Po fenomenalnym występie w ostatnich Igrzyskach Olimpijskich 2024 w Paryżu, zwieńczonym srebrnym medalem dla Polski, Grzegorz Łomacz został prześwietlony na wylot przez dziennikarzy i kibiców. Fani dowiedzieli się, że siatkarz w młodości myślał o aktorstwie i… tenisie. Sprawdziliśmy, co łączy siatkarskiego medalistę igrzysk z tenisową rakietą.
Jego zmiana za Marcina Janusza w czwartym secie półfinałowej rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi zapisała się w historii polskiej siatkówki złotymi zgłoskami, choć w Paryżu Polacy zajęli drugie a nie pierwsze miejsce w igrzyskach. Pierwszy z rozgrywających doznał kontuzji i wszedł za niego właśnie Grzegorz Łomacz. Zawodnik PGE Skry Bełchatów zaliczył wejście smoka, pobudził drużynę, która z powrotem zaczęła grać skutecznie w ataku i ostatecznie pokonała Amerykanów 3:2 (25:23, 25:27, 14:25, 25:23, 15:13). Za kredyt zaufania w końcówce chwalił Łomacza lider kadry Wilfredo Leon.

– Być może inni rozgrywający uznaliby, że nie ma sensu grać do mnie kolejny raz skoro poprzednich ataków nie skończyłem. To był trudny moment także dla niego, a mimo to zdecydował się zaufać mi – chwalił Łomacza gwiazdor reprezentacji cytowany przez WP SportoweFakty.
„Pan rozgrywający! Po to pojechał, po to był powołany. Dla takich momentów. Nikt inny nie dźwignąłby takiego meczu” – napisał w sieci po awansie do finału trener i ekspert Jakub Bednaruk. To jeden z wielu komentarzy rozpływających się nad popisami Łomacza dającymi Polsce szanse na co najmniej srebrny medal. I z takim właśnie krążkiem Biało-Czerwoni wrócili z Francji po przegranym finale z gospodarzami imprezy. To pierwszy taki sukces polskiej siatkówki od złota przywiezionego z Montrealu z Kanady w 1976 roku.
Prędko Łomacz został bohaterem mediów. Dziennikarze i kibice przypominali jego występy z przeszłości a także ciekawostki z życia prywatnego. Wśród tych historii znalazła się jego wypowiedź o alternatywnych planach zostania aktorem lub… tenisistą.
– Wielkoszlemowe turnieje oglądam od deski do deski, tak samo jak mecze Igi Świątek czy Huberta Hurkacza, także w innych rozgrywkach. Sam bardzo lubię grać w tenisa, jeśli tylko mam wolny czas – opowiadał dwa lata temu w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. „Tenis Magazyn” sprawdził zatem tenisowe związki srebrnego medalisty Igrzysk Olimpijskich i kiedy zaczęła się jego przygoda z tenisem.
Grzegorza Łomacza namówiliśmy na rozmowę na przełomie listopada i grudnia, między kolejnymi meczami siatkarskiej PlusLigi, w której zdążył już przebić barierę 500 meczów. Sprawia to, że jest jednym z weteranów rozgrywek i nadal utrzymuje się w podstawowym składzie utytułowanej ekipy.

Tenisem 37-latek zaraził się dość spontanicznie w dzieciństwie. – Podczas wakacji oglądaliśmy z bratem tenis w telewizji. Dziś nawet nie pamiętam, jaki to był turniej i mecz – opowiada Łomacz w rozmowie z „Tenis Magazynem”. – Przebijanie piłki na drugą stronę kortu wydawało nam się bardzo proste. Prędko po tym poszliśmy na kort i przyszło zderzenie z rzeczywistością. Kilka piłek wylądowało poza kortem. Okazało się, że to nie jest takie łatwe, jak nam się wydawało, ale połknąłem bakcyla – dodaje.
Tak tenis został z Łomaczem na lata. – Lubię aktywnie spędzać wolny czas, wtedy zwykle pierwszym wyborem jest tenis. Nawet kiedy zacząłem profesjonalnie grać w siatkówkę i byłem już w lidze, to w trakcie przerw dużo czasu spędzałem na grze w tenisa – mówi tenisowy samouk. Gry na korcie nauczył się sam i sam ją doskonali. Dotąd nie pracował z trenerem. Przyznaje, że może to się zmienić po zakończeniu siatkarskiej kariery.
O przygotowanie fizyczne na korcie siatkarz nie musi się martwić. Pytamy więc o technikę. – Jeśli chodzi o bekhend, to gram dwuręczny. Czasem zagram też slajsa, wtedy oczywiście jedną ręką – śmieje się Łomacz. – Wtedy robię to oczywiście z mniejszą precyzją niż Federer – uzupełnia. Szwajcar to jego wielki tenisowy idol. Potem swoją sympatię musiał przerzucić na Rafaela Nadała, ale Hiszpan również skończył już swoją dominację na kortach. Wobec tego dużo trudniej szukać Łomaczowi nowych bohaterów. Podziwia nową generację i docenia występy jej przedstawicieli w największych turniejach.
– Teraz nie mam ulubionego tenisisty, ikony na miarę Rogera czy Rafy, ale nadal bardzo lubię oglądać mecze, bo poziom mocno się wyrównał. Kibicuję Carlosowi Alcarazowi. To, co on robi, to coś niesamowitego. To inny tenis niż u reszty. Jaką on ma rękę i jakie drop shoty potrafi zagrać… – rozpływa się srebrny medalista z Paryża. – Z piłki nie do odbicia potrafi zrobić winnera. Szczególnie imponuje to w tych ważniejszych spotkaniach. Ale doceniam też pozostałych w stawce, na przykład Caspera Ruuda. Zawsze jestem za dobrym widowiskiem – przyznaje.
Z kim Łomacz z kolei urządzał tenisowe widowiska? Zaczynał od odbijania z bratem. Po zostaniu zawodowym siatkarzem trafiał na kort z kolegami z parkietu. Wśród nich między innymi Paweł Rusek czy Mateusz Mika, z którym ścierał się na korcie w Gdańsku podczas pandemii COVID-19. – Przewinęło się kilku kolegów z drużyny, z którymi miałem okazję zagrać. Ale nie miałem dotąd stałych partnerów – przyznaje rozgrywający PGE Skry Bełchatów.
Być może w przyszłości do stałych partnerów na korcie dołączy żona Aleksandra, która ma za sobą pierwsze lekcje z trenerem. – Chyba ją zaraziłem tenisem – uśmiecha się Grzegorz Łomacz. – Myślę, że w przyszłości będziemy w ten sposób spędzać aktywnie czas. Nieco trudniej jest z naszym wspólnym oglądaniem tenisa, ale na największe mecze zawsze do mnie dołącza – zaznacza.
To właśnie największe turnieje rangi Wielkiego Szlema są świętem w ich domu i nie schodzą z ekranu telewizora. Wtedy siatkarz stara się śledzić turnieje i pasjonuje się wyczynami największych tenisistów. Ulubione turnieje? Roland Garros i Australian Open, które akurat trafiają na przerwę w siatkarskim kalendarzu. To do nich jest naszemu rozmówcy najbliżej.
Maciej Siemiątkowski
Fot. Archiwum


