Rafał Sonik. Tenis jak Dakar

Iga Świątek i Rafał Sonik. Fot. Archiwum prywatne R. Sonik

Jest legendą polskiego motorsportu, przedsiębiorcą z wizją i aktywnym filantropem, a bardziej działaczem społecznym. Rafał Sonik to jeden z najbardziej utytułowanych kierowców rajdów terenowych na świecie. W historii motorsportu zapisał się przede wszystkim jako triumfator Rajdu Dakar w kategorii quadów oraz dziewięciokrotny zdobywca Pucharu Świata FIM. Krakowianin nie lubi nazywać siebie biznesmenem, a „organicznym przedsiębiorcą”. Wierzy, że jego działalność w roli prezesa Gemini Holding nie jest nakierowana wyłącznie na zysk, a skupia się przede wszystkim na tworzeniu, rozwoju i pracy z ludźmi oraz dla ludzi. Jak sam często podkreśla, otrzymał wielki dar od losu, ponieważ może pozwolić sobie na realizacje swoich pasji. Dlatego chce się tym przywilejem dzielić z innymi. Rafał Sonik angażuje się w inicjatywy, wspierające m.in. dzieci i młodzież potrzebującą wsparcia, młodych sportowców oraz uczestników projektów edukacyjnych i społecznych, jak np. „Wielka Wyprawa Maluchów dla Dzieci” czy Fundacja #DobryHasztag.

Jednak rajdy, biznes i filantropia to nie wszystko. Rafał Sonik już od dzieciństwa jest związany również z tenisem, ale zaznacza: – Jakby mnie zapytano, czy uważam się za eksperta, odpowiem od razu i z góry, że nie. Oczywiście nie uważam się za kompletnego laika, bo to nie jest tylko kwestia tego, że wiem, co to jest drop shot czy passing shot. Sądzę, że potrafię rozeznać pewnie dużo rzeczy.

„Nie ma, nie ma wody na pustyni”. Tak, Rajd Dakar przypomina nam jak odmienny klimat i osobliwości przyrody znajdujemy na co dzień w Bukowej Ostoi Nakielno (koło Wałcza). Przede wszystkim malownicze jezioro, kojącą oczy zieleń i niesamowicie rześkie powietrze: https://bukowa-ostoja-nakielno.pl/

. Zapraszamy: I od razu dodaje: – Znowu to mnie nie czyni ekspertem, ale na pewno z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem pasjonatem tenisa na ćwierć etatu. A może nawet nie na ćwierć etatu, tylko na ćwierć gwizdka. Tak, jestem pasjonatem tenisa na ćwierć gwizdka, bo na pełny gwizdek? To by oznaczało, że prawie niczym innym nie żyję – mówi z uśmiechem.

– Tenis ustawiał mi życie. Właściwie wszędzie jeździłem z rakietą - mówi Rafał Sonik. Fot. Archiwum prywatne R. Sonik
– Tenis ustawiał mi życie. Właściwie wszędzie jeździłem z rakietą – mówi Rafał Sonik. Fot. Archiwum prywatne R. Sonik

Choć był taki czas. Lata młodości Rafała Sonika były związane z ogromną pasją do tenisa. – Tenis ustawiał mi życie. Właściwie wszędzie jeździłem z rakietą. Zabierałem ją, gdziekolwiek tylko były korty. Grywałem, kiedy tylko znajdowała się na to okazja – mówi i wspomina, że jako nastolatek pomagał również w przygotowywaniu kortów zewnętrznych do sezonu letniego w zamian za dostęp do nich w postaci całorocznego karnetu: – Karnet miał ograniczenia, ale niewielkie i dzięki temu mogłem grać. A ponieważ byłem w wieku 13, 14, 15 lat i czułem, że to jest też dobra szkoła życia, robiłem to tym chętniej. A teraz to tenis jest dla mnie raczej marzeniem. Dzisiaj to dobra inspiracja, natchnienie do porannych, popołudniowych i wieczornych wizualizacji. A ponieważ urodził mi się cztery i pół miesiąca temu synek, nie wstałbym rano i nie poszedłbym specjalnie przed pracą na korty. Kiedy on wstaje o szóstej rano, to od 6:30 do 8:30 mamy swój czas. Tak jest i to jest oczywisty wybór – mówi Rafał Sonik.

O złamanej rakiecie na pierwszym treningu

Historia pasji do tenisa Rafała Sonika rozpoczęła się dość nietypowo. Na swojej pierwszej lekcji jego rakieta została połamana. Można byłoby zatem pomyśleć, że jego przygoda tenisowa rozpoczęła się bardzo burzliwie… Rafał Sonik tłumaczy to ze śmiechem: – Miałem osiem, może dziewięć lat. To był taki moment, że jako chłopiec miałem rakietki do badmintona, a nie miałem do tenisa. Wtedy myślałem, że da się grać w tenisa rakietą do badmintona…

– Żadna rakietka do badmintona nie wytrzyma piłki tenisowej i to jest oczywiste, ale ja tak bardzo nie mogłem się doczekać na pierwszą prawdziwą rakietę tenisową… Wtedy już mi było obojętne – byle czym, byle grać! – śmieje się, dodając, że rakieta do badmintona wytrzymała wtedy tylko jedno uderzenie. – Jeden forhend i koniec, po rakiecie – podsumowuje rozbawiony Rafał Sonik.

Swoje tenisowe początki wspomina bardzo pozytywnie: – Mam ogromny sentyment do tego miejsca i ludzi, których tam poznałem. Pamiętam, że kort tenisowy zrobiliśmy z boiska do siatkówki. Były słupki, a nie było siatki, więc użyliśmy wtedy taśmy krawieckiej. Namalowaliśmy linie na płytach chodnikowych. One były przerośnięte trawą, więc musieliśmy ją też wypielić. Pamiętam, że jak ta piłka odbijała się od krawędzi płyty chodnikowej, to leciała, jak chciała. Wtedy punkt był niezaliczony i trzeba było go powtarzać.

– Ale i tak był to ogromny przywilej, bo to były same początki! – podkreśla i dodaje, że pierwszym meczem tenisa, jaki oglądał życiu, jeszcze na biało-czarnym ekranie telewizora,  był mecz Wojciech Fibak – Jacek Niedźwiedzki w 1975 roku.

Ten okres był czasem przepełnionym ogromną pasją do tenisa.

O sztuce umiejętności powstrzymywania się

A jak wygląda relacja Rafała Sonika z tenisem po latach startowania w rajdach terenowych? Sportowiec pokazuje swoje prawe przedramię: – Tu mam 13 śrub i blachę w prawym nadgarstku. Poza tym mam złamany wyrostek rylcowaty, postawiony na łuku. Jednak mimo to mam stół do tenisa stołowego w domu i jakoś udało mi się w miarę utrzymać precyzję. Całe przedramię i nadgarstek były zniszczone, a ja przecież jestem praworęczny. O dziwo, na korcie jest mi minimalnie prościej niż w tenisie stołowym, dlatego że jest większa dynamika i trochę więcej siły niż w grze przy stole. Z kolei w tenisie stołowym jest jeszcze większa precyzja – mikrokąty. Ale problemem jest to, że ja nie potrafię robić rzeczy na pół gwizdka. Kiedy gram, to gram za mocno, czyli trzeba mnie powstrzymywać.

 
Rafał Sonik to jeden z najbardziej utytułowanych kierowców rajdów terenowych na świecie. Fot. Archiwum prywatne R. Sonik

Były kierowca rajdowy dostrzega podobieństwo tenisa do świata rajdów: – Widzę punkty wspólne z Dakarem i z rajdami nawigacyjnymi. Nie da się jechać na maksymalnym gazie pierwszy raz w nowym terenie. Trzeba by było przejechać dany odcinek trzy, cztery czy pięć razy, żeby dopiero uzyskać maksymalne możliwe tempo. Natomiast gdy jadę na nawigacji i pierwszy raz widzę zakręt, to nie wiem, jaki on będzie. A to oznacza, że trzeba się powstrzymywać.

Rafał Sonik tłumaczy, że Dakar również pod tym względem jest jak życie: – Sztuką jest umiejętność powstrzymywania się. Tam umiałem się powstrzymywać, choć oczywiście nie zawsze. Czasami ta granica jest bardzo płynna i trudno ją zdefiniować i umieć ją idealnie zachować, bo emocja i sportowa zawziętość każą jechać szybciej…

– Jednak w tenisie jest to dla mnie dużo trudniejsze i to trener wciąż musi mi przypominać: „Graj spokojniej, graj lżej”. A już najwięcej dyscypliny wymaga ode mnie gra na małe karo! Wtedy trzeba o wiele więcej cierpliwości niż siły – dodaje z uśmiechem.

Pojedynki z dyrektorem

Tenisowe wspomnienia Rafała Sonika przeplatają się również z czasem przepełnionym tenisem stołowym. Mimo tego, że w młodych latach rywalizował w turniejach tenisa ziemnego, dużo bardziej zapadły mu w pamięci wspomnienia konkretnych meczów w tenisie stołowym.

– Byłem jedynym w szkole średniej zawodnikiem, który mógł konkurować z dyrektorem szkoły, który był byłym zawodnikiem. A ponieważ to był okres stanu wojennego, w związku z tym mieliśmy dyrektora, który był komisarycznym dyrektorem, czyli narzuconym przez ówczesną władzę. Ja byłem delegatem samorządu uczniowskiego do gier z dyrektorem i kiedy wygrywałem, to mieliśmy prawo weta i prawo głosu. Z kolei kiedy przegrywałem, to nie mieliśmy ani prawa weta, ani prawa głosu. Tylko prawo litości – wspomina Sonik.

Tenis stołowy w życiu Rafała Sonika mógł wiązać się ze sporym obciążeniem psychicznym. Mówi o tym, że cała szkolna społeczność z samorządem uczniowskim zawsze czekała na wynik meczu, co powodowało dużą presję, by wygrać.

– Musiałem się naprawdę nagimnastykować, żeby z dyrektorem wygrać, bo był doskonałym pingpongistą. A odpowiedzialność była ogromna i to chyba też mi trochę przysłoniło te turnieje tenisowe. W tenisie stołowym brałem odpowiedzialność, a w tenisie ziemnym raczej przyjemność albo porażkę. Albo przyjemność zwycięstwa, albo gorycz porażki – podsumowuje.

Tenis jest jak język polski

Tenis przez wielu jest uważany za jeden z najtrudniejszych sportów na świecie. Rafał Sonik dokonuje w tym temacie ciekawego porównania: – Tenis dla wszystkich adeptów jest trochę jak język polski dla obcokrajowców. Nam, Polakom, polski wydaje się łatwym językiem, bo przecież operujemy nim od urodzenia. A później, gdy przyjeżdża obcokrajowiec, słyszymy: „O rany, co to za język? Jak się tego języka nauczyć?”.  A z tym językiem jest jak z tenisem – osoby obdarzone predyspozycjami nauczą się go nie tyle łatwiej, co przyjemniej, bo im szybciej zacznie wychodzić. Z kolei osoby, które nie mają predyspozycji, będą się mozolić.

Jest legendą polskiego motorsportu, przedsiębiorcą z wizją i aktywnym filantropem, a bardziej działaczem społecznym. Fot. Archiwum prywatne R. Sonik
Jest legendą polskiego motorsportu, przedsiębiorcą z wizją i aktywnym filantropem, a bardziej działaczem społecznym. Fot. Archiwum prywatne R. Sonik

Rafał Sonik uważa, że szybkość postępów w tenisie będzie zależna między innymi od predyspozycji do tego sportu: – Jak zaczynasz grać w tenisa i jesteś utalentowany akurat do tej dyscypliny, to dość szybko tenis zacznie ci sprawiać przyjemność. Natomiast jeżeli bardzo trudno przychodzi ci postęp, to najprawdopodobniej nie masz akurat predyspozycji do tej dyscypliny. Nie martw się tym, to żadna wada. Po prostu każdy z nas ma inne predyspozycje.

Dlatego radzi, by takie osoby miały świadomość tego, że postępy mogą przychodzić im po prostu wolniej. Podpowiada, by trenowały, jeśli są zdeterminowane, a jeśli cierpliwość na to nie pozwala, by po prostu zmieniły dyscyplinę.

Zwraca uwagę na ograniczenia, z których możemy nawet nie zdawać sobie sprawy: – Mój tenis nigdy nie był wybitny. Zresztą dużo później się okazało, dlaczego. Wiele lat po tym, jak przestałem próbować grać ambitnie czy wręcz zawodniczo w tenisa, poddałem wzrok badaniu i okazało się, że mam krótkowzroczność. To było coś, czego w ogóle nie byłem świadom. Byłem pewien, że mam sokoli wzrok, a jednak okazało się, że miałem krótkowzroczność od dziecka. Po prostu zdolności akomodacyjne oka, czyli zdolność kompensacji wady wzroku przez młodą gałkę oczną, maleją z czasem. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że widzę moment odejścia piłki z rakiety przeciwnika o ułamek sekundy później. Ułamek sekundy później widziałem, jaka rotacja jest nadana i jaki kierunek jest nadany. Później mogłem zareagować ze względu na to, że wzrok powodował, że ja dopiero po wyjściu piłki z rakiety widziałem dokładną rotację i to wszystko, co zawodnik musi nawet antycypować z ruchu przeciwnika. No, ale w latach 70. i na początku 80. nikomu nie przyszło do głowy, żeby 12- czy 15-latkowi badać wzrok. To nie była duża różnica, ale na tyle wystarczająca, żeby permanentnie się spóźniać.

Zwraca również uwagę na znaczącą w sporcie rolę budowy ciała. – Doszedł do tego jeszcze mój specyficzny rozwój. Mam relatywnie długie nogi, które dość szybko w młodym wieku zaczęły mi się wydłużać, a relatywnie mam krótki korpus. Wtedy brak postępów czy spowolnienie postępów, okupione dużą pracą, było przypisywane temu, że mam nieproporcjonalnie długie nogi. Jak już się rozpędzę, to jestem szybki, ale nie mam tego błyskawicznego startu, który miałby ktoś o krótszych nogach w stosunku do tułowia – zauważa.

Dokonuje w tym temacie ciekawego porównania: – To jest trochę jak w samochodzie. Kiedy zakładamy małe koło, to moment obrotowy tego samego silnika rośnie.  Koło dostaje natychmiastowego przyspieszenia, jednak nie ma top speedu. A z kolei jak jest duże koło, to ono ma o wiele słabsze przyspieszenie w momencie startu i przyspieszania, ale o wiele większy top speed. Czyli coś za coś.

Zwraca uwagę na to, jak ważne jest uświadomienie we wczesnym wieku swoich predyspozycji: – Najpierw nie wiedziałem, jakie mam cechy, no bo któż badał te cechy w latach 70.?! To były nieliczne przypadki, kiedy trenerzy – zazwyczaj w sportach o wielkich tradycjach – mieli jakąś umiejętność selekcji. A zdarzało się, że na przykład dobry koszykarz okazywał się jeszcze lepszym zapaśnikiem. Nie było wielu wyszkolonych ludzi, którzy potrafili określić i zbadać predyspozycje do określonych dziedzin sportu. No i teraz ja – miałem długie nogi, czyli miałem super top speed, później doszła moja naturalna wrodzona wytrzymałość, która powodowała, że każdy długi dystans był dla mnie lepszy niż krótki. Może gdyby wtedy ktoś mnie badał i określał predyspozycje do konkretnych dziedzin sportu, to zostałbym maratończykiem, biegaczem? Ale nie tenisistą.

Rafał Sonik swoje lata tenisowe podsumowuje jako cudowne wspomnienia, jednak mówi również o tym, że czuje pewien niedosyt, że nie osiągnął w tenisie więcej. A czy jest coś, czego w tenisie brakuje mu teraz? – Jeżeli dziś miałbym powiedzieć, czego mi w tenisie brakuje, to powiedziałbym – czasu. Grywam rzadko, a chętniej grywałbym częściej. Tak sobie po cichu myślę, co by tu z kalendarza ewentualnie usunąć, by grać częściej i mieć z tego jeszcze większą przyjemność. A z kolei jak przegiąłem rok temu, to ze dwa miesiące czułem bark i czuję to jeszcze trochę do dzisiaj, bo kiedy człowiek ma mało czasu, to z czego najczęściej rezygnuje? – pyta i sam odpowiada ze śmiechem: – Z rozgrzewki.

– A z tego nie wolno rezygnować. Ani z rozgrzewki, ani z rozciągania. To już lepiej podczas rozgrzewki czy podczas rozciągania słuchać podcastu, jakiegoś audiobooka, bo jeśli się ma rutynę rozgrzewkową, to nie wymaga to takiego totalnego skupienia i wtedy można ten czas trochę odzyskiwać – dodaje Rafał Sonik.

Rajdy długodystansowe a tenis

Rafał Sonik dostrzega pewne podobieństwa w świecie tenisa i świecie rajdów długodystansowych. – Oczywiście to się bardzo zazębia. To mimo wszystko są bardzo komplementarne, podobne dziedziny. Na przykład to, że grając w tenisa trzeba brać pod uwagę wiele różnych czynników. Te oczywiste to te, które widać – na przykład nawierzchnia kortu. W przypadku kortów wrażliwych na wilgoć – wilgotność kortu, wiatr, temperatura, wilgotność powietrza. To są te rzeczy, które najłatwiej można rozpoznać, prawda? Ale do tego dochodzi własna dyspozycja. Wszyscy rozumiemy, że jest coś takiego jak biorytm człowieka. U kobiet to w ogóle oczywiste. U mężczyzn jednak też działa. Więc zdecydowanie pierwszą rzeczą, którą bym wymienił, która upodabnia nasze rajdy długodystansowe do tenisa, jest to, że bardzo wiele czynników trzeba brać pod uwagę. Tych, które wpływają zarówno na taktykę, jak i bezpośrednio na zachowanie na trasie.

– Kolejne podobieństwa – wylicza Rafał Sonik – to, na przykład, konieczność adaptacji do różnych stref czasowych i stref pogodowych. Są starty w Brazylii, Argentynie, Chile, Peru, a później nagle Emiraty Arabskie lub Arabia Saudyjska. Dakar odbywa się w styczniu i dopóki był w Ameryce Południowej, to wyjeżdżaliśmy na Dakar w grudniu, kiedy w Polsce było już z reguły biało, a tam był szczyt lata i prawie 40 stopni.

Przy okazji Rafał Sonik wspomina: – Nigdy nie zapomnę, jak wysiadaliśmy z samolotu na lotnisko w Buenos Aires… Na wejściu uderzenie gorąca! W takich warunkach można się i tydzień aklimatyzować. A jeżeli ktoś ma słabe zdolności aklimatyzacyjne, to będzie wciąż czuł się jak w piekarniku – dodaje i zwraca uwagę na kolejny wspólny aspekt, na który zawodnicy powinni zwracać uwagę w każdym sporcie wyczynowym – na wysokości, które często dla zawodników pochodzących z nizin, przyzwyczajonych do innego składu powietrza, mogą stanowić sporą trudność.

Tenisiści, tak samo jak kierowcy rajdów dystansowych muszą zaadaptować się do wyższych wysokości, na których są rozgrywane niektóre turnieje tenisowe. Dlatego też m.in. uważa się, że turniej Mutua Madrid Open rangi ATP Masters 1000 oraz WTA 1000 to najszybszy kort ziemny w profesjonalnym tenisie. Choć nawierzchnia jest taka sama jak w innych turniejach na mączce, warunki w Madrycie znacząco zmieniają dynamikę gry. Najważniejszym czynnikiem jest właśnie wysokość nad poziomem morza. Madryt leży około 650 metrów n.p.m., co oznacza rzadsze powietrze i mniejszy opór aerodynamiczny. W takich warunkach piłka leci szybciej i traci mniej prędkości, dlatego serwis jest bardziej skuteczny, a wymiany często krótsze niż na innych kortach ziemnych.

Kolejną ważną kwestią w tenisie wyczynowym, tak samo jak w świecie rajdów, jest dobór osób w teamie zawodnika. – To ogromne podobieństwo. Dobór teamu, w którym jest często od kilkunastu do nawet trzydziestu osób, ma ogromne znaczenie, a odpowiedzialność każdego z nich jest ogromna.

Wskazuje jednak na osobę w swoim Teamie, na której spoczywała największa odpowiedzialność. – W naszych zawodach taką osobą w centrum Teamu jest oczywiście mechanik. No bo najdrobniejszy błąd mechanika skazuje zawodnika na kolosalne ryzyka. Często powtarzam, że mamy mniej więcej 1600 elementów zakręcanych w pojeździe. Jeżeli jedna ze śrubek zostanie przekręcona o pół obrotu, nawet o jedną czwartą, to ona pęknie w trakcie jazdy. A jeżeli nie zostanie dokręcona, o jedną czwartą obrotu za lekko, to się rozkręci. No i teraz proszę sobie wyobrazić, jak ogromna odpowiedzialność spoczywa na mechaniku, który pracuje głównie w nocy. To może być różnica, bo jak rozumiem, tenisista nie ma tego typu wyzwania – tenisista dostaje rakiety, sprawdza te rakiety, dostaje buty, strój i musi sobie z tym radzić.

– Jeśli mówimy o pozostałych członkach teamu, to odpowiedzialność jest bardzo podobna. Znaczenie doboru tych ludzi też. Proszę zwrócić uwagę, że drużyna danego zawodnika czy zawodniczki spędza ze sobą większość roku w Tourze. Więc ogromne znaczenie ma nie tylko ich poczucie odpowiedzialności, ale i osobisty challenge. Niemniejsze znaczenie mają relacje. I tu, nawet jeśli tenisista nie ma mechanika, bo sprzęt jest przygotowywany w zupełnie innym algorytmie niż pojazd i sprzęt do ścigania się, to jednak relacje w teamie mają identycznie ważne znaczenie – to czy ludzie się wzajemnie wspierają i to, czy ludzie się darzą zaufaniem, szacunkiem, czy uznają proporcjonalnie wspólne wyzwanie za ich osobiste wyzwanie. To w znakomitym stopniu wpływa na wynik i na atmosferę, która z kolei wpływa na spokój psychiczny zawodnika na korcie. Dokładnie to samo jest z zawodnikiem w cross country. Był nawet taki sławny przypadek Argentyńczyka, który bardzo pokłócił się z pilotem. Wtedy pilot wysiadł na pustyni z samochodu i powiedział, że nie będzie jechał dalej. Finalnie musieli się wycofać, bo nie wolno zawodnikowi jechać samemu – wyjaśnia Rafał Sonik.

O poezji jednoręcznego bekhendu i dziesięciu godzinach ze Steffi Graf

Kto swoim tenisem imponował Rafałowi Sonikowi na początku jego przygody z tenisem?

– W młodości oczywiście Björn Borg, później Stefan Edberg, później Boris Becker, Steffi Graf. Jednak był taki fenomenalny zawodnik, którego bekhend mam przed oczami. Zamykam oczy i widzę jego wyjątkowy, jednoręczny bekhend. To był Gustavo Kuerten. Były zawodniczki, których nie można byłoby zignorować. No bo jak można zignorować choćby Gabrielę Sabatini, czy później siostry Williams? Oczywiście był też Wojciech Fibak, była Agnieszka Radwańska. Jednak te bekhendy Gustavo Kuertena… Ja wiem, że dzisiaj to może wyglądać anachronicznie, ale wtedy to był balet. To był rodzaj artyzmu. Jego liftowany backhand był poezją. Miał tak piękny backhand, że można było patrzeć i się zachwycać…

W pamięci jednak najbardziej utkwiło mu wspomnienie z jedną z najwybitniejszych zawodniczek w historii tenisa – Steffi Graf: – Leciałem kiedyś do Stanów ze Steffi. Przegadaliśmy 10 godzin, w zasadzie non stop. To było jeszcze, zanim się związała z Andre Agassim, albo jeszcze zanim związek ich był oficjalny. Leciałem ze Steffi Graf, i to muszę przyznać, było to 10 godzin z czołową zawodniczką tenisową na świecie. To to musi być uczta! I była.

O stawianiu celów sportowych

A co Rafał Sonik ma do powiedzenia pasjonatom tenisa? Jakie cele powinni sobie stawiać sportowcy marzący o sukcesie? Jak odnaleźć motywację w całym procesie treningowym? Rafał Sonik odpowiada: – Dopiero w dojrzałym wieku i w okolicznościach najdłuższych i najtrudniejszych rajdów na świecie przekonałem się o tym, co w zasadzie możemy wiedzieć z przekazu, a dopóki sami tego nie doświadczymy, to bardzo często w to nie wierzymy. Jest kilka horyzontów naszych możliwości. Nie jeden. To, co nam się wydaje horyzontem naszych możliwości, jest tylko etapem. Dopiero ze szczytu najlepiej widać kolejne szczyty do zdobycia. Niby trywialne, ale bardzo dobrze oddające również inne dyscypliny sportu. To znaczy: Postaw sobie cele, które wydają ci się realne.

– Za każdym razem, kiedy uda ci się ten cel osiągnąć, popatrz jaki może być ten następny. Nie musi być „x-razy” bardziej ambitny. Może być troszkę bardziej ambitny i znów powtarzaj ten sam proces. Dlaczego? Bo naprawdę bardzo często było tak, że ledwo, ledwo dojeżdżałem do jakiegoś horyzontu, a tam za każdym razem otwierał się nowy rozdział. To, co dzisiaj nam się wydaje metą, staje się metą i startem kolejnego etapu jednocześnie. Nasza wytrzymałość fizyczna, psychiczna, mentalna jest dużo większa niż nam się wydaje. Przed startem w pierwszym Dakarze nigdy nie przejechałem więcej niż 300 km jednego dnia, bo nie było gdzie, a tam miałem od 600 do 900 km dziennie. Był nawet etap, że przejechaliśmy 1026 km. Wszystkie przejechałem – dodaje i mówi, że warunkiem jest pasja, determinacja, odpowiednia regeneracja i refleksja.

– Życie zawsze jest sinusoidą, zawsze. Nie znam przypadku życia, które byłoby pasmem samych sukcesów. Z reguły to się okazuje fikcją czy narracją. I to jest okej. Dlatego, że wtedy się docenia to, co przychodzi dobrego. W każdym ujęciu, a jest ich wiele. I w ujęciu wysokości, bo dopiero ze szczytu najlepiej widać inne szczyty do zdobycia, odległości, wytrzymałości. Z każdej z tych perspektyw stać nas na o wiele więcej. Tylko nie powinniśmy się na początku przebodźcowywać, a iść etapami. Ktoś zapyta, jak można sobie wyobrazić, że jesteś 15 dni od świtu do nocy na quadzie? Nigdy nie patrzyłem na odległości. 800, 900 czy 1000 km to są dla mnie tylko cyferki, które przekładałem sobie zawsze na dni i rajdy nigdy mi się nie dłużyły. Większość z nas mówi: „Oo, życie tak szybko mija”, prawda? No to jeśli jeden dzień czy jeden tydzień jest tylko malutkim fragmentem życia, to przecież on nie może być długi. Choćbym miał nie wiem, ile kilometrów danego dnia do przejechania, to ja patrzę na kilometry jak na cyferki w notebooku, które muszę znać, żeby prawidłowo nawigować, tankować, jeść, pić, żeby odpowiednio się przygotować itd. Ale na tym koniec. To jest jeden krótki dzień – podsumowuje z uśmiechem Rafał Sonik.

Autorka Weronika Mądrzecka (wcześniej Krupko) jest licencjonowaną trenerką tenisa ziemnego i studentką prawa w Poznaniu. E-mail: weronikakrupko@gmail.com. Instagram: weronikakrupko
Fot. Archiwum prywatne R. Sonik

Udostępnij:

Facebook
Twitter