak w tamtych czasach tenisiści spędzali czas w trakcie turniejów? Jakie były relacje między tenisistami? Jestem pewien, że to był inny świat niż ten dzisiaj.

– Cóż, wracając do tego okresu, w którym grałem, w latach 70. i na początku lat 80., byliśmy grupami graczy, którzy spędzali razem czas. Mieliśmy amerykańskich tenisistów, którzy tworzyli jedną grupę, była też ekipa australijska, która była bardzo zżyta. Europejczycy: Francuzi, Włosi, Hiszpanie. Południowoamerykańscy zawodnicy też stanowili zgraną ekipę i robiliśmy praktycznie wszystko razem, gdy byliśmy na turniejach: trenowaliśmy razem, zatrzymywaliśmy się w tych samych hotelach, dzieliliśmy pokoje. Podróżowaliśmy razem. Nawet wynajmowaliśmy wspólnie samochód. Nikt nie podróżował z rodzinami, bo nie było wystarczająco dużo pieniędzy. Będąc tak długo w trasie, z dala od domu, dobrze się poznawaliśmy. Byli zawodnicy, którzy byli bardziej przyjaciółmi niż inni. Graliśmy razem w debla, spędzając ze sobą znacznie więcej czasu, więc relacje stawały się bliższe. Mówiliśmy sobie o naszych problemach, satysfakcjach oraz najlepszych momentach i rzeczach, które dzieliliśmy. Uważam, że to był trochę inny czas pod tym względem niż teraz. Ponieważ studiowałem w Stanach, dobrze dogadywałem się również z amerykańskimi zawodnikami. Niektórzy z nich stawali się również moimi przyjaciółmi, graliśmy razem i tak dalej. To był fajne czasy.

Teraz prowadzisz Kirmayr Tennis Experience. Proszę opowiedz o tym przedsięwzięciu. Czym się zajmuje? Jaki ma cel?

– Rozpocząłem od prowadzenia obozów, tzw. klinik tenisowych, co było wówczas czymś nowym, nowym sposobem na nauczanie tenisa w grupach. To było około 1975-76 roku. Zaangażowałem się w nauczanie i coaching. Ta współpraca nie trwała długo, a akademia znajdowała się w Brasilii, stolicy kraju. Jednak współpraca nie przyniosła zbyt dobrych efektów. Moja rodzina i ja kupiliśmy potem nieruchomość poza Sao Paulo, w mieście Serra Negra. Zaczęliśmy od zbudowania ośmiu kortów i zaczęliśmy prowadzić nasze kliniki tenisowe. Następnie zaczęliśmy budować mały hotel, miał 12 apartamentów, a potem rozbudowaliśmy go o kolejne. To było moją bazą, mimo że nie mieszkałem blisko tego miejsca, bo wtedy żyłem w Rio de Janeiro. Po zakończeniu mojej kariery zawodniczej i trenerskiej, w lutym 2004 roku przeniosłem się na stałe do akademii i prowadzę program, oprócz klinik, które zaczynałem 43 lata temu. Prowadzę program zwany „Prep school”, a dzieci mieszkają w mojej akademii. To szkoła przyjeżdża do nich, to nauczyciele tutaj przyjeżdżają. Przygotowuję zawodników do tenisa na poziomie uniwersyteckim. Wychowaliśmy tutaj ponad 300 zawodników, którzy zostali przyjęci do różnych uniwersytetów ze stypendiami tenisowymi i akademickimi. To dość kompleksowy program. Jeśli chodzi o tenis, to ćwiczą około 30 godzin tygodniowo ze mną i moim zespołem trenerskim. Oprócz tego organizuję tutaj międzynarodowe turnieje, ale także lokalne i regionalne.

- Po zakończeniu mojej kariery zawodniczej i trenerskiej, w lutym 2004 roku przeniosłem się na stałe do akademii - wyjaśnia Carlos Kirmayr. Fot. Archiwum prywatne C. Kirmayr
– Po zakończeniu mojej kariery zawodniczej i trenerskiej, w lutym 2004 roku przeniosłem się na stałe do akademii – wyjaśnia Carlos Kirmayr. Fot. Archiwum prywatne C. Kirmayr

Jesteśmy położeni w łańcuchu górskim zwanym Serra da Mantiqueira, około 800 metrów nad poziomem morza. To bardzo miły klimat, a temperatury rzadko spadają poniżej 5 stopni Celsjusza. Latem temperatura często przekracza 30 stopni Celsjusza. Miasteczko znajduje się 12 kilometrów od miasta Serra Negra, które liczy około 30 tysięcy mieszkańców. To bardzo małe turystyczne miasteczko i urokliwe miejsce. Mieszkam tutaj już od 20 lat i to jest moje życie – praca z dziećmi w mojej akademii. To dla mnie ogromna frajda.

Czy teraz oglądasz turnieje ATP i WTA? Jeśli tak, to co sądzisz o Idze Świątek i Hubercie Hurkaczu?

– Czasami nawet jeżdżę na niektóre turnieje. Ostatnio byłem na US Open. Rok wcześniej w Miami, kilka lat temu na Wimbledonie. Mam więc wiedzę z turniejów. Teraz mamy dobrą brazylijską zawodniczkę Beatriz Haddad Maia, więc oglądam więcej turniejów kobiecych. Innych graczy też śledzę. Iga Świątek to świetna zawodniczka. Taka zuchwała i skoncentrowana. Trochę za poważna jak na mój gust, ale bardzo efektowna, bardzo dobra. Może trochę za bardzo poważna, myślę, że mogłaby być trochę bardziej wyluzowana na korcie. Nie reaguje zbyt dobrze, kiedy coś nie idzie po jej myśli. A Hubert Hurkacz? Co za gracz! Co za potężny facet! Tak. Lubię oglądać jego grę. Czasami mnie zaskakuje. Dobrze jest mieć dobrych graczy w swoim kraju, ponieważ tenis staje się wtedy ważny dla ludzi i wszyscy im kibicują. To naprawdę miłe.

Rozmawiał Paweł Pluta

CARLOS KIRMAYR

Fot. Archiwum prywatne C. Kirmayr
Fot. Archiwum prywatne C. Kirmayr
  • Urodzony: 23 września 1950 roku w Sao Paulo
  • Wzrost: 172 cm
  • Gracz praworęczny
  • Zwycięzca 1 turnieju ATP w singlu i 10 w deblu
  • Najwyżej w rankingu ATP w singlu 36. (10 sierpnia 1981), w deblu 6. (24 października 1983)
  • Zarobił w karierze: 570.207 USD
  • Jako trener prowadził m.in. Gabrielę Sabatini, która zdobyła z nim wielkoszlemowy US Open i 11 turniejów WTA, a także Conchitę Martinez (wygrała z nim 7 turniejów WTA) oraz Arantxę Sanchez-Vicario, (4 tytuły WTA). Trenował brazylijską drużynę Pucharu Davisa w latach 1984, 1985 i 2004.
  • Carlos grał nie tylko w tenisa, ale także na perkusji i gitarze.


    Fot. Depositphotos.com

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

W  meczu o miejsce w ćwierćfinale Joao Fonseca zmierzy się bowiem z rozstawionym z numerem drugim Jannikiem Sinnerem. Fot. BNP Paribas Open 2026

W grze pojedynczej mężczyzn w meczach 1/16 finału BNP Paribas Open 2026 rangi ATP Masters 1000 na twardych kortach w Indian Wells było sporo emocji i sporo …

W 2024 roku Iga Świątek w finale turnieju BNP Paribas Open pokonała Marię Sakkari. Fot. BNP Paribas Open 2024

Trwa BNP Paribas Open rozgrywany na twardych kortach w Indian Wells w Kalifornii turniej rangi WTA 1000 oraz ATP Masters 1000. W niedzielę 8 marca 2026 w piątym …

Już piąty tytuł w zawodowej karierze pojawił się w dorobku Giny Feistel (WKS Grunwald Poznań). Córka byłej tenisistki Magdaleny Mróz-Feistel triumfowała w niedzielę w grze pojedynczej …

Pewnie w 3. rundzie zameldował się najwyżej rozstawiony w turnieju lider światowego rankingu tenisistów Carlos Alcaraz. Fot. BNP Paribas Open 2026

W rywalizacji w grze pojedynczej mężczyzn podczas BNP Paribas Open 2026 w Indian Wells (ranga imprezy ATP Masters 1000), znamy komplet tenisistów, którzy awansowali do 3. rundy, …