Krzysztof Cegielski, mówi, że od czasu koszmarnego wypadku na żużlu w 2003 roku, który na zawsze zmienił jego życie, wydarzyło się tyle miłych rzeczy, że nie ma prawa narzekać. I że doświadczył czegoś, czego by nie doświadczył, skupiając się na karierze sportowej. Mimo nieodwracalnych zmian w rdzeniu kręgowym, po ponad 10 latach codziennej rehabilitacji – jeden z największych talentów polskiego żużla i wicemistrz świata juniorów – wstał z wózka i mógł już poruszać się z pomocą chodzika. Mimo upływu kolejnych lat, do dziś ćwiczy każdego dnia – dla siebie, nie dla medali: pływa, jeździ na handbike’u lub chodzi na bieżni, przy pomocy delikatnych ortez na nogach, bo jak mówi: liczą się determinacja i chęci. Uwielbia też trzymać rakietę w rękach i odbijać piłki, a w tenisa nauczył się grać, jeszcze przed wypadkiem, w Australii. Cieszy się każdym meczem Igi Świątek, lubi oglądać niepokornego i charakterologicznie mu bliskiego Novaka Djokovicia. I uważa, że Hubert Hurkacz ma za dużo respektu i szacunku do tych największych gwiazd. Przed państwem specjalnie dla „TENIS MAGZYNU” – Krzysztof „Cegła” Cegielski.

Oglądając film „Przerwany sen” – dokumentujący pańską karierę na żużlu, usłyszałem, że miewa pan sny w których często biega. I że nie ma w ogóle snów o tym, że jeździ pan w wózku inwalidzkim. A śniło się panu kiedyś, że gra w tenisa?
–Śniło mi się chyba. Tak, tak. Myślę, że to było dosyć dawno, ale tutaj się nic za wiele nie zmieniło, bo chyba wszystkie sny, które miewam, to raczej stojąc oraz chodząc, czy tam biegając. Więc i tenis był gdzieś tam w moich myślach i były takie sny. One mi się przebiją. A z kim ja grałem? Niestety nie pamiętam z kim grałem w śnie.

Tomasz Gollob mówił, że podczas żużlowej kariery trenował pan za dwóch i zawsze miał pomysł jak być szybszym. Z kolei Zenon Plech powiadał, że nigdy pan się nie poddawał na torze i zawsze walczył do końca. Te cechy można przypisać też pewnemu tenisiście… Wie pan o kim myślę?
– Nie, bo szczerze mówiąc myślę, że wielu tenisistom można to przypisać.
A ja miałem na myśli Rafaela Nadala. Czy czternastokrotny mistrz Rolanda Garrosa należy do pana ulubionych tenisistów?
– Nie, ja chyba jestem fanem Novaka Djokovicia bardziej niż Rafy. Chociaż oczywiście ta trójka, czyli Djoković, Nadal czy Federer – no nie jestem tutaj oryginalny – każdy z nich jest dla mnie wielkim sportowcem. Ale takie podejście, zachowania, czy charakter – to Djoko jest mi chyba bliski. Niepokorny trochę, a może nawet bardzo. Niewątpliwie to są osobistości, z których można brać przykład.
A co pana najbardziej ujmuje u serbskiego tenisisty?
– Wie pan co, tak ogólnie to jego zachowania na korcie. Ta nieustępliwość. Myślę, że dużo też pogrywa sobie mentalnie z przeciwnikami. Umie się odpowiednio zachowywać w danym momencie i wie kiedy się uśmiechnąć, a kiedy pokłócić się z sędzią. Wielokrotnie to wszystko nie jest przypadkowe. Zauważyłem, nawet jako laik, że w momencie kiedy coś mu się nie układa, to słynie z wyjścia do szatni, a z niej powraca już zupełnie inny człowiek. To świadczy o tym, że u niego wykonywana jest bardzo duża praca mentalna.
No i to są takie cechy, które można tak naprawdę wykorzystać w większości dyscyplin sportowych. Zauważam to i mi się to podoba, bo choćby w żużlu też spokojnie to można stosować, a nawet trzeba. Jest kilka wyścigów, a gdy jeden nie wyjdzie albo ma się wypadek, to trzeba wrócić do gry. Trzeba się gdzieś tam zamknąć, wyciszyć, albo nie wiem, kopnąć nogą w ścianę albo uderzyć głową. Są różne metody. Kiedy startowałem w lidze angielskiej to miałem swoje ulubione drzwi do magazynku klubowego i tam po nieudanym wyścigu szedłem, przyłożyłem dwa razy nogą ze złości i wracałem znowu gotowy do walki. Nie wiem w co tam kopie Djoko, ale myślę, że to działa na podobnej zasadzie. Gdzieś tam musi pójść, coś wykonać, może pokrzyczeć, w coś uderzyć, czymś rzucić, nie przy wszystkich. To są takie podmiany mentalne bardzo ważne w każdej właściwie dyscyplinie. Zwłaszcza w takich indywidualnych sportach, jak tenis czy żużel, bo myślę, że można porównać te dyscypliny właśnie tym radzeniem sobie takim osobistym problemem. To nie jest drużyna. Nawet jak w żużlu punktujemy dla drużyny, to tak naprawdę jesteśmy indywidualnościami i dopiero zliczają punkty poszczególnych zawodników, ale każdy pracuje na swój rachunek.
Kto pana „zaraził” tenisowym bakcylem i kiedy?
– Tak naprawdę pierwsze kroki na korcie i jakieś próby grania w tenisa poczyniłem w miejscu mocno tenisowym, bo w Australii. W mieście Gold Coast, niedaleko Brisbane, podczas wyjazdów na turnieje sześciokrotnego mistrza świata Nowozelandczyka Ivana Maugera. On organizował serię turniejów w Australii, kiedy tam było lato, a w Europie zima. Mając już 18-19 lat, to pierwszy raz wyjechałem na taki cykl turniejów rozgrywanych raz w tygodniu, aż przez trzy miesiące. Gold Coast, czyli Złote Wybrzeże to jest magiczne miejsce, z niepowtarzalnym klimatem. Z przepięknymi plażami, z mocno rozwiniętą turystyką. Bardzo sprzyja też takim dyscyplinom jak tenis, bo oczywiście tych kortów, szkół, klubów jest mnóstwo. Więc tam się „zaraziłem”, będąc na turniejach żużlowych, trzykrotnie po trzy miesiące. Tenis stał się taką moją rozrywką między zawodami żużlowymi. Nawet pozwoliłem sobie na treningi z trenerem, a dla mnie to był bardzo wysoki poziom. No i te korty, zaplecze, poważni trenerzy, słynne nazwiska na plakatach jak np. Lleyton Hewitt. To robiło wrażenie. Takie to były moje początki i bardzo mi się to podobało, bo dużo trenowałem, a bardzo lubię trzymać rakietę w ręku.
Ale tak sam z siebie? Bez niczyjej inspiracji?
– Sam z siebie, tak, tak. Nie wiem czy to był już czas naszej Agnieszki Radwańskiej, chyba nawet nie. Także nie było tutaj takiego bakcyla, czy sygnału, kiedy często zaczynamy się interesować, na przykład Formułą 1, bo jeździ Robert Kubica, czy tenisem, bo gra Iga Świątek. Po prostu to było fajne, no i podobało mi się, przez ten fantastyczny australijski klimat, ciepło i długie dni. To był mój pierwszy kontakt z tenisem. Ten bakcyl, to jakby w związku z tą Australią. Pojawiały się tenisowe klimaty, bilbordy z tenisistami, transmisje turniejów w telewizji. Ten tenis był na każdym kroku w tym mieście, gdzie przebywałem najczęściej.
A teraz po latach, jak to zamiłowanie do tenisa wygląda i w czym się przejawia?
– Teraz przejawia się Igą Świątek, którą po prostu nieprawdopodobnie szanuję za to, że tak świetnie nas reprezentuje. Cieszę się każdym jej meczem i w ogóle nie przeszkadzają mi jej porażki. Wychodzę z założenia, wbrew tym wszystkim głosom – jak w przypadku wielkich postaci Igi, czy Roberta Lewandowskiego – że to są sportowcy, którzy po prostu już tyle zrobili dla naszego kraju, i już nic więcej moim zdaniem nie muszą robić. A wszystko co jeszcze zrobią, to tylko na plus. Zwłaszcza Iga, mam nadzieję, że jeszcze wiele lat będzie na światowym topie. Ona jest teraz napędem dla mnie i tę tenisową historię.
Także bliżej tego tenisa jestem też dzięki na przykład Dawidowi Celtowi, mężowi Agnieszki Radwańskiej. To jest wielki kibic żużla, z którym się znam, dzięki któremu na przykład udało mi się gościć na turnieju pożegnalnym Agnieszki w krakowskiej Arenie w 2019 roku, kiedy grała z Karoliną Wozniacką. Wtedy pierwszy raz i właściwie jedyny raz, na żywo miałem okazję oglądać taki poziom tenisa. Mimo tego, że to było odbijanie bardziej sparingowe dla tych dziewczyn niż poważne, ale to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Siedziałem w pierwszym rzędzie i byłem zszokowany tempem przebijania piłek na drugą stronę.
No i Tomek Lorek, komentator z Polsatu, wielki fan tenisa, który jest też reporterem podczas zawodów żużlowych. Tomek jest bardzo oryginalną postacią i ciągle mi wysyła jakieś swoje wywiady z największymi gwiazdami tenisa, czy zdjęcia – ostatnio z Federerem. Jak nie rozmawiamy o żużlu…, a myślę, że z nim rozmawiam częściej o tenisie niż o żużlu. Dzięki niemu też jestem blisko tych tenisowych klimatów.

Piękne słowa powiedział pan o Idze „cieszę się każdym jej meczem”. My rozmawiamy akurat przed finałem turnieju w Cincinnati: Iga Świątek vs Jasmine Paolini, który rozpoczyna się tuż po północy (w 2025 roku Polka pokonała Włoszkę wygrywając tysięcznik w Cincinnati – przyp. red.). Zarwie pan nockę czy obejrzy z odtworzenia?
– Sądzę, że nagramy ten mecz razem z żoną i później obejrzymy. Generalnie o tym powinienem wspomnieć już wcześniej, iż moja małżonka (Justyna Żurowska – przyp. red.) to koszykarka, że tak powiem, już na emeryturze. Ma na koncie cztery tytuły mistrza Polski i świetną karierę koszykarską za sobą, ale jej początki to był właśnie tenis. I to na wysokim poziomie, bo mając te 12-14 lat grała już w turniejach ogólnopolskich, z takimi dziewczynami jak Marta Domachowska, Klaudia Jans czy Joanna Sakowicz. Dobrze sobie radziła, no później gdzieś tam zabrakło możliwości, żeby dalej jeździć na turnieje, no i się ten tenis tak naturalnie skończył, ale przyszła koszykówka. No i muszę powiedzieć, że w tenisa, no to nie mam szans z małżonką, która gra bardzo dobrze.
Jako były sportowiec jak postrzega pan tenis jako dyscyplinę sportu? Co jest w nim takiego ujmującego?
– No ja bardzo lubię takie szczegóły, detale, bo to też się wiąże z naszym sportem motorowym, a widać, że w tenisie to odgrywa ogromną rolę. To skupianie się na rakiecie, na piłkach, które tam zawodnicy przebierają, żeby nie wiem, te włoski były dłuższe. No to dla mnie, dla laików są rzeczy niepojęte, bo wydaje się, no piłka jak piłka, żeby była i tyle. A na tym najwyższym światowym poziomie, no to już takie detale odgrywają rolę i to się wszystko odbywa na milimetry i w szczegółach, które potem decydują, że albo ktoś wygrywa, albo przegrywa, więc oglądać to jest naprawdę fascynujące. Chętnie bym się zapoznał i porozmawiał z takimi właśnie najlepszymi na świecie, bo pewnie tych szczegółów jest tak mnóstwo, że nie jesteśmy w stanie tego dotrzeć, czy dojrzeć nawet gołym okiem oglądając mecz – to jest fantastyczne.
Poza tym zwracam uwagę na takie rzeczy, jak na tę ciszę podczas meczu i na to zwracanie uwagi, żeby było cicho. Trochę czasami tego nie rozumiem, ale jestem też przyzwyczajony do innego funkcjonowania w sporcie motorowym, no bo tam trudno o ciszę. To jest zupełne przeciwieństwo, a tutaj każdy tam jakiś głos na trybunach, szelest, przejście, bo nie tylko hałasy, ale też nawet w ciszy przejście kogokolwiek potrafi zaburzyć właśnie serwis i granie. To jest dla mnie bardzo oryginalne. Taka specyfika też świadczy o tym, jak na tym najwyższym poziomie to wszystko jest na takim limicie i jakie jest ważne. No ale to już jakby specyfika właściwie każdej dyscypliny, każda dyscyplina tak się rozwinęła.
A słyszał pan, że pański ulubieniec – Novak Djoković używa do rakiet tylko naturalnych naciągów, które są robione krowich jelit?
– O jejku, no właśnie, no właśnie.
A na początku swojej przygody z tenisem nie miał pan problemów ze specyficzną punktacją, która wydaje się skomplikowana?
– Tak, tak. No już w takim wieku zacząłem się interesować tenisem, że szybko to zrozumiałem, więc nie było kłopotów.
Żużel i tenis, a kwestie finansowe. Za zwycięstwo w pojedynczym turnieju Grand Prix żużlowiec otrzymuje ok. 16,5 tysięcy euro, a na przykład w tegorocznym US Open za dopadnięcie w 1. rundzie płacą 110 tysięcy dolarów, a za wygrany turniej 5 milionów USD. To przepaść między czarnym i białym sportem. Co pan na to? W żużlu płacą za mało, czy w tenisie za dużo?
– Myślę, że wszędzie – mam zawsze takie podejście – wszędzie płacą tyle ile dyscyplina generuje. No więc gdyby żużel był dyscypliną ogólnoświatową, popularną, tak jak tenis, no to myślę, że zarobki sięgałyby zarobków, na przykład kierowców Formuły 1, a tak nie jest. Żużel to jest sport tak naprawdę kilku krajów, bardziej bym go porównał do skoków narciarskich niż do tenisa, piłki nożnej, czy koszykówki. W tenisa gra cały świat, w każdym kraju i wszyscy go uprawiają, przez co dostać się na poziom światowy jest o wiele trudniej niż w sporcie żużlowym.
W tenisie konkurencja jest zdecydowanie większa. My sugerujemy się zarobkami tych najlepszych na świecie, a wiemy jak ciężko jest tam się dostać, ile trzeba najpierw zainwestować w tenisie, żeby być na tym światowym poziomie. I nawet popatrzmy na nasz kraj, ile dzieci gra pewnie od lat, ile rodzice, sponsorzy, czy kluby inwestują w to szkolenie. A mieliśmy Agnieszkę Radwańską, no i teraz jest Hubert Hurkacz oraz Iga Świątek. No i to właściwie wszystko przez tyle lat na najwyższym poziomie. A wcześniej to chyba Wojciech Fibak tylko.
W żużlu i tak narzekać nie możemy, bo czasy są absolutnie najlepsze w historii. Też dzięki sukcesom naszych reprezentantów, Tomka Golloba (jeden z najbardziej utytułowanych żużlowców – uległ wypadkowi na motocrossie i doznał obrażeń kręgosłupa – przyp. red.), który ten właśnie żużel wzniósł na wysoki poziom w Polsce. Teraz inni korzystają i jest zainteresowanie mediów, a to wszystko spowodowało, że w żużlu zarabia się też stosunkowo dużo. A że mniej niż na korcie, to wcale mnie to nie dziwi, bo mówię, to nie jest dyscyplina tak popularna na świecie jak oczywiście tenis.
A propos zainteresowania mediów. Wspomniał pan, że ogląda mecze Igi Świątek. A kto jeszcze, jeśli gra, jest w stanie zatrzymać pana przed telewizorem?


– Na pewno Novak Djoković, Janik Sinner i na pewno Hubert Hurkacz oraz inni Polacy czy Polki. Kto jeszcze? Nie wiem, ale jak mnie wciągnie, to potrafię oczywiście wysiedzieć cały mecz. Na pewno przeciwniczki Igi Świątek też mnie bardzo interesują. Właśnie Aryna Sabalenka czy Coco Gauff lub Jelena Rybakina – to są dziewczyny, które też lubię oglądać.
Po prostu takich sportowców dobrze się ogląda. Ich napędzanie się, granie na wysokim poziomie, ale też przede wszystkim ich radzenie sobie ze słabościami. To widać, kto ma jaki moment w trakcie meczu: dobry, zły, no i jak z tego wychodzi, jak reaguje. To są bardzo ciekawe obrazki i spostrzeżenia. Można z tego naprawdę dużo wyciągnąć i tak przenieść na inne dyscypliny, nawet w naszym żużlu, ale też wykorzystać to do funkcjonowania w normalnym życiu. U sportowca to doskonale widać, jak sobie radzą z takimi rzeczami, bo to wszystko dzieje się na naszych oczach, pod czujnym okiem wielu kamer, z dużymi zbliżeniami, więc to wszystko mamy jak na dłoni.
Jaki tenisowy pojedynek zapadł panu w pamięć najbardziej?
– No… ja myślę, że finał Wimbledonu z Igą mam tak świeżo w pamięci. 6:0, 6:0 – no to było bardzo przyjemne dla nas. To był bardzo dziwny mecz i taki, można powiedzieć, nieprzystający do finału. Iga nie zdążyła właściwie zmierzyć się ze swoimi trudniejszymi momentami w czasie tego meczu. Po prostu ich nie miała.
Co jako były sportowiec powiedziałaby pan Idze Świątek i Hubertowi Hurkaczowi, którzy gdy przegrywają czy zaliczają spadek w rankingach, to spada na nich sporo krytyki, pojawia się wielu „doradców” no i hejterów?
– Idze powiedziałbym tylko i wyłącznie, żeby cieszyła się z tego co robi i nie przejmowała się właśnie takimi pseudoznawcami. Powinna być tak spełniona i nikomu z nas nie musi nic udowadniać, a jeszcze może wszystko zdobywać i być na topie przez wiele lat. A wiem ile ją to kosztowało sił mentalnych, żeby tam dojść, żeby się utrzymać. To widać jak ona to strasznie wszystko przeżywa i ile ją to kosztuje.
A Hubertowi to powiedziałbym, że aby być na poziomie Igi, to by miał mniej sentymentów dla tych największych przeciwników, bo mam wrażenie, że to mu przeszkadza, aby być w TOP 3 na świecie. Często jak go oglądam, jak gra na przykład z Djokoviciem, to mam wrażenie, iż przeprasza, że wygrał piłkę. Za dużo ma respektu i szacunku, bo to chyba jest bardzo dobry człowiek, do tych największych gwiazd. A wiemy, jeśli chce się ich pokonać, to niestety trzeba być takim większym cwaniakiem. No to tego mi brakuje. A on wygra z takim Djoko piłkę, gema, seta, to tak trochę przeprasza. A gdy Djokoviciowi nie idzie, zrobi złą minę, coś przeklnie, albo jak się potknie, to Hubert jest pierwszy, żeby go ratować, zamiast jakby „dobić” rywala sportowo. Myślę, że tego może brakuje Hubertowi.
Pańscy rodzice byli kibicami żużlowej Stali Gorzów, ale pan ponoć z łatwością zdobywał gole na boiskach piłkarskich…
– Generalnie jestem wychowany na piłce jakiejkolwiek i bardzo ją lubię. Kiedyś, mając jakieś 11-12 lat grałem dobrze w piłkę nożną, bo potrafiłem strzelić w jakimś turnieju w 4 meczach 16 bramek i to zauważono, przez prezesa Gorzowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Trafiłem do kadry województwa lubuskiego, zrobiono mi kartę piłkarską Warty Gorzów i pojechałem na turniej do Hiszpanii z tą reprezentacją. Tam wygraliśmy turniej z Niemcami, Francuzami, Hiszpanami, no i wtedy stanąłem przed wyborem dyscyplin, bo też zacząłem już jeździć na żużlu, trenować i miałem swoje początki. No piłkarska kariera skończyła się szybko, bo tata zawiózł mnie na trening, ale powiedziałem, że nie wysiadam z auta, że jedziemy na trening żużlowy, no i tyle. Ale z piłką zawsze lubiłem obcować, z każdą właściwie, czy tenisową, piłkarską, czy do kosza, do siatkówki, a skończyłem na motorze.
Co więc się takiego stało, że jednak postawił pan wówczas na speedway?
– To chyba była miłość do żużla przekazana przez rodziców, którzy od urodzenia, a może jeszcze wcześniej zabierali mnie na stadiony żużlowe. Z dwójką braci podróżowaliśmy z rodzicami wszędzie za swoją ukochaną Stalą Gorzów. Na wyjazdy też. Wszędzie, bo i na mistrzostwa świata par, indywidualne mistrzostwa Polski i na różne turnieje po całej Polsce. Głównie na mecze ligowe, a kiedyś podróżować z Gorzowa na przykład do Tarnowa, no to była po prostu dwudniowa wycieczka, biorąc pod uwagę polskie drogi, przejazd przez Śląsk, itd.


Pamiętam taki słynny wyjazd dużym fiatem 125p. Dwa razy nam się auto zepsuło po drodze. Tata leżał na ulicy i je naprawiał, a prawie przejechał go autobus jadący obok. Skończyło się tak, że zajechaliśmy do Tarnowa, wbiegliśmy na stadion i zobaczyliśmy przeszczęśliwi ostatni wyścig z piętnastu. Mama miała jeszcze taką tradycję, że zawsze zostawiała po meczu żużlowcom szampana, ale nie pamiętam z jakiego powodu. Może po wygranych meczach. No i faktycznie Stal wygrała mecz no i my z powrotem wracaliśmy szczęśliwi 12 godzin do Gorzowa, zapakowani w tej puszce fiata.
Takie to były podróże, ale wszystko wiązało się z fajnymi postojami, z piknikami po drodze, z zakupem jakichś naklejek, pamiątek. Auto mieliśmy oklejone, zwłaszcza tylną szybę, różne napisy żużlowe, sylwetki żużlowców. Najbardziej nas bolało, kiedy właśnie w Zielonej Górze podczas derbów wybito nam tę szybę w aucie. To niemiłe wspomnienia z meczów derbowych, no ale taka to była przygoda.
Więc ten wybór żużla to „wina” rodziców, zarówno taty i mamy, którzy jeździli na motorach w różnych wyścigach gminnych, wiejskich, na tych WSK-ach. Zresztą tak się też poznali, czyli połączyła ich też pasja do jazdy na motocyklach.
Ale mówił pan też kiedyś, że nie miał specjalnie talentu do jazdy na żużlu…
– Mówiłem o tym braku talentu w tym sensie, bo to nie było tak, że od malutkiego rodzice kupowali nam motocykle. Absolutnie nie. Ja właściwie przed pierwszymi próbami jazdy na żużlu jeździłem tylko może raz na „komarku” dziadka i to było wszystko. Istnieją różne drogi na żużel. Najczęściej właśnie są to chłopcy, którzy szaleją na każdym motorze, jaki tam mają dostępny, tak jak Bartek Zmarzlik (pięciokrotny indywidualny mistrz świata na żużlu – przyp. red.), którego tata podstawiał mu sprzęty różnego rodzaju i to od urodzenia. Zresztą tak, jak Bartek podstawia teraz swoim synom. U mnie było zupełnie inaczej. Nauczyłem się jeździć od razu na motorze żużlowym. Wcześniej słyszałem podczas jakiegoś meczu, że będą zapisy do nowo otwartej szkółki na mini torze u Bogusława Nowaka (wielce utytułowany żużlowiec, pochodzący z Gorzowa, który na torze doznał złamania kręgosłupa – przyp. red.), no i tak się zaczęło. Miałem jeszcze przyjemność chwilę popracować tam z legendarnym Edwardem Jancarzem (legenda polskiego żużla, urodzony w Gorzowie – przyp. red.).
A że miłość do żużla zwyciężyła, no też się sam trochę dziwię , bo ja z kolei nie rozstawałem się z piłką każdego rodzaju. Piłka była mi absolutnie bardzo bliska, a zwłaszcza ta nożna, z którą sobie dobrze radziłem. No ale jednak jako dyscyplina sportu, to bardziej wtedy podobał mi się żużel, a że też od początku nieźle mi to wychodziło, no to byłem zdecydowany przy tym zostać.
A z tej miłości do futbolu coś w panu zostało? To znaczy czy ogląda pan piłkarskie mecz, np. ekstraklasy, a może tylko występy reprezentacji?
– Oczywiście lubię oglądać i nie jestem z tych, którzy narzekają na polską ekstraklasę i że nie ma tam co oglądać. Patrzę na to w ten sposób i może jest to jakieś rozwiązanie dla wszystkich, którym poziom ekstraklasy nie do końca odpowiada, że ta rywalizacja między klubami, miastami – to zawsze ma jakiś sens, bo zawsze się komuś kibicuje mniej lub bardziej, a to mnie też przyciąga do oglądania również polskiej piłki.
A poza tym oglądam kluby na najwyższym poziomie. Zawsze byłem „barceloński”, a to chyba dlatego, że w wieku 11 lat byłem na tym wspomnianym turnieju pod Barceloną i wtedy byliśmy też na Camp Nou. Przywiozłem sobie jakieś gadżety, więc wtedy ta miłość do Barcelony została zainicjowana, no i tak mi zostało. Ostatnio w ferie zabraliśmy dzieci do Barcelony na dwa tygodnie i udało nam się zaliczyć mecz ligowy Roberta Lewandowskiego oraz Wojtka Szczęsnego, a później w tym samym czasie jeszcze Ligę Mistrzów za Atalantą. To była duża przygoda zobaczyć na żywo Barcelonę pierwszy raz i naszych piłkarzy w barwach Barcelony, więc szykujemy się na kolejne takie wypady.
A pamięta pan takiego snajpera ze Stilonu Gorzów – Zenona Burzawę, który zdobył 128 goli w 349 spotkaniach ligowych?
– No tak, mówiłem o nim niedawno żonie. On był nawet królem strzelców ekstraklasy, ale już w barwach Sokoła Pniewy (sezon 1993/94 – przyp. red.). W Stilonie grał długo (1984 – 1993 – dop. red.), a my chodziliśmy na Stilon od zawsze. Zenon Burzawa to największa legenda klubu. Potem był taki Artur Andruszczak, już z młodszego pokolenia, który grał w GKS-ie Katowice też na poziomie ekstraklasy. A teraz Stilon nie może się tam wygrzebać z IV ligi.
Dodam, że rodzice nie tylko nam ten żużel pokazali, ale my to rodzinnie obskakiwaliśmy przez cały weekend wszystkie wydarzenia sportowe, które działy się w Gorzowie. Jak sobotę w południe grali siatkarze, to się zostawało na hali, bo grały koszykarki, albo w międzyczasie jeszcze piłkarze Stilonu. Później żużel, ale przed żużlem coś tam jeszcze, np. piłkarze ręczni i tak cały czas ten sport. No i siatkówka też, a była na bardzo wysokim poziomie.
Zresztą ze Sebastianem Świderskim chodziliśmy do jednej szkoły i rywalizowaliśmy przez kilka lat o tytuł najlepszego sportowca szkoły. Raz wygrałem ja, a raz Sebastian chyba. Do dzisiaj mamy kontakt z panem prezesem PZPS. Dzięki niemu, kiedy nasza kadra gra w Krakowie, czy gdzieś w pobliżu, to korzystamy z zaproszenia Sebastiana i jest czas aby porozmawiać trochę na przykład o Stali Gorzów, o Kolejarzu Opole, któremu Sebastian z kolei kibicuje, jako mieszkaniec Kędzierzyna-Koźle. To jest mu to najbliższy klub żużlowy poza Stalą, więc mamy dużo wspólnych wspomnień.
Kiedyś powiedział pan, że podziwia tych co startują na wózkach w różnych dyscyplinach, bo wie pan jaki musi towarzyszyć temu wysiłek. Ale zastrzegł pan, że gdyby miał wystąpić na igrzyskach, to tych „prawdziwych”, a nie paraolimpijskich. Podtrzymuje pan te zdanie, czy mimo wszystko nie kusiłaby pana rywalizacja na paraolimpiadzie?
– Nie, chyba się nie przełamałem, ale to są chyba moje jakieś słabości, bo podziwiam nie tylko te osoby za to, że muszą być absolutnie nieprzeciętne by rywalizować, a wiem ile to wysiłku kosztuje. Podziwiam je też za to, że potrafiły się po prostu do tego przekonać mentalnie, w głowie i na to się zdecydować. Nie wiem czy mój problem polega na tym, że wcześniej byłem sportowcem dyscypliny takiej jak żużel i teraz trudno mi robić cokolwiek innego. Choć rywalizacji mi bardzo brakuje, więc na pewno byłoby to jakieś rozwiązanie, ale nie umiałem i nie umiem. Nawet w ostatnich latach rozmawiałem z trenerami paraolimpijczyków pływaków, bo specjalizowałem się w pływaniu, choć na Akademii Wychowania Fizycznego miałem problem z zaliczeniem pływania. Teraz pływam zdecydowanie lepiej, niż kiedy byłem w pełni formy i zdrowia, czyli przed wypadkiem. A teraz czasy, czy styl predysponują mnie, żeby próbować sił w tej rywalizacji paraolimpijskiej. W swojej kategorii mógłbym rywalizować podobno, ale nie ruszyłem z tym.
Nie próbował pan choćby zagrać w tenisa na wózkach?

– W żadnych zawodach. Gram w tenisa, odbijam, czy dużo pływam i jeżdżę na rowerze handbike’u (rower z napędem ręcznym – dop. red.). Nie wiem gdzie byłbym w tej rywalizacji, ale nie, nie umiem się przekonać do tego. Na przykład Rafał Wilk, też kiedyś bardzo dobry żużlowiec, później po wypadku osiągnął więcej podczas zawodów paraolimpijskich, niż na żużlu. Rafał jest trzykrotnym mistrzem paraolimpijskim z Londynu (2012 – dwa złote medale) i z Rio (2016 – złoty i srebrny medal) w handbike’u. Na igrzyskach w Paryżu (2024) zdobył brąz. Startuje zatem z powodzeniem i jest dobrym przykładem, że można.
A czym na co dzień zawodowo zajmuje się teraz Krzysztof Cegielski i w jakiej jest formie fizycznej?
– Czuję się dobrze, bardzo dużo ćwiczę, bo wiem, że im lata lecą dalej, tym więcej trzeba ćwiczyć. Nie ma dnia, żebym nie zrobił jakiegoś treningu, bo chyba mentalnie bardziej niż fizycznie, bardzo mi przeszkadza, jeśli czegoś nie zrobię. Pływam dużo na basenie, jeżdżę na rowerze, dużo chodzę też na bieżni, przy pomocy delikatnych ortez na nogach, ale też od bardzo długiego czasu najlepszym treningiem jest chodzenie przy chodziku. I robię to, gdzie tylko mogę. Już od dawna staram się jeździć na mecze żużlowe tylko na stojąco, bo na co dzień poruszam się jeszcze na wózku. Pojawienie się dzieci – 8 lat temu Otylki i niespełna 5 lat temu Ignacego spowodowało, że oni mnie trochę posadzili z powrotem, chcąc ciągle siedzieć u mnie na kolanach i korzystać z podwózki gdziekolwiek. Aby za nimi zdążyć, to musiałem trochę przysiąść znowu, ale to mi nie przeszkadza w próbie utrzymania dobrej kondycji fizycznej. Dzieci zajmują oczywiście mnóstwo czasu, ale to są same przyjemności.
A poza tym zajmuje się komentowaniem żużla, opieką menadżerską nad Januszem Kołodziejem, naszym żużlowym multimedalistą – mistrzem Polski, Europy i świata. Prowadzę też dla wszystkich żużlowców świata stowarzyszenie, czyli taki związek zawodowy. Pilnujemy ich interesów i na przestrzeni ostatnich 10 lat udało się to bardzo poprawić. Ta wajcha przeciw żużlowcom zmieniła się absolutnie na drugą stronę. Teraz żużlowcy nie mają powodów do narzekań, a to się też zbiegło z czasem bardzo dobrej koniunktury i nie ma co ukrywać, bardzo dobrych zarobków dla żużlowców. Zainteresowanie mediów, telewizji – to wszystko spowodowało, że nadszedł dla nich dobry czas.
Jak miewa się i co porabia pana rodzina, żona Justyna oraz córka Otylia i syn Ignacy?
– Otylia jest już w drugiej klasie, a Ignacy wciąż w przedszkolu. Żyjemy aktywnie. Podróżujemy wspólnie na wycieczki rowerowe, ale też dużo spacerujemy. Na przykład, podczas wycieczki do Barcelony codziennie robiliśmy po 20 km spacerów. Raczej nie korzystamy z aut w takich miejscach czy z komunikacji. Otylia właściwie uprawia wszystko, od gimnastyki, tańców, poprzez rolki, łyżwy i tenis, pianino itd. Aczkolwiek szykujemy Otylię i tego nie ukrywamy – trochę w żartach, trochę na serio – na siatkarkę, bo jest oczywiście bardzo wysoka (Krzysztof Cegielski ma 185 cm wzrostu, a Justyna Żurowska 188 cm – przyp. red.) i wygląda przy rówieśniczkach jak opiekunka.

A dlaczego siatkówka, a nie na przykład po mamie – koszykówka?
– Bo koszykówka jest bardzo fizyczna i taka trudniejsza, a Otylia ma bardziej wrażliwy charakter, delikatniejszy. Jest bardzo dziewczęca, więc idealnie pasuje na siatkarkę, czy wręcz taką modelkę – ładnie ułożone włosy i makijaż, a to wszystko pasuje bardziej do siatkarskiego klimatu dziewcząt niż znanego nam koszykarskiego środowiska. Zresztą bardzo dobrze poznałem te nasze dziewczyny z Polski, z Europy oraz z Ameryki i śmieję się, że w drużynie koszykarskiej kobiet jest więcej testosteronu niż w drużynie żużlowców. Trenerzy koszykarek nie mają z nimi łatwego zadania i myślę, że byłoby im łatwiej z żużlowcami niż z koszykarkami.
Czyli dzieci, podobnie jak i pan, są niejako „skazane” na sport…
– Chyba są „skazane”. Nie oglądamy za dużo telewizji, ale jak już coś, to dzieci od urodzenia oglądają zieloną trawę, albo tor kajakowy, albo tenis czy koszykówkę i nie znają nic innego więcej niż sport. Nie widać, żeby to im przeszkadzało. Mają sportowe predyspozycje, duże możliwości, ale bez naszych nacisków czy chorych ambicji. Otylia nie jest taka chętna do różnych występów i jak już w zawodach sportowych w szkole każą skoczyć w dal, czy pobiec, no to robi to. Ostatnio jako jedyna z klasy zdobyła dwa medale. Kiedyś na poziomie zerówki na zawodach kazali jej pobiec z chłopcem, no i wygrała z tym chłopakiem, który na co dzień gra w piłkę i zajęła trzecie miejsce wśród wszystkich krakowskich dzieci.
Otylia i Ignacy mają duże możliwości sportowe, ale czy się go skorzystają? Zobaczymy. Na szczęście Ignasia nie ciągnie do żużla, choć zaszczepiamy w nim wiele innych dyscyplin. Nawet oboje nie lubią za bardzo oglądać żużla i za często ze mną nie jeżdżą na zawody żużlowe. Mają za to bardzo oryginalnych ulubionych żużlowców, których niewielu lubi albo takich, którzy dużo się przewracają. Na pewno jesteśmy daleko od kupowania im motorków.
A rakietę tenisową Ignacy ma?
– Tak, i to już od dawna. Mają z Otylią wszystko, oprócz tych motorków – na szczęście. Cieszymy się, choć on ma możliwości, bo co nie wsiądzie na rowerek, to bardzo łatwo wszystko pojmuje, ma wyczucie, to widać. Ale na szczęście będzie jak na żużlowca i za wysoki, i za ciężki. Bardziej center w kosza, albo kołowy w ręczną czy jakiś stoper w piłkę nożną.
A wyobraża pan sobie, że Ignacy złapie bakcyla tenisowego?
– Na pewno, bo on potrafi już od drugiego-trzeciego roku życia wziąć tę rakietę i faktycznie trafiać w piłkę. To widać jak chodzi swobodnie po domu, kozłuje piłkę lewą ręką, czy prawą, a nikt go tego nie uczył. Więc ma coś w sobie, bo ta piłka też nie jest mu obca.
Najlepsi tenisiści wśród żużlowców jakich pan zna to…
– Na pewno Tomek Gollob kojarzy mi się z tenisem, bo dobrze grał. Bardzo dobrze radził sobie na korcie śp. Tomasz Jędrzejak i też do dzisiaj jego córki grają w tenisa. Młodsza w ostatnim czasie zdobyła w jakiejś kategorii wiekowej medal mistrzostw Polski. Sześciokrotny mistrz świata na żużlu Szwed Tony Rickardsson, to taki człowiek, który za co się nie weźmie to radzi sobie doskonale i z tenisem, też go kojarzę. Podczas mojego pobytu w Australii grywałem w tenisa z innym Szwedem Andreasem Jonssonem – wówczas mistrzem świata juniorów na żużlu, a ja byłem wtedy wicemistrzem globu.
A z obecnych żużlowców, to nie wiem kto radzi sobie na korcie najlepiej. Natomiast często to są takie antytalenty… ale piłkarskie i z piłką nie mają wiele wspólnego. Tylko motory i motory, więc nawet Bartek Zmarzlik nie jest to przykład człowieka urodzonego z piłką, czy też Janusz Kołodziej. O nie, oni nawet na bramkę się nie nadają – jak to się popularnie mówi.
Rozmawiał Paweł Pluta
Fot. Archiwum prywatne K. Cegielski
Fot. www.depositphotos.com

KRZYSZTOF CEGIELSKI – urodzony 3 września 1979 roku w Gorzowie Wielkopolskim. Polski żużlowiec, wychowanek Stali Gorzów (reprezentował jej barwy w latach 1996 – 1999), wielokrotny reprezentant Polski. Jeździł też w barwach Wybrzeża Gdańsk, Startu Gniezno, Sparty Wrocław oraz w lidze angielskiej i szwedzkiej. W 2000 roku został wicemistrzem świata juniorów. Rok później z reprezentacją Polski srebro mistrzostwa świata oraz brąz w indywidualnych mistrzostwach Europy. W latach 2001 – 2003 regularnie startował w cyklu IMŚ Grand Prix. Zaliczał się do najbardziej utytułowanych polskich żużlowców młodego pokolenia.
Jego karierę przerwał wypadek w meczu ligi szwedzkiej w 2003 roku, podczas którego uderzył w bandę i został staranowany przez inny motocykl. W jego wyniku doznał bardzo poważnego urazu kręgosłupa i musiał poruszać się na wózku inwalidzkim. W 2005 roku przyjechał na rehabilitację do Krakowa, gdzie później postanowił osiąść na stałe i zakupił dom pod Krakowem. Po latach intensywnej rehabilitacji, zaczął poruszać się z pomocą balkonika. W 2009 roku został prezesem założonego rok wcześniej Stowarzyszenia Żużlowców „Metanol”, a rok później wsiadł na motocykl i przejechał kilka okrążeń na torze żużlowym w Krakowie. W 2014 roku wziął ślub z koszykarką Wisły Kraków Justyną Żurowską. Mają dwójkę dzieci: Otylię oraz Ignacego. Aktualnie Krzysztof Cegielski oprócz prowadzenia stowarzyszenia żużlowców, zajmuje się komentowaniem meczów w telewizji oraz jest menadżerem Janusza Kołodzieja.
Karierę Krzysztofa Cegielskiego ukazuje filmu dokumentalny „Przerwany sen”, w reżyserii dziennikarza sportowego – Grzegorza Milko, którego premiera miała miejsce w 2011 roku.

