Nowości

Jan Macyszyn: O tym kto jest młody, decyduje stan ducha, a nie pesel

dnia

Z Janem Macyszynem absolwentem Wydziału Maszyn Roboczych i Pojazdów Politechniki Poznańskiej o zamiłowaniu do tenisa, ale także o nartach i żeglowaniu, grze na gitarze i wspólnych podróżniczych eskapadach z żoną rozmawia Wojciech Weiss.

Czasy szkolne to już początki szalonej aktywności sportowej czy niekoniecznie?

– No, może nie szalone sportowanie, ale oczywiście, jak u niemal każdego, w miarę sprawnego chłopaka, sport w moim życiu był obecny, chociaż od razu trzeba zaznaczyć, że tylko na poziomie amatorskim. Mieszkałem w małej miejscowości i do dużego sportu po prostu nie miałem dostępu. Na pierwszym planie była wtedy piłka nożna, ale była też siatkówka, tenis stołowy, trochę ćwiczeń na prymitywnej siłowni, jaką udało się stworzyć w moim ogólniaku itp. Były też inspirowane sukcesami odnoszonymi przez Wojtka Fibaka pierwsze próby tenisa ziemnego, jeszcze drewnianą rakietą.

Czy po zdobyciu indeksu Politechniki Poznańskiej, coś w tej materii się zmieniło?

Tak, ale oprócz czynnego uprawiana sportu doszło jeszcze coś więcej. Jako student zostałem „działaczem” Klubu Uczelnianego AZS. Najpierw jako kapitan Sportowy Wydziału Maszyn Roboczych i Pojazdów, a w latach 1983/1984 awansowałem  na Wiceprezesa KU AZS PP ds. Sportu Masowego. To były wspaniałe czasy, w których uczyliśmy się odpowiedzialności za to, co robimy, współpracy, w tym oczywiście z władzami Uczelni, nabywaliśmy umiejętności, które procentują do dnia dzisiejszego.

No bardzo pięknie, ale mamy rozmawiać o tenisie, jak on znalazł się w Twoim życiu?

– Przez cały czas studiów na Polibudzie oprócz organizowania życia sportowego namiętnie grałem w piłkę nożną. Pamiętam np. mecze w czasie sesji zimowej na boisku między DS3 a DS4 na Poligrodzie rozgrywane o godz. 3 w nocy na śniegu. Także przez wiele lat po studiach funkcjonowała całkiem niezła ekipa składająca się z pracowników i absolwentów, która odnosiła sporo sukcesów w różnego rodzaju rozgrywkach rekreacyjnych. Ale jak to w życiu często się zdarza, drużyna zaczęła się rozsypywać, więc postanowiłem poszukać sportu, w którym nie potrzeba kilkunastu kolegów do wspólnego grania i wtedy pojawił się tenis.  Początkowo w tenisa grywałem regularnie raz w tygodniu, ale w miarę upływu czasu przebijanie piłki ponad siatką coraz bardziej mnie fascynowało.

Moją przygodę z tenisem zacząłem późno, kiedy byłem już sporo po trzydziestce. a przyspieszenia moja „kariera” tenisowa doznała jak zacząłem od 1993 r. pracować w Zarządzie Geodezji i Katastru Miejskiego GEOPOZ (jest to jednostka budżetowa miasta Poznania – przyp. red.). Spotkałem tam bardzo duże grono entuzjastów tenisa na czele z dyrektorem Andrzejem Krygierem. Wspominam to nazwisko, bo dzięki niemu tenisiści mieli w GEOPOZ-ie dużo łatwiej. Mnie natomiast przydały się nabyte w AZS-ie umiejętności organizatora sportu. Koordynowałem wynajem kortów dla pracowników, organizowałem firmowe mistrzostwa czy okazjonalne turnieje. Dwukrotnie przy moim bardzo aktywnym udziale ZGiKM GEOPOZ organizował Mistrzostwa Polski Geodetów w tenisie ziemnym. A ponieważ ćwiczenie czyni mistrzem, ja także – w końcu – zacząłem pojawiać się na podium tych imprez.

Umiejętności organizacyjne przydają mi się do dnia dzisiejszego. Organizuję turnieje tenisowe w czasie Spotkań Klubu Seniora AZS PP – spotykamy się co 4 lata w latach olimpijskich – czy na corocznych ogólnopolskich Piknikach AZS w Centralnym Ośrodku Sportu Akademickiego w Wilkasach k. Giżycka na pięknych Mazurach. W czasie tych spotkań przydaje się również nabyta w czasie studiów i mieszkania w akademiku umiejętność gry na gitarze. Można jak za dawnych lat wspólnie pośpiewać przy ognisku.

Z tego co słyszę tenis zajmuje w Twoim życiu sporo czasu, a co na to rodzina?

Mam to szczęście, że żona akceptuje te moje sportowe fanaberie, a nawet w wielu z nich aktywnie bierze udział. Wprawdzie nie na korcie, ale wspólne marsze z kijkami czy wyprawy rowerowe są bardzo częste. Naszą pasją są też wyjazdy i to zarówno do różnych zakątków naszego pięknego kraju jak i za granicę. Jeżeli chodzi o kraj, to nie będę oryginalny – góry, morze. Żona je uwielbia. Lubimy również Mazury, ale też wiele innych bardzo ciekawych miejsc. Za granicą jeździmy w miejsca, które jeszcze nie są zbyt mocno skażone komercją, jak np. Czarnogóra.

Ale najbardziej utkwiła nam w pamięci ojczyzna światowej sławy wokalistki Cesarii Evory – Cabo Verde, nazywane też Republiką Wysp Zielonego Przylądka. Oprócz niesamowitych walorów przyrodniczych i wspaniałych ludzi, którzy taniec i śpiew mają we krwi, bardzo utkwił nam w pamięci zwrot, który tam wszyscy często powtarzają, jest on eksponowany na różnego rodzaju pamiątkach, gadżetach itp. A hasło to brzmi – „no stress”. Dlatego m.in. staramy się robić z żoną chociaż krótkie wypady, które pozwalają wyhamować pęd codziennego życia i cieszyć się chwilą. Często zaraz po przyjeździe planujemy już następny wyjazd, dzięki czemu łatwiej znosi się troski dnia codziennego.

Jestem także dumny, że udało mi się zarazić sportem mojego syna Łukasza (absolwent Politechniki Poznańskiej; aktualnie doktorant na tej Uczelni i jej reprezentant w tenisie – przyp. red.). Od wczesnego dzieciństwa popieraliśmy z żoną  jego każdą formę aktywności ruchowej. Najpierw był taniec towarzyski, potem radykalna zmiana i taekwondo, wreszcie stanęło na tenisie i siatkówce. Ileż to przy różnych okazjach rozegraliśmy wspólnych pojedynków. Najpierw, to ja byłem górą, ale dawałem mu dla zachęty wygrywać pojedyncze sety, potem rywalizacja się coraz bardziej wyrównywała, teraz od wielu lat, to ja się cieszę jak uda mi się urwać jemu seta.

Trochę się tego uzbierało, masz jeszcze coś w zanadrzu?

– Coś się znajdzie. Ale oryginalny nie będę. (śmiech) Narty. To swojego rodzaju rewanż syna. Mnie udało się zaszczepić w nim pasję do tenisa ziemnego, a on spowodował, że po prawie 25 latach – trochę „raczkowałem” w czasie studiów, oczywiście z AZS-em -wróciłem do nart i od tego czasu śmigam co roku. Żagle, z kolei to zasługa koleżanek i kolegów żeglarzy z Klubu Seniora AZS PP. Po blisko 30 latach udało się, jak za dawnych lat, kilka razy wspólnie popływać po Mazurach i przekonałem się, że stara miłość, rzeczywiście nie rdzewieje.

Ale wróćmy do tenisa, co w nim preferujesz?

– Szczerze mówiąc w mojej grze jest wszystkiego po trochu. Nie mam jakiś ulubionych zagrań, super uderzeń, opracowanych schematów. Kort i przeciwnik dyktują co mam grać i jak uda mi się „wyjść na swoje”, to jest super.

A czy gwiazdy światowego tenisa Ciebie inspirują? Jeżeli tak, to które?

– Czy mnie inspirują? Raczej nie. Lubię popatrzeć na zawodników, którzy grają techniczny, finezyjny i ofensywny tenis, z częstymi wypadami do siatki. Dlatego np., mimo że bardzo cenię postawę Rafaela Nadala na korcie i poza nim, to o wiele bardziej wolę oglądać Rogera Federera. Lubiłem też obserwować sprytną, techniczną grę Martiny Hingis. Bardziej jednak inspirują mnie ci, z którymi spotykam się na korcie, z którymi gram i których podglądam w turniejowych przerwach. To jest bliższe i też inspirujące. Poza tym taka „loża szyderców”, gdy akurat koledzy walczą na korcie potrafi być bardzo zabawna i relaksująca.

Od lat organizujesz wiele turniejów, w wielu z nich sam czynnie uczestniczysz, podzielisz się jakąś refleksją, jak to się dzieje, że nadal jest to dla Ciebie ważne.

 Nie będę opowiadał rzeczy, które są oczywiste, takich jak to, że spotykam wielu fantastycznych ludzi połączonych tą samą pasją, o kortowych przyjaźniach, o resecie psychicznym i wbrew pozorom także fizycznym. Powiem tak. Dla mnie ogromną wartością jest to wszystko, co przeżywam goniąc po korcie żółtą piłeczkę z rakietą w ręce i co wokół tego kortu się toczy. 

I tak na zupełny koniec. Trzeci sezon z rzędu z dużą przyjemnością biorę udział w cyklu turniejów deblowych POLIBUDA CUP. Bardzo dobra organizacja, która jest zasługą Waldka Olejniczaka oraz świetna atmosfera powodują, że jest to turniej bardzo lubiany przez tenisowych amatorów. Smaczku dodaje udział w tych rozgrywkach znanego nam wszystkim Zenona Laskowika, który mimo upływu lat jest wciąż w świetnej formie i tenisowej i estradowej. To jest na pewno dobry przykład, że warto grać w tenisa. Ja w tym roku skończyłem „dopiero” sześćdziesiątkę i mam nadzieję cieszyć się tenisem jeszcze przez wiele, wiele lat. Jak mówi inny, bardzo lubiany przeze mnie artysta – Andrzej Poniedzielski – młodość, to stan ducha. Jeżeli do tego udałoby się nam wszystkim wdrożyć życiowe motto mieszkańców Cabo Verde – „no stress” i bardziej się zdystansować od codziennych trosk i problemów, nasze życie na pewno byłoby zdrowsze i łatwiejsze.

Jan Macyszyn, absolwent Wydziału Maszyn Roboczych i Pojazdów Politechniki Poznańskiej, absolwent kilku studiów podyplomowych (Wiertnictwo hydrogeologiczne i geologiczno-poszukiwawcze na AGH Kraków, Organizacja i Zarządzanie na Politechnice Poznańskiej, Szacowanie nieruchomości na ART Olsztyn), wreszcie Licencja Zawodowa Zarządcy Nieruchomości. Posiada także Certyfikat Specjalisty ds. marketingu i zarządzania średnimi oraz małymi obiektami sportowo-rekreacyjnymi w ramach unijnego projektu „Zarządzanie sportem nowym kierunkiem rozwoju kompetencji wielkopolskich pracowników”.

Sugerowane artykuły

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *