Robert Janowski: Moje szanse rosną, kolegom przybywa lat…

– Jestem szybki, dobiegam do piłek. Jestem ogólnie sprawny, taki sportowy typ - mówi o sobie Robert Janowski.

Z Robertem Janowskim, aktorem, piosenkarzem, kompozytorem, autorem książek, gospodarzem programów telewizyjnych i radiowych, a na dodatek weterynarzem i coachem, rozmawia Kamilla Placko-Wozińska.

Kto zaczął grać w tenisa? Wokalista ZOO, Oddziału Zamkniętego, Jan z „Metra” czy może prowadzący program „Jaka to melodia”?

– Byłem już trochę siwy… Gdybym zaczął grać jako wokalista Oddziału Zamkniętego, dzisiaj półki uginałyby mi się od pucharów. Gram już kilkanaście lat, ciągle jednak na turniejach mam kłopoty z wyjściem z grupy.

Nie jest chyba tak źle. Sukcesy też są – pierwsze miejsce w deblu z Jerzym Janowiczem seniorem w turnieju w Pałacu Komierowo…

Robert Janowski i Jerzy Janowicz senior.
Robert Janowski i Jerzy Janowicz senior.

– Uczucie Wspaniałe! Ale jednak w deblu, to nie to samo. Czekam na singla… To jest królowa gry. Ale od niedawna już nie jestem w młodszej grupie, więc szanse rosną, bo kolegom też przybywa lat. A z młodzieżą nie ma co grać, to  kilerzy, szczególnie kabareciarze.

To taka tenisowa elita wśród artystów.

– Absolutnie, powinniśmy ich wyeliminować (śmiech), powinni mieć swoje turnieje kabaretowe, wówczas my bylibyśmy bardziej zadowoleni z wyników. Żartuję oczywiście, nasza gra oparta jest na pięknych relacjach towarzyskich.

Z żoną Moniką.
Z żoną Moniką.

Choćby w Waszym Aktorskim Klubie Tenisowym…

– Właśnie, w skrócie AKT, akting, czyli sztuka, tworzenie…

Oglądałam ostatnio zdjęcia promujące klub. Wszędzie sami faceci…

– Rzeczywiście, dziewczyny się chyba jeszcze nie zorganizowały. U nas od lat aktywnie działa Tomek Gęsikowski (wiceprezes Aktorskiego Klubu Tenisowego – przyp. red.). Trzymam za niego kciuki, bo efekty są, i to spektakularne, a dla nas bardzo przyjemne, bo jeździmy sobie parę razy w roku do dobrych hoteli, gramy w tenisa i jeszcze zabieramy swoje żony… Piękne, zdrowe wakacje.

Kobiet w naszym środowisku, grających w tenisa jest rzeczywiście mniej. To nie jest takie proste, gdy ma się dom, dzieci, pracę. No, trochę mówię stereotypami. Nie chcę nikogo urazić, ale tak jest – mężczyźni mają więcej czasu na swoje hobby. Część obowiązków życiowych spada na nasze wspaniałe połówki.

Ale Pana żona gra…

– Trochę pogra, a potem namawiam ją miesiącami, że to fajne, żeby pograła na turniejach z koleżankami. To, że gra, to za dużo powiedziane, chodzi ciągle na pierwsze treningi.

Jak się weźmie rakietę, to albo „zażre” od razu, albo umrze samo z siebie. Od paru lat jestem motocyklistą, tenis jest dla mnie podobnym rodzajem wolności – spędzasz czas na świeżym powietrzu, wiatr cię owiewa… Poza tym faceci lubią współzawodnictwo. My tenisiści amatorzy bardzo się  lubimy, wieczorami siadamy przy drinkach, towarzysko jest naprawdę uroczo – ale gdy wchodzimy na kort… koleżeństwa zaczyna brakować. Faceci!

A propos, gdy się spotykamy na turniejach, każdy kolejny, który dojeżdża, mówi: „Nic nie grałem od zeszłego roku, rakiety nie miałem w ręku”. A potem wchodzi na kort i pyk: 6:0, 6:0. Ładnie tak z kolegą? To jest banda ściemniaczy, wszyscy mają trenerów, po kryjomu grają dwa, trzy razy w tygodniu, a potem udają, że wyjmują zakurzoną rakietę z bagażnika. To  takie nasze opowiastki.

No to bez ściemniania – jak często Pan trenuje?

– Raz w tygodniu, ale debelki. Taka raczej plażówka. Dla zdrowia bardziej i żeby się poruszać, być trochę przygotowanym, jak zaczną się turnieje. Kolegom oczywiście się nie przyznam.

Z kim najbardziej z AKT lubi Pan grać?

Podczas turnieju Komierowo Cup zorganizowanego przez Aktorski Klub Tenisowy.

– Z Karolem (Strasburgerem – przyp. red.), bo po pierwsze przyjaźnimy się bardzo, a po drugie – nie mamy ciśnienia. Obydwaj nie jesteśmy mistrzami świata, lubimy kolegom dostarczać punktów. No, nie lubimy właściwie, ale nie mamy wyjścia. Koledzy nas za to lubią, dzięki nam lepiej wyglądają w tabelkach. I to jest właściwe podejście. Jesteśmy już mężczyznami w słusznym wieku. Gdy byłem młodszy i miałem mniej siwych włosów, miałem większe ambicje. Do tenisa namówił mnie Tomek Stockinger. Woziłem wówczas córki na treningi, był to czas, gdy byłem bardziej ojcem niż artystą i on przekonał mnie, że to fajna sprawa. Popatrzyłem najpierw z boku, jak koledzy grają i pomyślałem: co za patałachy! Przyjadę w przyszłym roku, to wam pokażę. Ja, wychowany na tenisie stołowym, akademicki reprezentant Polski, byłem przekonany, że tak po roku nauki rozwalę ich wszystkich. A tu okazało się, że po dziesięciu latach nie mogłem wyjść z grupy. Przegrywałem z Leszkiem Malinowskim, któremu nie przeszkadzał nawet brzuch. Walił piłki w pierwsze piętro, czego bardzo nie lubimy i był skuteczny. Wybacz Lesiu, lubię cię bardzo, ale nienawidzę z tobą grać.

Tak więc musiałem szybko zweryfikować te swoje ambicje.

Ale może kiedyś…

– Może w tej starszej grupie, w której się niedawno znalazłem, jak koledzy balkoniki będą przed sobą targać. Paru ma już siódemkę z przodu, a ja mam dopiero 61 lat.

Pańskie mocne strony na korcie.

– Jestem szybki, dobiegam do piłek. Jestem ogólnie sprawny, taki sportowy typ. Ale… tak z dziesięć lat temu myślałem, że tak będzie zawsze, a teraz dziwię się, że  kolano może mnie boleć po pierwszym meczu… I zastanawiam się, skąd mają siły ci, co trzeciego dnia turnieju grają w finale. Pierwszego dnia gramy parę meczy, już drugiego mam problemy z mięśniami, bo to za duża dawka. Cóż, pesel to pesel.

A słabe strony?

– Oczywiście lewa strona, ale to raczej w głowie siedzi – na treningu potrafię, na meczu nie. I to, że czasami gram slajsy. Z tchórzostwa pewnie, boję się zaatakować tak ładnie, po męsku, tak jak lubię. No i jeszcze serwis, ale to chyba problem każdego z nas. Jakbyśmy mieli dobre podanie, to od razu mamy trzy gemy.

Koledzy na korcie Pana lubią, a i widzowie darzą wielką sympatią. Taksówkarz, który mnie wiózł mówił, że mało, że Janowski ma głos, to jeszcze życzliwy z Pana człowiek – przyjął ukraińską rodzinę.

– Skąd o tym wiedział? A tak, daliśmy zdjęcie ze wspólnego gotowania barszczu. Panie były z Michałowa, pojechały dalej do Jordanii, gdzie mieszka jedna z córek. Później, dla pięcioosobowej rodziny znaleźliśmy dom na wsi, gdzie pomagają w gospodarstwie. Ktoś z nich już znalazł stałą pracę. Pomału układają sobie życie. Nie mają dokąd wracać, ich domu już nie ma, został zburzony. Taki czas. Trzeba pomagać. 30 lat temu traktowano nas w Europie tak samo.

Pan taksówkarz to pewnie starszy człowiek, pamięta mnie z telewizji.

Może nie aż tak bardzo starszy. Ja Pana pamiętam jeszcze z Rock Areny w Poznaniu, gdy w 1984 roku śpiewał Pan z Oddziałem Zamkniętym… No właśnie – wokalista ostrego Oddziału Zamkniętego i sympatyczny prowadzący program „Jaka to melodia” czy audycje w Radio Pogoda to jakby dwie zupełnie inne osobowości. Tak się Pan zmienił?

Robert Janowski, aktor, piosenkarz, kompozytor, autor książek, gospodarz programów telewizyjnych i radiowych.
Robert Janowski, aktor, piosenkarz, kompozytor, autor książek, gospodarz programów telewizyjnych i radiowych.

– Dojrzewałem. Trudno sobie wyobrazić młodego człowieka bez buntu. Mamy dzieci, obserwujemy to – bunt przychodzi, a potem odchodzi. Nasz gust też się zmienia. Poza tym jestem przecież aktorem, przyjmowałem role, które podsuwało mi życie. Zweryfikowałem to ostatnio w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, gdzie co tydzień musiałem być kimś innym, chodzić inaczej, używać innego rodzaju emisji głosowej, zachowywać się, myśleć jak ten ktoś. To było trudne zadanie aktorskie,  trochę jak w życiu (tylko zmiany były bardzo przyspieszone),  jak z długowłosego Jana z „Metra” stałem się gospodarzem programu telewizyjnego. A skoro już nim zostałem, nie warto było nikogo udawać. Jak obserwuję dzisiaj telewizję –  większość młodych kogoś udaje, pewnie prowadzących. To niebezpieczne, takie wskakiwanie w garnitur, który potem musisz nosić. Wizerunek, który wymyśliłeś i stworzyłeś, musisz trzymać. Pamiętam jak kiedyś rozmawiałem ze Zbyszkiem Wodeckim, mówił, że nienawidzi tych okularów i chętnie zrobiłby coś z włosami, ale nie może. Jak zdejmie okulary i obetnie włosy, to już nie będzie on.

Nie dotyczy to tylko spraw zewnętrznych. Weźmy Kubę Wojewódzkiego. On jest zupełnie inny prywatnie, a w telewizji musi grać rolę błazna, którego sobie wymyślił dwadzieścia lat temu. Sądzę, że to go uwiera.

Ja sobie nie wymyśliłem żadnej roli, mogę robić wszystko, mówić wszystko w naturalny sposób, tak samo w radiu i telewizji, jak w życiu prywatnym.

Działa Pan na tylu różnych polach – koncertuje, występuje w radiu, telewizji, tańczy z gwiazdami, pisze (także poezje), komponuje, nawet większe formy, jak musical „Kompot”…

– O „Kompocie” to już chyba nikt nie pamięta. Jonasz Kofta nie żyje, on mógłby poświadczyć…

Dla dwudziestodwulatka sama współpraca z mistrzem Koftą musiała być przeżyciem.

– Do pewnego czasu nie wiedziałem kto to jest! Byłem chłopakiem z małego miasteczka, a tu przychodzi do mnie na próbę  Kofta, podrzuca mi teksty, a ja nie wiem, kto to jest. Sprawdziłem dopiero w encyklopedii i za głowę się łapię! To przypadek, a to, że tańczyłem czy nie, nie ma znaczenia. Taki jest show-biznes, trochę to działania pod tzw. publikę. Show must go on.

I ta publika Pana kocha, czasami do przesady. Zetknął się Pan ze zjawiskiem znanym nam tylko z filmów – z psychofanką. Trudno z tym żyć?

– Tak, ale zaczynam jej współczuć, bo jest po prostu chora i nie wie tego, że zatruwa nam życie. Dzwoni o drugiej w nocy, chodzi i straszy, pisze. To oczywiście może być niebezpieczne, bo nie wiadomo, co jej nagle do głowy strzeli. Choroba jest opisana, nie pamiętam jak się nazywa. Ona żyje w iluzji, że cały świat i wszyscy ludzie przekazują jej ode mnie tajne znaki. Kierowca w autobusie, wpuszczający pasażerów, pani w warzywniaku przekazuje sygnały ode mnie, tak że jestem w jej życiu obecny. Nie przyjmuje do wiadomości, że mam żonę, dom, rodzinę. Jest w swojej rzeczywistości, chwilowo beze mnie i czeka kiedy będziemy razem. To strasznie skomplikowane i nie jestem w stanie niczego z tym zrobić. Na początku była jeszcze policja, prokuratura, teraz już tego nie robię. Ona musiałaby mieć stałe leczenie, przyjmować leki, a tego nie zrobi. Więc tak sobie egzystujemy. To już 12 lat. Jakby zwyczajnie zakochała się w piosenkarzu, to po takim czasie dawno by przeszło.

Wróćmy do Pańskiej działalności. W czym się Pan najlepiej czuje? Czy jest tak, że gdy na przykład trochę popisze, ciągnie go do muzyki?

– Do wszystkiego. Chyba mam taką naturę, że lubię wąchać różne kwiatki…

A ma Pan taki piękny zawód, weterynarz…

– O, nie. Z boku patrząc piękny, szlachetny, z bliska brzydki, męczący, trudny, bolesny, śmierdzący, teraz może trochę płatny, ale kiedyś kompletnie nie. Ale nie chodziło mi o pieniądze. Świat się skomercjalizował, a ja jeszcze jestem z pokolenia, gdzie ostatnim pytaniem było za ile. Ale skoro o zawodach mówimy, jestem też… coachem. Zrobiłem dwuletnie studia podyplomowe, bardziej dla siebie. W czasie gdy sam nie mogłem uporać się ze sobą.

Zostało w Panu coś z weterynarza?

– Wiele. Przede wszystkim umiejętności.  Znajomi czasami mnie pytają o różne dolegliwości i często stawiam im słuszne diagnozy. Świetnie też robię zastrzyki. Bezboleśnie. Mogę zaprezentować!

Lepiej nie… Kiedy zdążył się Pan tego nauczyć? W zawodzie weterynarza Pan chyba nie pracował?

– Na studiach mieliśmy praktyki, a jak już się nauczyliśmy – dorabialiśmy zastrzykami. Studia zbiegły mi się z Oddziałem Zamkniętym i „Kompotem”, więc przeciągnęły się do ośmiu lat. Ale szkoda mi było nie skończyć. Zrobiłem więc dyplom i popracowałem rok w Piasecznie jako weterynarz… szczepiłem świnie, odbierałem porody, cesarki… aż do musicalu „Metro”. 

– Jestem otwarty na ludzi, bo są wspaniali i za rzadko o tym słyszą od innych - mówi Robert Janowski.
– Jestem otwarty na ludzi, bo są wspaniali i za rzadko o tym słyszą od innych – mówi Robert Janowski.

Ostatnio pojawił się też gabinet z komorą tlenową. Są i sukcesy biznesowe?

– Padło. Byłem w panice, gdy się zaczęła pandemia i pojawiło słynne hasło „Zostań w domu”. Kraj zamknięty, artyści bez pracy. Wszyscy żyliśmy z kupki. A kupka ma tendencje do zmniejszania… Pomyślałem, że tak się nie da, przebranżawiamy się, jak mnóstwo znajomych. Postanowiłem paczki wozić z myślą, że zarobię konkretne pieniądze. Przez dwa lata zarobiłem 2700 złotych… Zdecydowaliśmy więc, ryzykując, że utracimy kupkę prawie do końca, że weźmiemy w leasing  komorę hyperbaryczną. Wyszło tak, że rata kredytu wynosiła 1300, a zarobek czterysta złotych. Ale nigdy nie byłem dobrym inwestorem, nie znam się na biznesach. Z natury jestem raczej asekurantem. Na szczęście przez dwadzieścia lat pracowałem w telewizji, gdzie zarabiałem bardzo dobrze i kupiłem nieruchomości, z których dzisiaj żyjemy. W związku z tym nie mam ciśnienia, że muszę coś robić, tylko mogę. A skoro mogę, to chcę. Na chleb i mleko nam wystarczy.

Skoro Pan bez żyłki do biznesu, dobrze, że Pańskim menedżerem jest żona…

– Monika to temat na książkę, to jest silna kobieta. To moja trzecia żona, gdyby się nie pojawiła, rozsypałbym się i moje córki także.  Sam bym tego nie ogarnął. Facet po rozwodzie, każdy zresztą, jest emocjonalnym wrakiem. A ona jak  krawiec, pozszywała te kawałeczki.

I dom, i karierę…

– I przede wszystkim moją głowę. Jest silna na zewnątrz, ale w środku bywa słabsza, wymaga wsparcia, męskiego ramienia. A ja staram się być takim ramieniem. Fajnie jest, naprawdę. Wreszcie jest fajnie. Młodzi ludzie często za szybko się spotykają i wiążą. Może trzeba najpierw trochę od życia w d… dostać. Jak w piosence „Mężczyzna po przejściach, kobieta z przeszłością”, chyba u nas tak właśnie było. Monika świetnie pisze, logistycznie ogarnia wszystkie rzeczy i tak w naturalny sposób przejęła te moje wszystkie działania. Zostawiłem sobie tylko moje koncerciki, a gram bardzo dużo i często, prawie w każdy weekend gdzieś jeżdżę z recitalami. To są małe sale, kameralna atmosfera, bliski kontakt. Ludzie są zadowoleni, a ja się spełniam.

Chyba lubi Pan ludzi?

– Bardzo lubię, jestem otwarty na ludzi, bo są wspaniali i za rzadko o tym słyszą od innych.

Rozmawiała Kamilla Placko-Wozińska

Udostępnij:

Facebook
Twitter

Podobne wiadomości

Emma Raducanu jako 18-latka i pierwsza w historii kwalifikantka wygrała turniej wielkoszlemowy – US Open 2021. Fot. www.depositphotos.com

Emma Raducanu. Piękna i fenomenalna, ale…

W grudniu Emma Raducanu wróciła do touru po ośmiomiesięcznej przerwie. Była ona spowodowana operacjami nadgarstków i kostki. Come back był słaby w jej wykonaniu. Szybkie porażki w Auckland, Melbourne, Abu Zabi

Roger Rasheed i jego moc sprawcza

Tenisowa Australia. Geograficznie i historycznie daleka, tradycyjna, hołubiąca dawnych mistrzów i z utęsknieniem wyczekująca kolejnych. W żadnym innym, odwiedzanym przeze mnie tenisowym kraju, dawne gwiazdy kortów nie są traktowane z taką estymą,