Nowości

Wojciech Smorawiński junior: Sport jest częścią mojego życia

dnia

Z Wojciechem Smorawińskim juniorem, członkiem Zarządu firmy BMW Smorawiński, o sportowych pasjach, miłości do motoryzacji wyssanej z mlekiem matki, o tym, jak w jego żyłach płynie… benzyna, a także o czterech generacjach znanej poznańskiej rodziny rozmawia Maciej Łosiak.

Z Wojciechem Smorawińskim juniorem spotykam się w jego gabinecie, który znajduje się w głównej siedzibie firmy przy ul. Obornickiej w Poznaniu. Jedną z pierwszych rzeczy, które zwracają uwagę przy wejściu, to kilkadziesiąt pucharów. Wszystkie związane są z sukcesami w wyścigach samochodowych. Spotkania nie sposób nie zacząć od pytań dotyczących sportu, bo patrząc nie tylko na puchary, ale także na sylwetkę rozmówcy widać, że aktywność fizyczna jest jednym z ważnych elementów w jego życiu…

To, że sport jest istotny w Pana życiu widać już na pierwszy rzut oka. Najbardziej ulubione dyscypliny?

– Miłość do motoryzacji i wyścigów samochodowych wyssałem z mlekiem matki. W moich żyłach płynie benzyna (śmiech). A mówiąc już bardziej poważnie… W ogromnym stopniu wpływ na zainteresowania, które rodziły się u mnie, kiedy byłem młodym człowiekiem, mieli najbliżsi. Dziadek Adam był w latach 70. ubiegłego wieku fabrycznym kierowcą BMW, co w ówczesnym ustroju panującym w Polsce samo w sobie było czymś niezwykłym. Potem przesiadł się do Porsche 911. Siedem razy startował w Rajdzie Monte Carlo. Z kolei mój tata Wojciech rywalizował przez wiele lat w Wyścigach Samochodowych Mistrzostw Polski. Wpierw za kierownicą Fiata 126 p, następnie Hondy CRX i BMW M3 E30, zdobywając aż 15 tytułów Mistrza Polski. Wraz z bratem Tomaszem od najmłodszych lat jeździliśmy z tatą po kraju i dopingowaliśmy go podczas startów. Nic dziwnego, że wyścigi pochłonęły nas całkowicie. Będąc dorosły ścigałem się na trasach Super OS-ów, Power Stage Bednary, by finalnie wystartować w Mistrzostwach Polski na Torze Poznań. Jeździłem kultowym modelem BMW E30, a następnie BMW E36. Wyścigi to wielka adrenalina i coś czego nie da się porównać z niczym innym.

Zdecydował się Pan jednak w ostatnim czasie podjąć kolejne sportowe wyzwanie…

– Od półtora roku trenuję triathlon i stawiam przed sobą nowe cele. Ten etap sportowego życia zaczynałem od biegania. Pokonałem dwa maratony, na koncie mam także półmaratony. Żeby urozmaicić sobie monotonię biegania dodałem rower, a namówił mnie do tego sąsiad. Następnym naturalnym etapem było kupno pianki i rozpoczęcie treningów pływackich. I tak płynnie przeszedłem do triathlonu. W 2019 roku ukończyłem m. in. połówkę Iron Mana w Malborku, w 2020 roku planuję udział w dwóch imprezach na tym samym dystansie. Natomiast w 2021 chciałbym rywalizować już w pełnym Iron Manie (3,86 km pływania, 180,2 km jazdy rowerem, 42,195 km biegu, maraton – przyp. red.). Start w takich zawodach musi być podparty systematyczną, ciężką pracą. Trenuję trzy do pięciu razy w tygodniu.

A tenis. Jak ważny był, a może wciąż jest, dla Pana?

– Z kilku powodów tenis to istotna część mojej sportowej biografii (uśmiech). Ale zacznę od początku. Będąc jeszcze w szkole podstawowej, a następnie w liceum, próbowałem wielu sportów, np. grałem w piłkę nożną, koszykówkę czy też w tenisa, który w pewnym momencie wysunął się na pierwszy plan. Oglądałem sporo pojedynków tenisowych podczas transmisji telewizyjnych. Poznałem legendarnego Henryka Golimowskiego, który był pracownikiem naszej firmy. To był także znakomity trener i to on zaszczepił we mnie miłość do tenisa. Wpierw polecił mi jako szkoleniowca Karola Przygodzkiego, a potem pan Henryk sam ze mną trenował, przygotowując do różnych amatorskich turniejów.
A co również bardzo istotne, entuzjastą tenisa jest mój tata, który, regularnie trenuje. Głównie z Jackiem Koczorowskim. W okresie jesienno-zimowym grają w Centrum Tenisowym Arena, a kiedy aura sprzyja, na korcie przy rodzinnym domu w Chybach. Chciałbym dodać, że z bratem Jacka, Maciejem Koczorowskim, spędziłem wiele godzin na korcie. Maciej jest stomatologiem i multimedalistą mistrzostw Polski i świata wśród lekarzy.

Udało się Panu zaszczepić sportowe zainteresowania swoim dzieciom?

– Trudno, żeby dzieci nie interesowały się tym, co robią ich najbliżsi. Starszy syn, 10-letni Antek, jak większość jego rówieśników uwielbia grać w piłkę nożną. Ale od jakiegoś czasu chętnie jeździ ze mną na wyścigi samochodowe i coraz częściej zadaje mi pytanie: Tato, kiedy kupisz mi karting? Wziął już kilka lekcji jazdy na torze w Skórzewie i widać, że kartingi coraz bardziej go wciągają. Młodszy, 5-letni Franek na razie przede wszystkim fascynuje się futbolem, ale lubi także chodzić na pływalnię. Całą naszą rodzinę łączą przede wszystkim narty. Wprawdzie w ubiegłym roku żona namówiła nas w grudniu na wyjazd do ciepłych krajów, ale w tym roku jedziemy poszusować. Tym bardziej, że rodzice małżonki również lubią narty.
Zaczynałem od nart, potem przyszła moda na snowboard, więc go spróbowałem. Jeździłem wiele lat na snowboardzie, jednak teraz uczę dzieci jazdy na nartach. Powróciłem więc do nart, bo łatwiej jest przekazać wiedzę. Nie ukrywam, że narty sprawiają mi więcej radości.

Nie przesadzę mówiąc, że bardzo duża grupa sympatyków motoryzacji w Polsce myśląc o BMW dodaje od razu nazwisko Smorawiński. Firma ma tradycje, renomę. Co się zmieniło w Państwa działalności od 1990 roku?

– Jak już wspomniałem firmę zakładał mój dziadek Adam. Pomagali mu w tym jego synowie Andrzej, to mój wujek i Wojciech, mój tata. Ciekawostką jest to, że gdy koncern BMW szukał w 1990 roku przedstawiciela marki w Polsce, to wśród chętnych oprócz nas był m.in. Sobiesław Zasada. Koniec końców my związaliśmy się z BMW, a pan Sobiesław z Mercedesem. Na przestrzeni prawie trzech dekad bardzo dużo się zmieniło. Obecnie jesteśmy autoryzowanym dealerem marki BMW i MINI w Poznaniu. Dodatkowo prowadzimy sprzedaż motocykli BMW Motorrad, bo motocykle to też taka nasza rodzinna pasja. Jako sieć BMW sprzedanych zostanie w tym roku ok 21 tysięcy aut tej marki, w tym około 20 tysięcy samochodów. Z czego nasza firma sprzeda ok. 700 aut BMW, ok. 110 MINI i ok. 80 motocykli.
Takie wyniki to nie tylko tendencja związana z faktem, że podnosi się stopa życiowa Polaków. Wpływ na to mają również zmiany dotyczące metod finansowania, które są zdecydowanie bardziej korzystne dla kupujących. Zmienia się też nasza mentalność. Wolimy jeździć autem, dwa, trzy no może cztery lata i przesiadamy się do nowego samochodu.
Nie sposób nie wspomnieć również o zmianach w Zarządzie firmy Smorawiński. Andrzej i Wojciech przekazali stery młodszemu pokoleniu. Prezesem Zarządu jest mój kuzyn Adam, a ja zasiadam w Zarządzie. Wprawdzie wujek i tata pojawiają się w firmie, jednak ma to związek z ich innymi biznesami. Jeśli chodzi o prowadzenie biznesu dealerskiego to z kuzynem mamy wolną rękę przy podejmowaniu decyzji. Wiadomo, koniec końców wynik musi się zgadzać.

Nie mam wątpliwości, że jeździ Pan samochodem marki BMW. Który model Pan preferuje?

– Każdy miłośnik BMW – a takim jestem także ja – znajdzie model dla siebie. Siadam za kierownicą różnych modeli, ponieważ muszę wiedzieć o nich wszystko. Najlepiej wszystkie systemy bezpieczeństwa, czy prowadzenie auta można sprawdzić w praktyce. Ale powiem tak: lubię samochody nisko osadzone, gdzie cztery litery są blisko ziemi. Od razu jednak zaznaczę, domyślając się pana kolejnego pytania, że sportowo, agresywnie jeżdżę wyłącznie na zamkniętych imprezach Power Stage Bednary lub podczas Super OES na Torze Poznań. Przesiadając się do „cywilnego” auta i jeżdżąc po publicznych drogach zdejmuję nogę z gazu.

Tworzycie Państwo wielopokoleniową rodzinę. Cztery generacje Smorawińskich to, jak przypuszczam, przynajmniej kilkanaście osób. Czy są okazję do wspólnych spotkań?

(śmiech) Rzadko. Zebrać wszystkich razem nie jest łatwo. Jednak przynajmniej raz w roku w okresie Świąt Bożego Narodzenia staramy się zorganizować taki zjazd. Rozmawiamy, wspominamy. To ważny moment dla każdego z nas…

BMW Smorawiński – geneza

Historia powstania firmy BMW Smorawiński mogłaby posłużyć do scenariusza ciekawego filmu, w którym głównym wątkiem byłyby oczywiście szybkie samochody. Zaczęło się od Adama Smorawińskiego (rocznik 1927), który w niesprzyjającym dla prywatnego biznesu PRL-u postanowił prowadzić własną działalność. Był m. in. właścicielem warsztatu mechanicznego, potem tartaku. Interesował się motoryzacją, która w latach 50. ubiegłego wieku w Polsce dopiero raczkowała. Zafascynowany był motocyklami. W latach 60. został członkiem Automobilklubu Wielkopolski i zaczął startować w rajdach samochodowych. W kolejnych latach zdobywał doświadczenie i… tytuły mistrza kraju. Trafił do kadry Polskiego Związku Motorowego i mógł rywalizować w imprezach międzynarodowych. Siedem razy uczestniczył w słynnym Rajdzie Monte Carlo.
– Otrzymałem tzw. stały paszport, co w ówczesnym systemie i czasach było czymś wyjątkowym. Dzięki temu mogłem w każdej chwili opuszczać granice Polski. Wystarczyło na granicy wypisać druk – wspominał kilka lat temu w rozmowie na antenie Radia Poznań Adam Smorawiński. – W dostaniu paszportu pomógł mi Sobiesław Zasada. Z kolei ja pomogłem potem uzyskać taki dokument Wojtkowi Fibakowi.
Do połowy lat 70. Adam Smorawiński był fabrycznym kierowcą BMW. Potem przesiadł się do porsche. Na początku lat 80. wycofał się ze ścigania.
Zaangażował się w budowę Toru Poznań, został dyrektorem tego przedsięwzięcia. Projekt został ukończony w 1977 roku. W latach 80. senior rodziny Smorawińskich oddawał się swoim pasjom: lataniu i polowaniom. Wraz z synami – Andrzejem i Wojciechem – uzyskali licencję pilotów. Kupili pierwszy prywatny samolot w Polsce, dwupłatowiec Wilgę.
Tuż po polityczno-społecznym przełomie w Polsce w roku 1989 koncern BMW ogłosił, że poszukuje generalnego przedstawiciela na Polskę. Zgłosiły się chętne osoby z Warszawy, Krakowa, a także Adam Smorawiński z synami. Do Poznania przylecieli przedstawiciele działu eksportu niemieckiego koncernu. Jak podkreślał w radiowym wywiadzie pan Adam, niemiecka delegacja czuła się w stolicy Wielkopolski bardzo dobrze, a to m. in. za sprawą jego synów Andrzeja i Wojciecha, którzy bardzo dobrze mówili po niemiecku. Niebagatelne znaczenie miał też fakt, że Adam Smorawiński w latach 70. był fabrycznym kierowcą BMW. Tydzień później Smorawińscy pojechali do Monachium, gdzie dostali licencję.

Fot. Maciej Stępka

Sugerowane artykuły

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *