Sportowe życie w „bańce”

Życie Łukasza Kubota od roku przewróciło się niemal do góry nogami. Został ojcem. Pół roku później jego sytuację można streścić: nowy sezon, wyścig z czasem, tenisowy lockdown, nowa rola życiowa, a no i nieprzespane noce. Śniadanie w hotelu, w pierwszym dniu meczu w Pucharze Davisa w Kalisz Arenie przeciwko ekipie Salwadoru. Łukasz w trakcie jedzenia zwraca się do kapitana reprezentacji Mariusza Fyrstenberga: „Oj, dawno się już tak nie wyspałem”. O tym opowiedział w rozmowie z Tomaszem Dobieckim, która ukazała się w wiosennym wydaniu papierowego „Tenis Magazyn”.

O czym w ostatnich miesiącach najczęściej myśli Łukasz Kubot?

– Zawsze byłem w pełni sfokusowany na tenis i jemu poświęcałem się w całości. Od kilku miesięcy jest jednak nowa sytuacja. Zostałem ojcem. Dawniej, podróżując po Europie między turniejami, można było chociaż na jeden dzień przyjechać do domu i zobaczyć się z rodziną. Ale, niestety, sytuacja jest teraz, jaka jest. W związku z pandemią jesteśmy w turniejach poddawani kwarantannie, nie możemy się swobodnie przemieszczać.

Ale chyba na początku tego sezonu sytuacja się stabilizuje?

– I tak, i nie, trudno dokładnie powiedzieć, bo wciąż przez pandemię często zmieniają się przepisy w poszczególnych krajach. Turnieje są czasem z dnia na dzień odwoływane, organizatorzy zmieniają reguły gry. Na pewno wciąż nie jest łatwo.

Zapewne od września, od dnia urodzin córki, jeszcze bardziej ciągnie do domu Łukasza Kubota…  

– Przez Australian Open nie było mnie ponad miesiąc w domu. Ale jak tylko nadarza się okazja, to zawsze ją wykorzystam, żeby to zrobić. Choćby w drodze z Rotterdamu do Kalisza przespałem po przylocie jedną noc z dziewczynami, zanim dotarłem na Puchar Davisa. Chociaż z tym spaniem w domu bywa ostatnio różnie (śmiech).

No właśnie, zawsze był Pan uporządkowany, miał ściśle ustalony rytm treningów. Czy teraz udaje się go zachować, czy też jednak myśli krążą wokół tego, co się dzieje w domu?

– Tak, zmieniła się moja optyka i to bardzo. Dziecko jest zdecydowanie priorytetem, cały czas jesteśmy w kontakcie z moją narzeczoną. To też jest dodatkowy bodziec i duża motywacja. Kiedy jestem w domu, mama stara się przejąć rolę rodzica w nocy, zajmuje się naszą córką najlepiej, jak potrafi. I przyznaję, że wychodzi jej to kapitalnie, także jestem jej za to wdzięczny. I wierzę, że z dnia na dzień sytuacja z koronawirusem się poprawi i będę mógł więcej czasu spędzać z dziewczynami.

Czy zdarza się, że otwiera Pan torbę z rakietami i zamiast ręcznika wyciąga z niej pieluszkę albo, zamiast piłki, grzechotkę?

– Grzechotkę nie, przynajmniej jeszcze mi się nie zdarzyło, ale mam zawsze ze sobą pieluszkę naszej córeczki, która mi o niej ciągle przypomina.

To przy okazji swoisty amulet na szczęście?

– Nigdy nie byłem jakoś szczególnie przesądny, choć w życiu dostałem parę rzeczy „na szczęście”. Może jak byłem młodszy, to jeszcze trochę wierzyłem w takie rzeczy, czy nawet jeszcze, jak zaczynałem grać na poważnie w debla, ale potem już nie. Bardziej miałem taki swój stały rytm, który koronawirus zmienił, jak np. poranne bieganie czy pływanie. Dzisiaj na turniejach nie możemy takich rzeczy robić na zewnątrz, często nie możemy nawet opuścić pokoju, bo jesteśmy w tzw. „bańce”. Także trzeba się dostosować do tej sytuacji i regulaminu obowiązującego na danym turnieju.

Jak udaje się Panu nie wariować w tym postcovidowym sportowym świecie?

– Każdy jest inny, każdy ma swoje rytuały, więc nie jest łatwo się dostosować do nowych sytuacji. W Australii, od samego przyjazdu, było parę niewyjaśnionych rzeczy, wcześniej nieustalanych z zawodnikami, jak choćby ten twardy lockdown. Ale tak wyszło na koniec i trzeba było po prostu to zaakceptować. Na pewno widać dużą agresję i niepewność wśród wielu zawodników na świecie, bo każdy inaczej znosi izolację.

Czy przy restrykcyjnych procedurach udaje się uzyskać jakieś poczucie bezpieczeństwa?

– W Australii byliśmy testowani codziennie przez 14 dni. Na innych turniejach jesteśmy testowani przynajmniej 2-3 razy w tygodniu. Po przyjeździe zaraz jest pierwszy test i jesteśmy poddaniu 24-godzinnej kwarantannie na dzień dobry, dopóki nie będzie wyników. Potem testowani jesteśmy co 2-3 dni i cały czas jesteśmy pod obserwacją. Ale każdy, kto chce grać, musi się temu podporządkować.

Kiedy sytuacja się uspokoi, będzie Pan z dzieckiem i narzeczoną jeździł na turnieje?

– Zobaczymy, jak się to wszystko potoczy. Na pewno będę grał w tenisa dopóki wystarczająco wysoki ranking pozwoli mi rywalizować na najwyższym poziomie, no i dopóki dopisywać mi będzie zdrowie. Jeżeli sytuacja się wyraźnie poprawi na tyle, że będziemy się czuć w miarę komfortowo i bezpiecznie, żeby być razem na turniejach, to jestem za tym, żeby moje dziewczyny jeździły ze mną, przynajmniej na niektóre turnieje.

Fot. J. Kurczewska / social media Łukasza Kubota

Udostępnij:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter

Podobne wiadomości

Zagrają o tytuły w deblach w Australian Open

W czwartek 27 stycznia, nad ranem czasu polskiego, jeszcze przed rozpoczęciem półfinałów gry pojedynczej kobiet, podczas odbywającego się w Melbourne wielkoszlemowego turnieju Australian Open 2022