Czas leci niesamowicie, ale wspomnienia wracają natychmiast – mówi Angelique Kerber o przełomowych momentach kariery, nowej roli w tenisie i miłości do Nowego Jorku.
W tym roku mija dokładnie 10 lat od historycznego triumfu Angelique Kerber w wielkoszlemowym US Open. Z okazji tej wyjątkowej rocznicy, firma Rolex, której ambasadorką jest Kerber, zorganizowała w Nowym Jorku spotkanie prasowe dla przedstawicieli mediów, podczas którego niemiecka tenisistka o polskich korzeniach (popularna Angie ma swoją Akademię Tenisową w Puszczykowie niedaleko Poznania) opowiedziała o powrocie na korty Flushing Meadows dekadę po swoim sukcesie, radzeniu sobie z presją bycia numerem jeden oraz o nowym, ekscytującym rozdziale w swojej karierze.

Zdobyłaś 14 tytułów WTA, trzy tytuły wielkoszlemowe i spędziłaś 34 tygodnie na pozycji liderki rankingu. W tym roku świętujemy 10 lat od Twojego triumfu w US Open – jak to uczucie wrócić do Nowego Jorku?
Angelique Kerber: Czas leci niesamowicie szybko. Czuję się, jakby to było wczoraj, a to już cała dekada od mojego zwycięstwa. Powrót tutaj i ponowne przeżywanie tych wspomnień to wspaniałe uczucie. Szczególnie miło jest znów widzieć rywalizujące ze sobą najlepsze zawodniczki oraz twarze, które znam i przeciwko którym grałam przez ostatnie 20 lat. Oczywiście zdarzały mi się tu również porażki w pierwszych rundach, ale kiedy tu wracam, wszystko schodzi na dalszy plan, a w pamięci zostaje tylko moment, gdy w 2016 roku wznosiłam w górę trofeum.
W tamtym przełomowym 2016 roku wygrałaś dwa turnieje wielkoszlemowe – Australian Open i US Open. Czy ze sportowego punktu widzenia, był to Twój najważniejszy sezon?

– To był zdecydowanie mój przełomowy rok. W pierwszej rundzie Australian Open byłam o jeden punkt od odpadnięcia, musiałam bronić piłki meczowej, a potem zdołałam to odwrócić. Do dziś nie wiem, jak wygrałam tamto spotkanie, ale to pokazuje, jak cienka jest granica między wygraną a przegraną. To był tylko jeden punkt, a dwa tygodnie później cieszyłam się z pierwszego tytułu wielkoszlemowego. Od tamtej chwili wszystko się zmieniło – zyskałam ogromną pewność siebie. Dotarłam do finału Wimbledonu, a potem wygrałam tutaj, w Nowym Jorku, i po US Open zostałam numerem jeden na świecie. To było coś wyjątkowego i wciąż nie mogę uwierzyć, że minęło już 10 lat.

Zawsze powtarzałam, że Wielkiego Szlema nie wygrywa się w dwa tygodnie. Wygrywa się go latami treningów i poświęceń. Człowiek przechodzi przez wzloty i upadki, wylewa mnóstwo łez, ale na koniec musisz wierzyć i wracać silniejszym. W moim przypadku sukcesy w US Open, Wimbledonie czy Australian Open to nie były dwa tygodnie pracy, ale efekt około 15 lat przygotowań. Ciężka praca w końcu przyniosła konkretne, naprawdę wspaniałe rezultaty.
Jak ważna w tenisie jest strona mentalna? W sezonie 2017 – jako liderka rankingu – odczuwałaś dodatkową presję?
– Sfera mentalna jest kluczowa, a w 2017 roku faktycznie czułam ogromną presję. Doszło mi też wtedy znacznie więcej obowiązków poza kortem, z którymi musiałam się zmierzyć. Kiedy jesteś numerem jeden, każdy chce cię pokonać. Wyciągnęłam jednak z tamtego okresu cenną lekcję. To nie był mój najlepszy rok, ale dzięki temu wróciłam silniejsza w 2018 roku i wygrałam Wimbledon. Taki właśnie jest tenis – pełen wzlotów i upadków. Trzeba przejść przez trudne momenty, bo bez tego nie ma szans na podniesienie trofeum, a poza tym to kształtuje cię jako człowieka. Dla mnie psychika to najważniejszy element tego sportu.
Czy jako dziecko marzyłaś bardziej o byciu numerem jeden, czy o wygrywaniu Wielkich Szlemów?
– Gdy jesteś dzieckiem, marzysz o wygrywaniu turniejów wielkoszlemowych i trzymaniu w rękach tych największych pucharów. Dla mnie pozycja numer jeden to tylko liczba, nie da się jej fizycznie dotknąć. Dlatego zawsze najbardziej marzyłam o tytułach wielkoszlemowych. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się wygrać trzy różne turnieje. Mam w domu trzy różne trofea, co czyni to osiągnięcie jeszcze bardziej wyjątkowym.
Dziś sprawujesz funkcję dyrektorki turnieju WTA 500 w Bad Homburg. Jak odnajdujesz się w tej nowej roli?
– Przenoszę całe swoje zawodnicze doświadczenie do nowej roli dyrektorki turnieju WTA 500 w Bad Homburg, który odbywa się na tydzień przed Wimbledonem. Tenis w Niemczech mocno się w ostatnich latach rozwinął, więc to świetna okazja, by spojrzeć na cykl rozgrywkowy z drugiej strony i zaangażować się w organizację. Przygotowanie takiego wydarzenia to nie jest tydzień pracy, ale to 12 miesięcy planowania i starań, by ulepszyć turniej dla kibiców i zawodniczek. To niesamowite uczucie widzieć te postępy z roku na rok. Cieszę się, że zostałam przy tenisie, bo kocham ten sport i staram się oddać mu to, czego nauczyłam się przez 20 lat gry na korcie.
W 2017 roku dołączyłaś do rodziny Rolexa. Jak ważna jest dla Ciebie ta relacja i czy stoi za nią jakaś osobista historia związana z Twoim pierwszym zegarkiem?
– To niesamowite, że w przyszłym roku minie już 10 lat naszej współpracy. Z moim pierwszym Rolexem wiąże się zresztą wyjątkowa historia. W 2011 roku przyjechałam na US Open jako 92. rakieta świata, co oznaczało, że byłam jedną z najniżej sklasyfikowanych zawodniczek w drabince głównej. Szczerze mówiąc, przed tamtym turniejem rozważałam zakończenie kariery. I wtedy w Nowym Jorku zagrałam swój najlepszy tenis, dochodząc aż do półfinału, czego nikt się nie spodziewał. Zawsze marzyłam o modelu Datejust, więc zaraz po turnieju poszłam na Fifth Avenue i sama go sobie kupiłam. Pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj.
Michał Samulski (Nowy Jork wrzesień 2026)
Fot. Mongoose Group
Fot. www.depositphotos.com


