Krzysztof Bobala. Jak się tworzy najlepszy challenger świata

Kiedy rozmawia się z Krzysztofem Bobalą, nie sposób nie dać się wciągnąć, czy wręcz porwać opowieściom związanym z tenisowymi wydarzeniami w bogatym życiu zawodowym „ojca chrzestnego” największego w Polsce challengera ATP Pekao Szczecin Open. Bo u współwłaściciela agencji reklamowej „BONO” wyczuwa się sportową pasję, miłość do tenisa i zaangażowanie w każdy projekt, który realizuje. Te pomysły dotyczą nie tylko „białego sportu”, ale przeplatane są wydarzeniami artystycznymi czy biznesowymi. W rozmowie z Maciejem Łosiakiem mówi o tym, jak na początku lat 90. jego agencja „raczkowała” i jak w trakcie trzech dekad się rozwinęła oraz w jaki sposób challenger w Szczecinie został najlepszym w swojej „kategorii” turniejem na świecie.

Zacznę standardowo: jaki impuls zdecydował, że w Pana życiu pojawił się tenis?

– Pan zadał standardowe pytanie, a moja odpowiedź będzie prozaiczna. (śmiech) Jestem z tego pokolenia, które wychowało się na sukcesach Wojtka Fibaka z lat 70. Mając 12-14 lat w rodzinnym Szczecinie spotykałem się z kolegami. Graliśmy w kometkę na podwórku, a jak się udało, to na asfaltowym boisku. Był jeden ważny moment, a w zasadzie – jak Pan to określił – impuls, który wpłynął, że bardziej się zaangażowałem i zamieniłem kometkę na tenis. Obejrzałem w telewizji mecz Adriano Panatty. Byłem pod takim wrażeniem gry Włocha, że powiedziałem sobie: „zaczynam treningi”. Wpierw trafiłem do sekcji tenisowej Czarnych Szczecin, a następnie SKT. Wielkich wyników nie osiągnąłem (śmiech), ale na ówczesnej Spartakiadzie Młodzieży wystartowałem.

Trudno mi uwierzyć, że na tym był koniec sportowych ambicji i marzeń?

– Zacząłem studia na Politechnice Szczecińskiej i zostałem zawodnikiem sekcji… badmintona. W rozgrywkach ligowych reprezentowałem uczelnię pięć lat, a studiowałem ponad dziesięć (śmiech). Trochę przedłużyłem swoją edukację, ale był to świadomy zabieg. W latach 80. mało kto chciał odbyć zasadniczą służbę wojskową. Ja też. Skończyły się studia, skończyła się gra w badmintona i wróciłem do źródła, do tenisa. W tym czasie zaczęła także kiełkować w mojej głowie myśl o założenie agencji reklamowej. Czułem w sobie biznesową żyłkę i chyba dobrze wybrałem.

Początek lat 90., to czas transformacji. Skończyła się pewna era. Zapanował kapitalizm, który czasami wyglądał jak „wolna amerykanka”. Odnalazł się Pan w tej rzeczywistości?

– Młodość ma swoje prawa. Wyznaczyłem sobie cele, do których dążyłem, choć oczywiście nie udało się nie popełnić błędów. Agencja Reklamowa, którą założyłem z kolegą, zaczęła działać w październiku 1990 roku. Zawsze lubiłem dużo mówić, mam to zresztą do dzisiaj (śmiech), więc nie może dziwić, że zostałem prezenterem muzycznym. Współpracowałem z Polskim Stowarzyszeniem Jazzowym i klubami studenckimi. Zajmowaliśmy się organizacją imprez. Nie traciłem także kontaktów z przyjaciółmi z kortów. To zaowocowało fajnym projektem. Z firmy Masters, która wtedy budowała korty w całej Polsce, padło pytanie, czy Agencja może pomóc przy organizacji Grand Prix Polski PKO Szczecin. Jesienią 1991 roku zadebiutował turniej, w którym zagrali m.in. Katarzyna Teodorowicz i Lech Sidor. Znaleźli się sponsorzy i załatwiliśmy, jak na tamte czasy godne, nagrody, np. dobrej marki telewizory. Turniej i jego przygotowanie nie przeszły bez echa. Pozytywne opinie skutkowały tym, że dostaliśmy od firmy Solo (zajmowała się handlem paliwami – przyp. red.) propozycję zorganizowania zawodowego turnieju kobiet w Gryfinie. Wtedy też poznałem Mirosława Skrzypczyńskiego, obecnego prezesa Polskiego Związku Tenisowego, który był związany z gryfińskim obiektem. Turniej z pulą nagród 10 tysięcy dolarów, która dzisiaj nie robi żadnego wrażenia, miał być wielka imprezą. Obiecywaliśmy sponsorom „złote góry’. Były nawet specjalne autobusy ze Szczecina, które miały dowozić kibiców. Niestety, trybuny świeciły pustkami. Była klapa. Nigdy więcej nie popełniłem podobnego błędu. Gryfino było nauczką na całe zawodowe życie. Na szczęście szefowie firmy Solo nie zniechęcili się i podjęli decyzję: „Działamy dalej”.

Kolejne edycje to było już pasmo samych sukcesów?

– Przede wszystkim ciężkiej pracy. Ale nie mogę nie wspomnieć o jednej ważnej dla mnie sprawie. Wróciłem do regularnej gry w tenisa. Zaangażowałem się w rozgrywki ligowe. Redagowałem nawet tenisowy dodatek do „Głosu Szczecińskiego” i Magazyn Tenisowy w Radio Szczecin. Zawodowy turniej kobiet rozwijał się z każdym rokiem. Pamiętam, jak wspólnie z nieodżałowanym Wojtkiem Nowosielskim (redaktor w „Rzeczpospolitej”, autor książki „Białe linie kortu” – przyp. red.), który był szefem biura prasowego, co rusz wymyślaliśmy nowe pomysły, by przyciągnąć uwagę. Przykład: zostały przygotowane specjalne zaproszenia na turniej. Wewnątrz każdego z nich były płatki róży, które zostały skropione perfumami firmowanymi przez Gabrielę Sabatini. My nie tylko pracowaliśmy, ale bawiliśmy się takimi projektami, które przy okazji wpływały na pozytywny wizerunek turnieju. Warto dodać, że na kortach w Szczecinie gościły najlepsze w tym czasie polskie tenisistki – Magdalena Grzybowska i Ola Olsza, a sam turniej zyskał pulę nagród 50 tys. dolarów. Tak było do 1996 roku, kiedy firmę Solo przejęło konsorcjum J&S i przeniosło imprezę do Warszawy. Zawody odbywał się do 2007 roku, przeważnie na początku maja, na kortach Warszawianki, ale już bez mojego udziału.

A Pan, osoba pełna energii, pomysłów i działania, siedział z założonymi rękami?

(śmiech) – Szybko mnie Pan rozszyfrował… Rok 1993 to inauguracja cyklu czterech „satelitów” dla mężczyzn. To były turnieje międzynarodowe niższej rangi. Nasze, które odbywały się w Szczecinie, Olsztynie, Gdańsku i Sopocie miały łączną pulę nagród 25 tys. dolarów. I w tym momencie znów pojawia się na horyzoncie szczecińska spółka Masters, która specjalizowała się w budowie obiektów sportowych. Pracował w niej wówczas Grzegorz Bargielski i Irek Maciocha (obecnie związany z marką Babolat – przyp. red.). Razem przystąpiliśmy do finalizacji tego projektu. Wsparł nas, obsługiwany przez Bono promocyjnie, Pomorski Bank Kredytowy (obecnie Pekao S.A. – przyp. red.). Były trzy edycje „satelitów”. Dyrekcja banku, który był głównym sponsorem, była na tyle zadowolona, że w 1996 roku zadebiutował challenger 50 tys. dolarów plus hospitality. W kolejnych latach wzrastała pula nagród i zmieniał się zarząd banku, a ja za każdym razem musiałem tłumaczyć o co chodzi. Bywały nawet zabawne momenty. Meldowałem się w gabinecie dyrekcji, a moi rozmówcy widzieli faceta „trzepniętego” na punkcie tenisa, który z błyskiem w oku mówi o turnieju. Jestem przekonany, że w trakcie rozmowy dyskretnie szukali w Internecie informacji na mój temat.

Każdy następny rok to było budowanie marki, ale od pierwszej imprezy nie zawodzili kibice.

– Tak, w Szczecinie mamy super publiczność. To nie jest wyłącznie kurtuazja w stosunku do mojego rodzinnego miasta. Fani licznie pojawiali się nawet w poniedziałki, kiedy rozpoczynaliśmy turniej, a nie było jeszcze w planie meczów tych najbardziej oczekiwanych nazwisk. Już w drugim roku challengera postanowiliśmy dostawić tymczasowe trybuny na 2 tysiące miejsc. Założyłem się z kolegą o butelkę whisky, że nie uda się ich zapełnić. Przegrałem, i to był najprzyjemniejszy przegrany zakład w moim życiu. Z czasem wprowadziliśmy wieczorne sesje przy sztucznym oświetleniu. Mecze zaczynają się o godz. 19 i nie muszę mówić, że każde miejsce jest zajęte. Szpilki nie można wcisnąć. Warto podkreślić, że obecnie pojedynki może oglądać 3,5 tysiąca osób.

Turniej w Szczecinie to bez wątpienia także indywidualności i to nie tylko te sportowe, które pojawiały się podczas challengera. Kogo szczególnie Pan zapamiętał?

– Ten pierwszy raz zawsze się pamięta (uśmiech). Mam niezwykłe wspomnienia z inauguracyjnej imprezy z 1996 roku. Na liście startowej pojawiło się nazwisko Jimy Szymanski. Tenisista z Wenezueli podbił serce publiczności, szczególnie pań. Jak samo nazwisko wskazuje, jego przodkowie byli Polakami, ale był to również niezwykle ujmujący i przystojny facet. A kiedy zagrał, na dodatek nienagannie, utwór Chopina na fortepianie, został osobowością turnieju. Dziewczyny po każdym jego meczu wyrywały sobie ręczniki, żeby zdobyć choć jedną kroplę jego potu. W kolejnych latach przyjeżdżali do Szczecina tenisiści, którzy mieli wielkie nazwiska, a splot życiowych okoliczności sprawił, że odbudowywali formę podczas naszego turnieju, bądź dopiero rozpoczynali marsz w górę rankingu ATP. Mieliśmy możliwość podziwiać Hiszpana Juana Carlosa Ferrero, który w swojej karierze ma triumf na kortach Rolanda Garrosa, Staną Warinkę, Gaela Monfilsa czy Davida Ferera. Turniej wygrywali Nikolay Davidienko, Nicolas Massu i Pablo Cuevas. Bezwzględnie świetnym finałem był ten z 2017 roku. To chyba mój ukochany mecz o tytuł, jaki widziałem. Richard Gasquet pokonał w nim Floriana Mayera z Niemiec. Francuz otrzymał od nas w ostatniej chwili „dziką kartę”, po odpadnięciu z US Open. Na decydującym pojedynku była w loży VIP wiceprezes ATP, która przyjechała do Europy ze Stanów. Było tylu chętnych do obejrzenia tego spotkania, że zabrakło nawet miejsc stojących. Szkoda, że nigdy w finale singla nie zobaczyliśmy Polaków. Najwyżej, bo do półfinałów, dotarli Łukasz Kubot i Jerzy Janowicz. Dużo lepiej biało-czerwoni prezentowali się w rywalizacji deblistów. Trzy razy triumfowali na kortach przy Wojska Polskiego Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski. No i piękny moment, kiedy popularny „Frytka” postanowił zakończyć karierę tenisową na naszym obiekcie.

Bardzo się rozgadałem, ale ostrzegałem (śmiech). Muszę wspomnieć jednak o jeszcze jednej wizycie ważnego gościa. Wraz z tatą przyjechała do Polski Karolina Woźniacka, która w 2011 roku była u szczytu kariery (nr 1 WTA). Udało się namówić Dunkę, żeby odwiedziła też Szczecin. Miałem dobre relacje ze współwłaścicielem sieci Netto, która należy do duńskich biznesmenów. Namówiłem kolegę, żeby zasponsorował pobyt Karoliny. Udało się. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy na spotkanie z fotoreporterami tenisistka przyszła w żółtej koszulce, czyli w barwach sieci Netto. Kochana dziewczyna…

Pekao Szczecin Open stał się nie tylko ważnym wydarzeniem sportowym, ale także kulturalnym i biznesowym.

– W pierwszych edycjach challengera te proporcje określiłbym następująco: tenis 80 procent i reszta 20 procent Obecnie kształtuje się to zupełnie inaczej: 40 procent tenis, 60 procent biznes i pozostałe elementy, w tym tak ważna dla mnie część artystyczna. Turniej tenisowy artystów to obowiązkowy akcent, podobnie jak wieczorne koncerty. W pamięci utkwił mi recital Grzegorza Turnau, który po jego zakończeniu rozlewał gościom wino z winnicy Turnau. Nasz turniej to w dużej mierze popularne miejsce spotkań ważnych ludzi, polityków, samorządowców, biznesmenów. Dwa nazwiska muszą paść w tym miejscu. Bardzo nam pomógł w rozwinięciu biznesowej części tego projektu były premier i prezes Banku Pekao SA Jan Krzysztof Bielecki. Nie sposób nie powiedzieć też o wielkim wsparciu miasta Szczecin i prezydenta Piotra Krzystka, który sam jest wielkim miłośnikiem tenisa.

Czy dla Pana i współpracowników najbardziej wzruszające momenty w zawodowym życiu to te, kiedy dostaliście informację, że turniej Pekao Szczecin Open został wybrany najlepszym challengerem świata?

– Myślę, że tak. Tę nagrodę otrzymaliśmy trzykrotnie. W roku 2002, 2016 i 2019. Za każdym razem człowiek się wzruszał, bo to wyróżnienie przyznaje środowisko, tenisiści. To wielka sprawa. Za pierwszym razem pojechaliśmy do Paryża. Wielka uroczystość w hali Bercy, gdzie rozgrywany był turniej ATP 1000. Nagrodę wręczali nam Andy Roddick i Gustavo Kuerten, a brawa dostaliśmy m.in. od Federera, Safina, Kafelnikova. Szkoda, że w ubiegłym roku ze względu na pandemię nie mogliśmy brać udziału w podobnej uroczystości.

Agencja „BONO”, której jest Pan współwłaścicielem, organizuje wiele imprez, nie tylko sportowych.

– Działam wspólnie z żoną Agnieszką, bez której trudno byłoby to wszystko ogarnąć i spiąć. Kilka lat temu dołączył do zespołu syn Kacper. Zacznę od tenisa. Od dwóch lat organizujemy wspólnie z Polskim Związkiem Tenisowym cykl turniejów LOTOS PZT Polish Tour. To dobra promocja dyscypliny, ale przede wszystkim możliwość pokazania i konfrontacji młodych polskich zawodników z reprezentantami innych krajów. W tym roku w ramach cyklu jest przewidzianych aż 13 turniejów. Tak przygotowujemy też eventy artystyczne. Ostatnio wspieraliśmy Radka Bieleckiego z Kabaretu Neo-Nówka w przygotowaniu Zimowych Mistrzostw Polski Artystów w tenisie. Byliśmy też głównymi organizatorami Mistrzostw Europy w Pływaniu i w Kolarstwie Torowym. Działamy na wielu polach.

Z żoną Agnieszką i z nagrodą za organizację najlepszego challengera na świecie.

Słyszałem, że powoli tenis zaczyna wypierać golf. Czy to prawda?

(śmiech) – Nie do końca. Prawdą jest, że mój syn zaszczepił we mnie zainteresowanie tą dyscypliną sportu. Nie ukrywam też, że coraz częściej jestem gościem na polu golfowym. Nie uciekamy jednak także od rodzinnego debla na korcie. No i w końcu muszę się zabrać za kompleksowe posegregowanie moich zbiorów tenisowych: mam ponad 120 książek o tej tematyce w języku polskim i ponad 200 drewnianych rakiet. Żona nie daje mi spokoju w tym temacie i pyta: Kiedy zrobisz z tym porządek?

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

Hubert Hurkacz w IV rundzie French Open!

Hubert Hurkacz odniósł kolejne ważne zwycięstwo w swojej karierze. W III rundzie tegorocznych zmagań w paryskim wielkoszlemowym Roland Garros reprezentant Polski pokonał Davida Goffina 7:5,