Asłan Karacew: Obieżyświat odkryty na Antypodach

Rosja, Izrael, Osetia, Niemcy, Katalonia, Białoruś. Lista państw i państewek, które mogą twierdzić, że dołożyły cegiełkę do sukcesów Asłana Karacewa, pierwszego w erze open debiutanta, który awansował do półfinału Wielkiego Szlema i wicemistrza olimpijskiego w grze mieszanej z Tokio, jest niezwykle długa. Przede wszystkim powinien on jednak dziękować swojej wytrwałości i… układowi gwiazd, bo chyba tylko w ten sposób można wytłumaczyć niezwykłe sukcesy 28-letniego przeciętniaka.

Kiedy Asłan Karacew wychodził 18 lutego na kort w Melbourne, żeby w półfinale Australian Open zmierzyć się ze światową „jedynką”, Novakiem Djokoviciem, miał pełne prawo czuć się już zwycięzcą tego turnieju. I szybka porażka w trzech setach, w których Serb pokazał różnicę klas, tego nie zmieniła. Bo to właśnie ćwierć-Żyd, pół-Osetyniec reprezentujący Rosję sprawił, że tenisowi historycy musieli szybko zmieniać zapisy w księgach z rekordami.

– To niesamowite uczucie. Po raz pierwszy gram w turnieju wielkoszlemowym i po raz pierwszy awansowałem do półfinału. Ciężko w to uwierzyć. Staram się tylko cieszyć chwilą i nie myśleć za dużo. Robić krok po kroczku – skromnie tłumaczył po tym, jak w ćwierćfinale pokonał rozstawionego z 18 Bułgara Grigora Dimitrova. Spokoju i cierpliwości nauczyło go życie. Przez lata miotał się po całym świecie w poszukiwaniu tenisowego Świętego Graala, krążąc pomiędzy Władykaukazem, Izraelem, Barceloną, Halle i Moskwą. W końcu okazało się, że szukał na złej półkuli. Szczęście czekało na niego na Antypodach, choć żeby po nie sięgnąć, musiał zahaczyć o Mińsk, skąd pochodzi jego trener, Jahor Jacyk. Panowie nawiązali współpracę w zeszłym roku i od tego momentu tenisista zmienił się nie do poznania.

Asłan Karacew, pierwszy w erze open debiutant, który awansował do półfinału Wielkiego Szlema.

Niedźwiedź się obudził

Karacew urodził się na Kaukazie, z ojca Osetyńca i matki półżydówki. Dzięki żydowskim korzeniom cała rodzina przeprowadziła się do Izraela, kiedy Asłan miał zaledwie trzy lata. To właśnie tam zakochał się w tenisie i otrzymał pierwsze szlify, jednak okazało się, że pod względem tenisowym nie jest to dla niego ziemia obiecana. Problemy finansowe i brak zainteresowania federacji sprawiły, że jako szesnastolatek wrócił wraz z tatą do Rosji, tym razem do portowego miasta Taganrog położonego nad morzem Azowskim, a mama z siostrą zostały w Izraelu. Karacew, którego mentorem w pewnym momencie stał się Dmitrij Tursunow, rozwijał się, ale nic nie wskazywało na to, żeby miał zostać wielkim tenisistą. Często na przeszkodzi stawały pieniądze, których brak utrudniał mu znalezienie dobrych trenerów czy udział w zagranicznych turniejach. Dzięki pomocy Tursunowa trenował w szkółce Breakpoint w niemieckim Halle, gdzie jednak trenerom nie udało się wprowadzić go na odpowiedni poziom.

– Na pewno mu pomogliśmy, ale nie udało nam się go ustabilizować. A teraz gra stabilnie. Jego sukces nie ma nic wspólnego ze szczęściem, Asłan to bardzo dobry gracz. Wszyscy widzieli to w Australii, ma miażdżący forhend, potężny bekhend, ciało rosyjskiego niedźwiedzia, które nie przeszkadza mu w niezwykle sprawnym poruszaniu się po korcie, a na dodatek mocno returnuje – analizuje Jan de Witt, były trener m.in. Gillesa Simona czy Gaela Monfilsa, który w Halle mógł z bliska śledzić rozwój kariery Karacjewa.

Nie tylko w Halle nie znaleźli sposobu na obudzenie „niedźwiedzia”. Tak samo polegli fachowcy z akademii Bruguery w Barcelonie, a na domiar złego Karacew zaczęły prześladować kontuzje kolan, które de facto na dwa lata wyłączyły go z gry. – Powiedziałbym, że za dużo się w swoim życiu przeprowadzałem. W końcu trafiłem na Jacyka, i to odpowiedni facet dla mnie. Bardzo mi pomógł, przede wszystkim od strony mentalnej, ale oczywiście doszły do tego również niuanse techniczne. Miałem szczęście, że na niego trafiłem. Spotkaliśmy się przypadkowo w trakcie jednego turnieju Futures i uznaliśmy, że spróbujemy popracować razem – wspomina Karacew.

Erupcja wulkanu

W przypadku Karacewa i jego przygód z kwalifikacjami do turniejów wielkoszlemowych powiedzenie „do trzech razy sztuka” zupełnie się nie sprawdziło. Gdyby przemnożyć to przez trzy, wciąż byłoby mało. Rosjanin przebrnął przez kwalifikacje… za dziesiątym podejściem! Kiedy mniej obeznani fani tenisa zobaczyli, że po raz pierwszy w erze open debiutant awansował do półfinału Wielkiego Szlema, mogli pomyśleć że chodzi o jakiś młodziutki wielki talent, który po prostu nie miał jak sobie wypracować rozstawienia. Jakież było ich zdziwienie, kiedy zaczęli sprawdzać Karacjewa i odkryli, że ma 27 lat, nigdy nie dotarł dalej niż trzecia runda kwalifikacji, a przed startem turnieju miał bilans 3-10 w meczach rangi ATP. Przyzwyczajony do porażek wiedział, że nie ma sensu się ich obawiać i grał absolutnie bezkompromisowo. W spotkaniach z Diego Schwarzmannem, Felixem Augerem-Aliassime czy Grigorem Dimitrowem zachowywał się na korcie, jakby jutra miało nie być, grał na pełnym ryzyku, co przekładało się zarówno na liczbę winnerów, jak i niewymuszonych błędów. Był na korcie wulkanem energii, którą na dodatek potrafił odpowiednio ukierunkować. Efekt? Pierwsze w karierze wygrane z zawodnikami z czołowej trzydziestki rankingu. Awans w nim o 70 miejsc, ze 114. na 44. miejsce. Zarobione na korcie 663 tysiące dolarów, więcej niż przez całą wcześniejszą karierę. Miano pierwszego w historii wielkoszlemowego debiutanta-półfinalisty i najniżej sklasyfikowanego w rankingu gracza, który doszedł do najlepszej czwórki w Australii od czasów Patricka McEnroe. Czy ktoś się mógł tego spodziewać? Chyba tylko rosyjscy koledzy Karacjewa, którzy już przed turniejem w Melbourne dostrzegli jego świetną dyspozycję.

Asłan Karacew wciąż zaskakuje tenisowy świat.

Podpompowany przez Miediwiediewa

W czasie pandemii Rosjanin nie zasypiał gruszek w popiele. Wykorzystał ten okres na treningi z Jacykiem, których efekty było widać w zeszłorocznych challengerach. W finale turnieju w Pradze przegrał po walce ze Stanem Wawrinką, żeby w kolejnych tygodniach wygrać dwa kolejne czeskie challengery. Tuż przed Australian Open był też częścią rosyjskiej drużyny, która wygrała ATP Cup. Co prawda występował tylko w deblu i przegrał wszystkie trzy mecze, w których brał udział, ale to wystarczyło, żeby koledzy z kadry zauważyli jego olbrzymi potencjał.

– Czuliśmy, że może zrobić coś niesamowitego. Bardzo się cieszę z jego sukcesów, bo w ATP Cupie grał bardzo dobrze. Awansować pierwszy raz do turnieju wielkiego szlema i od razu wejść do ćwierćfinału, to coś niesamowitego (wypowiedź przed wygraną Karacewa z Dimitrowem – przyp. red.). A na pewno jeszcze nie powiedział ostatniego słowa – chwalił kolegę Daniił Miedwiediew.

Wiele wskazuje na to, że Karacew, niezależnie od późnego wybuchu wysokiej formy, faktycznie jeszcze nie skończył zaskakiwać tenisowego świata i jeszcze nie raz może być na ustach kibiców. Sukces na pewno zaskoczył samego zainteresowanego, który w Australii musiał przypominać sobie hasło do swojego profilu na Instagramie, na który od dawna nic nie wrzucał, uznając, że mało kogo jego życie i kariera interesują. Część fanów żartuje, że powinien zmienić nazwy swoich profili w social mediach z „Karatsev” na „Kopciuszek”, bo jego historia do złudzenia przypomina właśnie tę baśniową.

Tekst: Marcin Bratkowski

Udostępnij:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter

Podobne wiadomości