Nowości

Bresnik, Resnik i rzeźnik – kręta droga Thiema na tenisowy szczyt

dnia

Emocjonalna huśtawka w relacjach z najważniejszym trenerem. Spowite nimbem tajemniczości nocne treningi w parkach i lasach. Połamana rakieta i wrzask jako prezent urodzinowy. Chociaż Austriacy w powszechnym mniemaniu nie uchodzą za najbardziej spontaniczny naród świata, o karierze niedawnego triumfatora US Open Dominica Thiema można powiedzieć wszystko, poza tym, że jest nudna.

Tekst: Marcin Bratkowski

Noc. Mróz. Rozgwieżdżone niebo. Dwóch mężczyzn biega z 25-kilogramowymi drewnianymi balami. W oddali słychać szmer dzikiej zwierzyny. To wilki? Niedźwiedzie? Starszy, 60-letni były żołnierz, przerzuca kłody jakby były zapałkami. Młodszy, 20-letni tenisista, co chwilę musi się zatrzymywać, żeby złapać oddech. Z każdym kolejnym treningiem robi jednak mniej przerw. Ma coraz więcej sił. Jest w stanie dłużej biegać po korcie i silniej przebijać piłkę. Dzięki staremu mistrzowi wspina się na wyżyny swoich fizycznych możliwości. W końcu sięga po wielkoszlemowy tytuł. Światła gasną, wjeżdżają napisy końcowe. Tak wyglądałby film o drodze Dominica Thiema do wielkoszlemowego tytułu, gdyby jego reżyserem był Sepp Resnik, wspomniany już były żołnierz, który pracował nad formą fizyczną młodego Austriaka. Z tym hollywoodzkim scenariuszem jest jeden problem – sam tenisista twierdzi, że to bzdury.

– Kłodę na plecy wziąłem jeden jedyny raz, tylko dlatego, że fotograf robiący sesję uznał, że na siłowni wyjdzie nudno. Owszem, pracowałem z Resnikiem, biegaliśmy po lasach, ale nie miał na mnie aż takiego wpływu. Powiedzmy tak: z nim czy bez niego i tak byłbym tu, gdzie jestem podkreślał Thiem w rozmowie z magazynem Sport Week. Rewelacje Resnika przylgnęły jednak do tenisisty na dobre, a dziennikarze z całego świata wciąż mówiąc o jego drodze do wielkości wyciągają z rękawa nocne biegi po lesie i zimowe kąpiele w rzece. Niepotrzebnie, bo życie i kariera Austriaka są ciekawe nawet bez zmyślonych historii.

Gorzkie rozstanie

Rodzice Dominica, Wolfgang i Karin, oboje byli trenerami tenisa. Świeżo upieczony zwycięzca US Open śmieje się, że w zasadzie to urodził się na korcie i nigdy z niego nie zszedł. Mieli jednak na tyle rozsądku, żeby karierę swojego syna oddać w ręce najlepszego dostępnego specjalisty – Güntera Bresnika. Wolfgang Thiem zrezygnował z prowadzenia własnej akademii, przyjmując pracę jako trener u Bresnika, a jego szef wziął pod swoje skrzydła 9-letniego Dominica. I chociaż w swojej karierze pracował z Borisem Beckerem czy Henri Lecontem, to o siedemnastoletniej współpracy z Austriakiem Bresnik napisał książkę pod niezbyt oryginalnym tytułem „Metoda Dominica Thiema”. I to tego podopiecznego nazywa swoim dziełem życia.

– To najważniejszy człowiek w mojej karierze i zawsze będę mu wdzięczny za wszystko co już osiągnąłem i co osiągnę w przyszłości. Dla mnie to najlepszy trener na świecie mówił o Bresniku tenisista kilka lat temu w rozmowie z Break Point Brasil. Kilka dni po wygraniu US Open do sądu trafił pozew, który Bresnik złożył przeciwko rodzinie Thiemów. To, czego domaga się w sądzie były już (współpraca zakończyła się w zeszłym roku) szkoleniowiec pozostaje niejasne. Publiczne stały się jednak jego opinie o Dominicu, jego ojcu, i swoim wpływie na ich sukces: – Z czasem stało się dla mnie bardziej jasne, dlaczego sprawy tak się potoczyły. To jednak nie sprawia, że sytuacja wygląda lepiej. Są rzeczy, których kompletnie nie rozumiem: szczerość, lojalność, wartości… niewiele tego zostało. Nie mam z tym wielkiego problemu, poza tym, że zostałem oszukany. Nie wolno tak postępować z osobą, której się wszystko zawdzięcza. Gdyby nie ja, jego tata byłby klubowym trenerem, a Dominic zawodnikiem z Futuresów stwierdził Bresnik po rozstaniu.

Nowym trenerem Thiema został Nicolas Massu, były chilijski tenisista. To on ogrzał się w blasku wielkoszlemowego triumfu. Nie bez zasług, bo o ile Austriak mógł się pochwalić nienaganną techniką (to zasługa Bresnika) i żelaznymi płucami (tutaj największą rolę, mimo swojej skłonności do bajkopisarstwa, odegrał Resnik), to jego skrajnie defensywny tenis nie pozwalał mu się rozwijać. Rozstanie ze starym szkoleniowcem, choć bolesne, było niezbędne, żeby wejść na szczyt. Bo to nowy trener nauczył Thiema atakować. Zanim jednak całemu zespołowi pracującemu nad tenisowym rozwojem zawodnika udało się odpowiednio zgrać wszystkie elementy, trzeba było odblokować najważniejszy z nich – głowę.

Wywrzeszczany prezent

Młody Thiem, chociaż lubił ciężką pracę i miał niekwestionowany talent, na początku dorosłej kariery miał problem z najważniejszym tenisowym organem, czyli głową. Tak przynajmniej twierdził prowadzący go wówczas duet Bresnik-Resnik. Były wojskowy, odpowiadający za przygotowanie fizyczne, ciągle narzekał, że młody podopieczny jest zbyt zamknięty w sobie, nie umie okazywać emocji. W związku z tym otrzymał od Dominica niezwykły prezent urodzinowy. – Byliśmy wówczas we Włoszech i grałem w turnieju Futures. Przegrałem gema w fatalny sposób i w konsekwencji straciłem seta. Resnik ciągle narzekał, że nie potrafię odpowiednio pokazywać emocji na korcie, więc rozwaliłem rakietę. Wtedy przypomniałem sobie, że to jego urodziny. Rzuciłem więc te resztki rakiety na kort, wrzeszcząc „wszystkiego najlepszego!” wspominał tenisista. Resnik później przyznał, że to był jeden z lepszych prezentów urodzinowych, jakie kiedykolwiek otrzymał.

Brak okazywanych emocji nie wynikał jednak z tego, że Thiemowi nie zależało na sukcesie. Wręcz przeciwnie, Bresnik podkreślał, że to jedyny zawodnik, który w trakcie współpracy nigdy nie zapytał, kiedy skończą trening. W przeciwieństwie do Ernesta Gulbisa, który również był szkolony przez Austriaka, nigdy nie było wątpliwości co do tego, czy ważniejszy jest dla niego tenis, dziewczyny, czy szybkie samochody. Ambicja sprawiła, że Dominic Thiem, wsparty przez Bresnika i Resnika, stał się… tenisowym rzeźnikiem, umiejącym zarżnąć marzenia rywali o triumfie. I rangi jego sukcesu nie powinno umniejszać to, że jego sprzymierzeńcem był koronawirus, który sprawił, że w Nowym Jorku zabrakło Novaka Djokovicia i Rafy Nadala.

– Jestem przekonany, że obecna sytuacja z pandemią, będzie niosła też za sobą pozytywy. Że społeczeństwo czegoś się nauczy mówił w maju w rozmowie z portalem redbull.com. I chociaż tych pozytywnych przemian społecznych na razie wielu nie widać, to kariera tenisowa Thiema na pandemii na pewno skorzystała.

Sugerowane artykuły

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *