Nowości

Jakub Kosicki: Na korcie staram się być starszym bratem, a nie surowym nauczycielem

dnia

Jakub Kosicki zainteresował się tenisem, gdy do jego podstawówki przyszedł trener: w rodzinnym Grodzisku młodzi ludzie zafascynowani byli piłką nożną, a ten zapraszał uczniów na coś odmiennego, treningi z rakietą w ręce. Ośmioletni Kuba poszedł na próbę i później wiercił dziurę w brzuchu tacie, by ten się zgodził na jego udział w treningach. Tata zachwycony nie był, bo raczej syna widział na boisku niż na korcie – ale wybór uszanował. A że w tenisa zaczęli grać też brat i siostra, to i tata sięgnął po rakietę… i stwierdził, że to jednak nie takie proste, jak się wydawało!

Tekst: Grzegorz Okoński

Dziś Jakub sam namawia dzieci do gry, uczy i cieszy się z ich postępów. Jest trenerem w Sportotece w Puszczykowie, uczestniczy też w Narodowym Programie Upowszechniania Tenisa. Jak mówi, nie lubi zajęć sztampowych, zmuszania się do gry, za to satysfakcję dają mu postępy u dzieci, zadowolenie nawet w sytuacji, gdy zmęczone schodzą z kortu.

– Wiem, co czują, gdy wyobrażają sobie, że skoro już opanowały trzymanie rakiety, odbijanie i poruszanie się, to teraz szybko pójdą za tym postępy i mistrzostwa – mówi Jakub Kosicki. – Dobre nastawienie to świetna rzecz, ale do sukcesów w tym sporcie potrzebna jest jednak ciężka praca, szczęście i sporo czasu.

Kuba wie, co mówi, bo zanim znalazł powołanie w szkoleniu przyszłych mistrzów kortu, swój talent i wypracowywane na treningach umiejętności przekuwał na zwycięstwa w wielu turniejach. Choć nie lubi się chwalić, to miło wspomina miejsce w pierwszej piątce na liście Polskiego Związku Tenisowego, wicemistrzostwo Polski, medale mistrzostw Wielkopolski, Polski, turniejów międzynarodowych Tennis Europe, a w crossmintonie – brązowy medal mistrzostw świata w kategorii U18, srebrny medal Mistrzostw Europy oraz złoty medal Mistrzostw Polski. Po kilku bolesnych i pechowych kontuzjach stawu biodrowego, kolana i nadgarstka, postanowił jednak skoncentrować się nie na intensywnym wysiłku zawodniczym, ile na dającej mu wielką przyjemność pracy trenerskiej.

– To także pewne wyzwanie, bo każdy z uczniów jest inny, ma inne cele, nastawienie, humor zależny od dnia – opowiada Kuba. – A ja staram się rozpoznać sytuację i dopasować trening tak, by to był naprawdę dobry czas. Uczę przy tym tego, czego u mnie dopilnował mój tata: że tenis wymaga wysiłku, oddania, poświęcenia mu czasu, ale jednocześnie nie zwalnia od szkoły, od nauki, od ważnych doświadczeń życia. Możemy mówić o potencjale, o talencie, nastawiać się na piękną przyszłość, ale nie zapominajmy, że może dojść do niespodziewanego załamania, wypadku, niezależnego od zawodnika a koniecznego przerwania treningów i nagle pozostaje on bez wiedzy, innych od sportu doświadczeń. A łączenie sportu i nauki wyrabia obowiązkowość, uczy odpowiedzialności, daje perspektywy.

Tym bardziej, że w dzisiejszych realiach światowego sportu zdolni młodzi tenisiści jeśli chcą się rozwijać i koncentrować na grze, to powinni mieć zabezpieczenie finansowe: – Gdy pojechałem na turniej w Kolonii, tata wcześniej sprzedał samochód, bym mógł w nim uczestniczyć. Na miejscu za to spotkałem zawodników, których sponsorami były firmy motoryzacyjne, i którzy o pieniądze nie musieli się martwić. Uprawianie sportu tanie nie jest, więc utalentowani zawodnicy muszą mieć zaplecze finansowe, albo bogatych rodziców, albo poważnych sponsorów. Niestety, w Polsce trenerzy zastanawiają się, czy zawodnik ma jechać na turniej, a za granicą – gdzie jechać na turniej, i na jaki – by się opłaciło. Dlatego trzeba trenować z głową i szanować szkołę…

W czasie trenerskich zadań Kuba wykorzystuje pewien trik, którego nauczył go kiedyś jego trener: nagrywa swoich podopiecznych i razem analizują technikę, by następnie na tablecie… porównywać poszczególne kroki z grą najlepszych tenisistów, np.,. Rogera Federera! Ale bez presji – bo choć lubi ambitnych podopiecznych, to zawsze stara się być na korcie starszym bratem, a nie surowym nauczycielem, i oprócz przepisowych ćwiczeń chętnie zdradza smaczki, np. tajniki posługiwania się ulubioną rakietą Wilsona  małej główce, wymagającej bardzo precyzyjnych uderzeń.

Jakub lubi swoja pracę i dużo trenuje. Jego bardziej zajęte dni na korcie rozpoczynają się o 7.30, a kończą niekiedy o 21.30. Do tego dochodzą dojazdy na korty w różnych miejscach, średnio nawet pokonuje około stu kilometrów dziennie za kółkiem. W mniej zajęte dni znajdzie czas na czytanie, koncert, czy spotkania z przyjaciółmi. Choć… wielu z tych ostatnich wywodzi się ze środowiska tenisowego i można łatwiej znaleźć temat do rozmów.

– Ale nawet jak dużo pracuję, to lubię ten kontakt z ludźmi, wspólny język, to jest megafajne – zapewnia trener. – Jeśli myślę o przyszłości, to chciałbym otworzyć ośrodek szkoleniowy, może akademię. Tak bardziej puszczając wodze miłej fantazji, świetna byłaby taka praca trenerska w Australii – kiedyś to rozważałem z kolegami. Albo – gdybym nie wiązał przyszłości z tenisem – to firmę z turystycznymi usługami pilotażowymi dla zorganizowanych grup – bo lubię podróżować i swego czasu autostopem zwiedzałem np. Chiny, Tajlandię, Wietnam, Norwegię, czy Islandię.

Sugerowane artykuły

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *