Wiktor Zborowski: Byliśmy takim „fibakowym pomiotem”

- Jestem głęboko przekonany, że Iga Świątek skompletuje wszystkie szlemy, łącznie z tym Wimbledonem – uważa Wiktor Zborowski. Fot. Archiwum prywatne W. Zborowskiego

Wiktor Zborowski, jeden z najwybitniejszych aktorów polskiej sceny, w rozmowie z red. Pawłem Plutą, opowiedział nam o homeryckich bojach na korcie m.in.: z Wojciechem Młynarskim, Danielem Olbrychskim czy Janem Englertem; czego nauczył się od Adriano Panatty i Stana Smitha? O tym, dlaczego musiał zamienić rakietę na kij do golfa; co potrafił jego wujek Jan Kobuszewski, a on sam już nie. Wiktor Zborowski zdradził nam, komu z tenisistów kibicował najbardziej, a czego nie lubi u sportowych komentatorów; o swojej wizycie na Wimbledonie.

– Najcięższe mecze toczyłem z Tadkiem Borowskim i nigdy z nim nie wygrałem – mówi Wiktor Zborowski. Fot. Archiwum prywatne W. Zborowskiego

Kiedy i gdzie po raz pierwszy wziął Pan do ręki rakietę tenisową, i za czyją namową?

– To było w czasach Wojtka Fibaka, gdy zaczął odnosić swoje sukcesy. Wówczas razem z kilkoma kolegami byliśmy takim „fibakowym pomiotem”. W połowie lat siedemdziesiątych wzięliśmy pierwszy raz rakiety do ręki i zaczęliśmy próbować coś odbijać na korcie obok Starej Prochowni w Warszawie. Oczywiście nie mieliśmy w ogóle pojęcia na ten temat. Wtedy Wojtek Młynarski, kiedy mu się poskarżyłem, skierował mnie do legendarnego trenera, starszego pana Karola Zarębskiego. No i on zaczął udzielać mi lekcji. Coś tam zacząłem kumać. Jak już troszeczkę się nauczyłem, to też za wstawiennictwem Wojtka Młynarskiego zapisałem się do sekcji rekreacyjnej tenisa warszawskiej Legii. Wówczas zrezygnowałem z usług trenera Zarębskiego, aczkolwiek do zakończenia – nazwijmy to – mojej tenisowej kariery, dawałem mu rakiety do naciągania, bo robił to bardzo dobrze. Wtedy też zacząłem brać tzw. sztundy u Janka Radzio, Bronka Lewandowskiego, Adama Mincberga, a na Olszynce Grochowskiej u Rafała Sowińskiego. Grając z nimi, mając od nich jakieś uwagi, zacząłem już być takim rekreacyjnym tenisistą, grającym jako tako.

A potem toczyliśmy z kolegami homeryckie boje, głównie z Wojtkiem Młynarskim, Jurkiem Derflem, Jurkiem Gruzą, czy z piosenkarzem Zbyszkiem Kurtyczem. Później też z Marysią Ginter, no i też oczywiście z kolegami aktorami.

Jakie są Pańskie osiągnięcia na korcie?

– Traktując tenis zasadniczo rekreacyjnie, to większych sukcesów nie miałem, bo właściwie nie startowałem w turniejach. Czasami między sobą rozgrywaliśmy jakieś seciki, bo najczęściej graliśmy jednego seta w trakcie takiej godzinnej gry w tenisa. Grywałem z Jankiem Englertem, Danielem Olbrychskim.

Z kim stoczył Pan najbardziej zaciekły pojedynek?

– Najcięższe mecze toczyłem z Tadkiem Borowskim i nigdy z nim nie wygrałem. Był strasznie regularny, wybiegany, a z linii końcowej posyłał „półlobki” pod moją linię końcową i tak długo je powtarzał, aż w końcu popełniałem błąd. Najlepszy wynik, jaki z nim osiągnąłem, to przegrany set w tie-breaku. Z Jankiem Englertem grałem tylko raz, kiedy on po długiej przerwie wznowił zabawę w tenisa i udało mi się wtedy z nim wygrać 6:4. Po meczu powiedziałem Jankowi: – Wiesz, sądzę, że to mój ostatni tryumf tenisowy nad tobą. I tak też się stało.

Z jakiego powodu musiał Pan odwiesić rakietę na kołku?

– Miałem zawsze problemy z kolanem, a wzięło mi się to z koszykówki, którą uprawiałem na dosyć wysokim poziomie. No i w pewnym momencie poczułem, że tenis nie sprawia mi już tej frajdy, bo widzę piłkę, do której mogę dojść, a się boję, że się zerwę i coś sobie tam urwę. Moje ostatnie gierki rozgrywałem na kortach AWF-u z Elką Żaboklicką, ale żeby wygrać z nią punkt, to nie przypominam sobie. Powoli, już w latach dziewięćdziesiątych, zaczynałem więc przestawać, a wtedy też zaczynała trenować tenis moja starsza córka Hanna, która miała dużo lepsze osiągnięcia niż ja, bo była dość wysoko ceniona w kategorii do 12 lat. Była dobrą, rokującą zawodniczką, potem jej to przeszło. Dzisiaj w zasadzie nie gra, ale jakby wzięła rakietę, to po paru lekcjach byłoby widać, że to umie.

Wiktor Zborowski z rakietą tenisową. Fot. Archiwum prywatne W. Zborowskiego
Wiktor Zborowski z rakietą tenisową. Fot. Archiwum prywatne W. Zborowskiego

Brakuje Panu tenisa?

– Teraz już tak bardzo nie brakuje. Wtedy trochę brakowało, kiedy czułem, żebym sobie poszedł z przyjemnością na korty, ale wiedziałem, że z tym kolanem to się na kort nie bardzo nadaję.

Wspominał Pan, że w młodości trenował koszykówkę, ale doznał kontuzji, która przerwała karierę. Co się stało?

– W maturalnej klasie, tuż po powrocie z mistrzostw Europy juniorów w Hiszpanii, zerwałem wiązadła krzyżowe w kolanie. To był sparing tuż przed ligą, a miałem wówczas wejść do pierwszej drużyny Polonii Warszawa.

A gdyby nie ta kontuzja, to znalibyśmy koszykarza Wiktora Zborowskiego, a nie aktora?

– Pewnie uprawiałbym koszykówkę, tylko nie wiem, czy byłbym znany. Bardzo wielu moich kolegów, którzy mieli świetne osiągnięcia juniorskie, niczego szczególnego nie osiągnęli w tej dorosłej koszykówce. Więc nie wiem czy byłbym naprawdę znanym zawodnikiem, czy ligową szarzyzną.

W serialu Klan zagrał Pan Karola Malika – trenera koszykówki. A czy na planie jakiegoś filmu wystąpił Pan z rakietą na korcie?

– Był taki film w z 1989 roku w reżyserii Jacka Bromskiego pod tytułem „Sztuka kochania”. I tam mieliśmy scenę z Piotrkiem Machalicą, jak chyba pamiętam – na kortach Spójni i trochę  odbijaliśmy sobie piłkę.

Kiedyś powiedział Pan, że w zawodzie aktora Pański wzrost (198 cm – przyp. red.) był przeszkodą. A jak te warunki fizyczne wpływały na Pańską grę na korcie?

– Serwowałem dosyć porządnie, bo rzeczywiście wzrost mi w tym pomagał. Oczywiście ten pierwszy serwis był solidny. Drugi był już raczej taki bardziej balonowy, bo to trzeba naprawdę dużo czasu poświęcić, żeby regularnie trafiać w karo. Jednak z racji tego wzrostu miałem też problemy z wyrzutem piłki do serwisu. Sporo mi pomogło, gdy obserwowałem mecze Włocha Adriano Panatty, który przyjechał do Polski na mecz Pucharu Davisa. On nie był tak wysoki jak ja, ale był dość wysoki (183 cm – przyp. red.). I widziałem też Stana Smithsa, który przyjechał na pokazówki rozgrywane w hali Gwardii. Stan Smith był już bardziej zbliżony do mojego wzrostu (193 cm – przyp. red.) i zauważyłem, jak oni wyprowadzają piłkę lewą ręką do wyrzutu. Zacząłem po nich naśladować i to mi pomogło.

Aktywność sportową zachowuje Pan grając w golfa. Czy opowie Pan, jak to się zaczęło, no i jak Panu idzie na polach golfowych?

– W golfa zacząłem grać… żebym nie skłamał… jakieś dwadzieścia parę lat temu, około 1999-2000 roku. Namówił mnie Andrzej Strzelecki, z którym kiedyś też zresztą sporo grywałem w tenisa. No i ta gra mnie wciągnęła bardzo. Jest fascynująca. Nie jestem jakimś szczególnie wybitnym rekreacyjnym amatorskim graczem, ale doszedłem do handicapu 12, co jest całkiem przyzwoitym rezultatem. No, ażeby poprawiać ten handicap, to trzeba naprawdę poważnie pracować i poświęcać cholernie dużo czasu. Teraz od golfa mam przerwę, bo jestem po operacji kolana, ale wrócę na pola golfowe, traktując grę rekreacyjnie, bo wcześniej, jako amator, trochę zawodniczo też grywałem z kolegami w turniejach. To jest fascynująca gra. Naprawdę fascynująca!

– W golfa zacząłem grać… żebym nie skłamał… jakieś dwadzieścia parę lat temu, około 1999-2000 roku - mówi Wiktor Zborowski. Fot. Archiwum prywatne W. Zborowskiego
– W golfa zacząłem grać… żebym nie skłamał… jakieś dwadzieścia parę lat temu, około 1999-2000 roku – mówi Wiktor Zborowski. Fot. Archiwum prywatne W. Zborowskiego

Sportową smykałkę ma też pańska rodzina. Nie mówię już o zięciu – siatkarzu Andrzeju Wronie, ale ponoć wiele dyscyplin trenowała też młodsza córka Zofia.

– Zosia w tenisa prawie nie grała, no, może troszkę. Bardziej starsza córka Hania, o czym już wspomniałem. Zosia natomiast uprawiała niecodzienną dziedzinę sportu, czyli stepowanie i była wielokrotną mistrzynią Polski w tej dyscyplinie, tzw. tap dance. Potem zaczęła całkiem porządnie grać w golfa i myślę, że do golfa wróci.

A Pański niezapomniany wuj – Jan Kobuszewski, czy i on miał jakieś sportowe fascynacje? Uprawiał jakiś sport, był kibicem?

– Janek za młodu, mimo że był bardzo wysoki, bo miał 188 cm wzrostu, był szalenie sprawny. Potrafił robić salto w tył, salto w przód. Takie rzeczy, których mi się nigdy nie udało. Zresztą nie próbowałem, pewno dlatego też mi się nie udało, ale nie wiem, czy bym się odważył. No więc Janek takie rzeczy robił. Był bardzo silny fizycznie, natomiast jego pasją były sporty motorowe. Motocykl za młodu, potem samochód – on to uwielbiał. Oczywiście był też kibicem. Do końca interesował się sportem, uwielbiał oglądać transmisje. Wiele razy oglądaliśmy wspólnie mecze piłkarskie czy tenisowe.

Wróćmy jeszcze do tenisa. Komu Pan kibicował kiedyś, czy miał Pan ulubionego tenisistę lub tenisistkę?

– Za tych czasów, kiedy sam trochę grałem, no to oczywiście był nim Wojtek Fibak. To był absolutny idol, nie tylko mój, ale całego naszego środowiska tenisowego. Był też Tadeusz Nowicki, Henryk Drzymalski czy Tomek Iwański. Natomiast z tenisistów zagranicznych to fascynowali mnie tacy zawodnicy, jak Bjoern Borg, Boris Becker, ale też wielu innych.

Później pojawiły się Magda Grzybowska i Ola Olsza, nad którą strasznie ubolewałem, że nie udało jej się przebić mocniej, a była bardzo utalentowana. Jak się pokazała Agnieszka Radwańska – no to wiadomo, bardzo jej kibicowałem, bo przepięknie dziewczyna grała. Do tej pory nie mogę odżałować, że nie zdobyła Wimbledonu. Nie w finale z Sereną Williams w 2012, tylko rok później, kiedy zupełnie nieoczekiwanie przegrała w półfinale z Sabine Lisicki, która miała wtedy „dzień konia” i grała po liniach z siłą parowego młota. No, nie miała szczęścia w tym wypadku. Ale za to wygrała WTA Finals w 2015 roku w Singapurze, więc dobre i to.

A teraz, oczywiście, śledzi Pan mecze Igi Świątek i Huberta Hurkacza. Jak ocenia Pan naszą najlepszą tenisistkę i najlepszego tenisistę?

– Wiadomo, kibicuję głównie Idze Świątek, którą uważam za fenomenalną zawodniczkę i fantastyczną, mądrą dziewczynę. Jestem głęboko przekonany, że ona skompletuje wszystkie szlemy, łącznie z tym Wimbledonem, w którym jeszcze nie bardzo wie, jak tę trawę gryźć, ale w końcu ugryzie i podniesie tę paterę. Kibicuję też Magdzie Linette, Magdalenie Fręch, aczkolwiek nie sądzę, aby osiągnęły takie szczyty, jak Iga.

Czekam cały czas na odrodzenie się Huberta Hurkacza, który od dwóch lat jakby troszeczkę zatrzymał się w rozwoju. Inna rzecz, że konkurencję ma nieprawdopodobną, bo w męskim tenisie jest ona straszliwa. A wiem, że Hurkacza stać na wielkie mecze i wielkie zwycięstwa. Myślę, że jeszcze mu trzeba trochę szczęścia, bo to też jest potrzebne. Hurkacz to jest taki zawodnik, że gdy on wychodzi na kort, to wszyscy traktują go poważnie, no bo to jest naprawdę dobry gracz. Bardzo by mu się przydały ze dwa takie poważne zwycięstwa – już nawet nie mówię turniejowe, ale takie w meczach z tenisistami typu Alcaraz, Miedwiediew, którego już kiedyś pokonał. Teraz takie wygrane z kimś bardzo znaczącym z pewnością by mu się przydały. Moim zdaniem to by go podbudowało.

Czy śledzi Pan też inne wydarzenia sportowe, np. piłką nożną?

– Piłką nożną interesuje się raczej bardzo spokojnie. Nie pasjonuje mnie to do tego stopnia. Natomiast oczywiście bardzo interesuję się siatkówką. I to nie tylko ze względu na mojego zięcia Andrzeja. Po prostu przyjemnie popatrzeć, jak chłopaki, i ostatnimi czasy też dziewczyny, pięknie grają w tę siatę. Kibicuję też naszej reprezentacji koszykarskiej, która powoli znowu zaczyna coś znaczyć – to jest bardzo pocieszające. Ale głównie, jeśli mam coś obserwować, to jest tenis, siatkówka, golf, koszykówka oraz lekka atletyka, którą uwielbiam oglądać od zarania dziejów.

Wiktor Zborowski w trakcie wywiadu. Fot. Archiwum prywatne W. Zborowskiego
Wiktor Zborowski w trakcie wywiadu. Fot. Archiwum prywatne W. Zborowskiego

W grze aktorskiej bardzo ważny jest głos. Pański – wspaniały. A gdyby miał Pan wystawić recenzje naszym komentatorom sportowym, to…

– Nie będę wymieniał z nazwiska, ani tych, których lubię, ani tych, których nie lubię. Jedno jest pewne – nie lubię, jak za dużo gadają. Nie przepadam za taką formułą, gdzie jest dwóch komentatorów, którzy praktycznie ze sobą rozmawiają. I nie przepadam też za tym, że ciągle siedzą z głowami w komputerach i wyszukują np. co było w Amsterdamie w 1928 roku, zamiast komentować to, co się dzieje tu i teraz. Natomiast jest kilku komentatorów, zarówno jak chodzi o tenisa, siatkówkę czy o piłkę nożną, gdzie ludzie się znają na tej dyscyplinie i wiedzą o czym mówią. Na przykład, jeśli chodzi o golfa, to wspaniale relacjonuje tandem sprawozdawczy Personów, czyli Andrzej i Jacek. No, oni wiedzą o czym mówią, a to bardzo ważne. Nie przeszkadza mi w tym wypadku, że są w tym tandemie, bo oni się fantastycznie dobrali. Jacek – syn Andrzeja – jest bardzo poważny, a jego ojciec Andrzej – bardzo żartobliwy i mnie ta forma bardzo odpowiada.

Czy jest jakaś anegdota związana z tenisem, którą mógłby Pan nam opowiedzieć?

– Ciężko tak sobie coś przypomnieć. Wychodzi się na kort i gra po prostu, albo na punkty, albo żeby popykać. Jakiś szczególnych anegdot więc nie znam. Ja nigdy nie kłóciłem się na kortach, nie awanturowałem. Grałem bardzo fair – jak aut, to aut. Nigdy nie grałem też na jakieś zakłady.

Czy był Pan na jakimś turnieju wielkoszlemowym?

– W latach dziewięćdziesiątych byłem na Wimbledonie. Pojechaliśmy do Londynu z przedstawieniem Mariana Hemara, no i organizatorka, która była zresztą świetną tenisistką amatorską, wygrała bilety na wimbledońskie korty! Zaprosiła mnie, Wojtka Młynarskiego i Jurka Kamasa na cały dzień na Wimbledon. To było fantastyczne przeżycie. Widziałem wówczas Borisa Beckera, Karela Novacka, Mary Joe Fernandez. Potem zaczęło lać i mecze odwołano, a my snuliśmy się po tym Wimbledonie, ale mogłem po raz pierwszy w życiu dotknąć tej trawy i zobaczyć jak ona wygląda, niczym taki materac.

A gdyby miał Pan teraz wybrać, na który z pozostałych trzech poleciałby Pan najchętniej i dlaczego?

– Chyba jednak na Rolanda Garrosa, chociażby po to, aby zobaczyć czwarty triumf w Paryżu Igi Świątek.

czytaj też: Świątek niekwestionowaną królową Rolanda Garrosa i Paryża

Panie Wiktorze, a gdzie będziemy mogli Pana zobaczyć w najbliższym czasie, czyli czy może nam Pan zdradzić swoje plany zawodowe?

– To jeszcze się wszystko okaże. W dzisiejszych czasach robienie takich większych panów o tyle nie ma sensu, że zależy to od wielu, wielu czynników. Być może jak coś się uda to będzie mnie można zobaczyć, a jak się nie uda, to może w czym innym… Zobaczymy… Na razie nie planuje niczego szczególnego.

Rozmawiał Paweł Pluta (sierpień 2023 roku)

czytaj też: Natalia Kaczmarek, mistrzyni Europy z Rzymu o tenisie: Idol na korcie? Novak Djoković

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

US Open 2023 był ostatnim w karierze Johna Isnera, doświadczonego amerykańskiego tenisisty. Fot. www.depositphotos.com

John Isner. 14 470 asów i ani jednego więcej

Po niespodziewanym zakończeniu kariery przez Andy’ego Roddicka w 2012 roku, to John Isner wyrósł na lidera amerykańskiego tenisa. Nigdy nie sięgnął po wielkoszlemowy tytuł, ale wygrał 16 turniejów ATP w singlu, przez ponad 10 lat